Pamiętnik mundialowy (1)

Już dziś rozpoczęła się jedna z najwspanialszych imprez sportowych na świecie – finały mistrzostw świata w piłce nożnej. Każdy kto kocha futbol, musi kochać mundial. Wszyscy, którzy śledzą mecze piłkarskie, na światowy czempionat czekają z wypiekami na twarzy. Nawet ci, którzy na co dzień nie żyją piłką, często na czas mistrzostw siadają przed telewizorem i oglądają piłkarskie zmagania. Podczas 21. Mistrzostwa Świata, które odbędą się w Rosji będę dzielił się z czytelnikami pubsport.pl własnymi wrażeniami dotyczącymi tej imprezy. Na początek, nieco nostalgii, czyli wspomnienie wcześniejszych mistrzostw.

Korea Południowa/ Japonia 2002

Pamiętam z dzieciństwa, jak tata oglądał w telewizji jakiś mecz. W przerwie na murawę wyszedł wielki niebieski kogut. Nie mam pojęcia dlaczego to zapamiętałem. Miałem kilka lat i nie mogłem wiedzieć jacy piłkarze biegają po boisku, w ramach jakich rozgrywek walczą o piłkę i po co to robią. Ale ten ogromny kogut zapadł mi w pamięć i był chyba moim pierwszym piłkarskim wspomnieniem. Teraz już wiem, że był to Footix – maskotka mistrzostw świata, które odbyły się we Francji w 1998 roku. Niestety byłem zbyt młody, aby ekscytować się rewelacyjną Chorwacją, przeżywać rzuty karne Brazylijczyków i Holendrów, oklaskiwać dwa gole Zidane’a w finale czy zastanawiać się czemu w pierwszym składzie Canarinhos na najważniejszy mecz, początkowo zabrakło Ronaldo.

Nie wiedziałem, że cały świat żyje czymś tak pięknym jak mundial. Dopiero cztery lata później miałem świadomość, że w Korei Południowej i Japonii czołowe futbolowe reprezentacje walczą o miano tej najlepszej. Nie byłem jednak jeszcze zapalonym kibicem. Zbierałem karty z chipsów, które kupowało się hurtowo i szukało się w nich wizerunków piłkarzy (jako jedyny w szkole trafiłem na Radosława Kałużnego!), pamiętam reklamy, w których brylowali polscy zawodnicy (niestety nie prezentowali się tak na murawie), odgrywałem z kolegami na podwórku mundialowe akcje (po meczu Niemców z Saudyjczykami wszyscy wcielili się w role tych pierwszych). Czuło się klimat mistrzostw.

To jednak nie była miłość. Nie ślęczało się przed telewizorem. Raczej tylko zerkało się od czasu do czasu. A ponieważ moja rodzina nie była wyposażona w pudełko, dzięki któremu można było obejrzeć wszystkie spotkania, doskonale pamiętam przeszukiwanie niekodowanych kanałów zagranicznych, głównie niemieckich. Wyciszanie głosu w telewizorze i włączanie radia. Cóż to był za świetny pomysł!

Nie płakałem, kiedy już na początku lanie sprawili nam Koreańczycy. Nie martwiłem się, gdy kolejne gole strzelał nam Pauleta. Czym miałem się martwić? Jakieś porażki nie mogły mi zepsuć nastroju. Ważne, że można było pokopać na podwórku i wyobrażać sobie, że jest się Ronaldo (wiadomo, to ten z dziwną fryzurą), Paolo Maldinim (na wyciągniętej z chipsów karcie napisane było, że ma ponad 120 występów w kadrze, robiło wrażenie!) czy  Luisem Boa Morte (nie był wybitny, ale był w kartach).

Myślałem, że w finale trzeba kibicować Niemcom. W końcu są z Europy. Dopiero potem dowiedziałem się, że Brazylijczycy są najwspanialsi, najcudowniejsi, prezentują najpiękniejszy futbol i każdy kto kocha piłkę, prawdopodobnie kocha też Brazylię. I ta Brazylia wygrała turniej. Turniej dla mnie wyjątkowy, bo mogę go uznać za pierwszy, który świadomie przeżyłem.

Niemcy 2006

To były drugie mistrzostwa świata, jakie pamiętam, ale pierwsze, w czasie których byłem wielkim kibicem. Interesowałem się piłką na poważnie, zostałem przez nią totalnie pochłonięty. Dostałem od rodziców wielką flagę, czytałem wszystkie mundialowe publikacje, które wpadły mi w ręce. Już pierwszy dzień dostarczył niezwykłych wrażeń. Najpierw szalony mecz otwarcia okraszony sześcioma golami, potem wpadka z Ekwadorem, która tak bardzo zraniła kibicowskie serce nastolatka.

Ale mundialowe wspomnienia zawsze są wspaniałe, niezależnie od tego, jak zagra drużyna, za którą trzyma się kciuki. Nie dość, że szybko odpadła Polska, to jeszcze rozczarowała ukochana Brazylia. Zawsze uśmiechnięty Ronaldinho i jego koledzy mieli obronić tytuł, ale skończyli na ćwierćfinale. Za to wielu emocji dostarczyli mi ich pogromcy – Francuzi.

Tak jak w nastoletnim wieku słucha się zazwyczaj skocznych, i często banalnych, piosenek, a do słuchania pięknej i ambitnej muzyki trzeba dorosnąć, tak początkowo nie docenia się włoskiego futbolu. Od wyrachowanej gry defensywnej ceni się szalone ataki i futbol piękny dla oka. Dlatego w pamiętnym półfinale kibicowałem Niemcom. Wołałem, by to oni walczyli o złoto, a nie Włosi. To jeden z tych meczów, których się nie zapomina. Tak bardzo nie kibicowałem Włochom (żeby nie napisać, że kibicowałem przeciwko Włochom), że nawet bramka pierwszego idola – Alessandro Del Piero – nie mogła tego zmienić i sprawić, że po tym meczu będę się cieszył. W finale też trzymałem kciuki za ich rywali. Po karnym Zidane’a cieszyłem się jak z gola dla Polski. Teraz już cenię włoski futbol. Wyleczyłem się z niechęci do niego. Wówczas mistrzostwo dla Italii przyjąłem z dużym niezadowoleniem.

Republika Południowej Afryki 2010

Mój pierwszy mundial bez reprezentacji Polski. Nie mogłem zrozumieć tych, którym przeszkadzały wuwuzele. Atrybut kibiców z tej części świata zaakceptowałem bez problemów. Nie narzekałem na ból uszu. W Hiszpanii po trybunach płynęło głośne „Ole!”. W Meksyku kibice prezentowali „falę”. W Stanach Zjednoczonych fani przychodzili na mecze z małymi lodówkami i robili pikniki. A w RPA dmuchali w długie, kolorowe trąbki. Nie obrażałem się na to.

Oczarował mnie Urugwaj. Jeżeli chodzi o poziom oszustwa, nigdy nie stawiałem znaku równości pomiędzy ręką Maradony a ręką Suareza. Będę się upierał, że Argentyńczyk bezczelnie oszukał cały świat, w dodatku bez konsekwencji, zaś Urugwajczyk za przewinienie dostał czerwoną kartkę. Maradona zrobił to z premedytacją, a Suarez działał na gorąco, pod wpływem impulsu.

To chyba w tym ćwierćfinałowym boju byłem najbardziej rozdarty kibicowsko. Z jednej strony szansa na pierwszy afrykański półfinał. Z drugiej – jak tu nie kibicować tym wspaniałym Urusom?

Moja trzecia piłkarska miłość, po Polsce i Brazylii mogła pierwszy raz zdobyć mistrzostwo świata. Od kiedy tata opowiedział mi o dawnych meczach Holandii i wielkim Ajaksie, dużą sympatią darzę holenderską piłkę. Niestety i tym razem się nie udało. W finale przynajmniej przegrali z Hiszpanią. Miłość do pięknego, ofensywnego futbolu (chociaż akurat w RPA Hiszpanie pięknej ofensywy nie pokazali) ciągle we mnie była.

Brazylia 2014

Miałem napisać, że to pierwsze mistrzostwa bez tej dobrze znanej wszystkim kibicom młodzieńczej ekscytacji. Ale nie mogę tak napisać, bo ta ekscytacja pojawia się zawsze przy okazji takich wydarzeń. I będzie się pojawiała chyba nawet w podeszłym wieku.

Pierwszy mundial oglądany przy piwie. Piłkarsko najlepszy, jaki widziałem. I to jeszcze odbywający się w kraju, który najmocniej kojarzy się z futbolem. Półfinał Brazylii z Niemcami to prawdziwy klasyk. Żal po takiej porażce pierwszej piłkarskiej miłości mieszał się z szokiem i… odrobiną radości, że przeżyło się coś, o czym będzie się opowiadać młodszym pokoleniom.

W dodatku na drugi dzień Holandia przegrała z Argentyną. Miał być wymarzony finał. Brazylia – Holandia to byłoby spełnienie piłkarskich marzeń. Nie spełniło się, ale jeśli marzenia mają się nie spełniać, to dobrze, że właśnie takie. Tak, to były pierwsze mistrzostwa świata, podczas których zrozumiałem, że świat nie kręci się wokół piłki.

Nigdy wcześniej nie przypuszczałem, że będzie to możliwe, ale w finale nie kibicowałem nikomu. Czekałem na mecz z niecierpliwością, przeżywałem go, wiedziałem, że dzieje się coś wielkiego, ale nie opowiedziałem się za żadną ze stron. Nie czułem, że będę szczęśliwszy jeśli wygrają Niemcy. Nie uważałem, że będę chodził z uśmiechem na ustach, jeżeli puchar wzniosą Argentyńczycy.

Teraz kolejne mistrzostwa świata. I mimo że przez lata futbol spadł w mojej hierarchii wartości o kilka pozycji, nadal cieszę się jak dziecko. Znów będę spędzał godziny przed telewizorem i uważam, że nie będzie to stracony czas. Może i podejście się zmieniło, ale moje piłkarskie motto pozostaje takie samo: „Czas poświęcony na piłkę nożną nigdy nie jest czasem straconym”. Dlatego zamierzam przez miesiąc cieszyć się piękną piłką. Każde mistrzostwa przynoszą nowe historie. Teraz też będziemy świadkami chwil, których długo nie zapomnimy.


SIATKARSKIE MISTRZOSTWA ŚWIATA MĘŻCZYZN 2018:

MŚ siatkarzy 2018