Pamiętnik mundialowy (3)

To już koniec marzeń o wyjściu z grupy reprezentacji Polski. Oczekiwania znowu zderzyły się z rzeczywistością. Powtórzyła się historia z dwóch poprzednich polskich mundiali. Kolejny raz trzeci mecz będzie dla nas tylko walką o honor. Po wczorajszej porywającej batalii Argentyny z Nigerią warto natomiast pochylić się nad postacią Diego Maradony.

Na początek jednak jeszcze trochę o naszej porażce z Kolumbią. Nie chcę rozdrapywać ran. Minęło kilka dni, więc chyba lepiej skupić się już na radośniejszej stronie mistrzostw. Nikt nie ma wątpliwości, że Polacy zawiedli. Osobiście nie jestem tak bardzo rozczarowany, bo niczego wielkiego się nie spodziewałem. Zdawałem sobie sprawę, że nasza pozycja w rankingu FIFA jest mocno naciągnięta i nie odzwierciedla naszego miejsca w światowym futbolu. Ćwierćfinał mistrzostw Europy rozbudził apetyty, ale dwa lata temu drużyna była dużo mocniejsza. Miałem poczucie, że Senegalczycy mają w składzie piłkarzy grających w mocnych klubach, a Kolumbia posiada zawodników, których śmiało można nazwać gwiazdami światowego formatu. Nie jestem więc w ogóle zdziwiony.

Wiem jednak, że przy okazji tak dużych turniejów jak mistrzostwa świata, piłką na jakiś czas zaczynają się interesować ludzie, którzy na co dzień jej nie śledzą. Nie ma w tym niczego złego. To nawet pozytywna strona mundialu. Piłka staje się wszak ważną częścią życia dla całego społeczeństwa. Jest w centrum uwagi. Wiele osób ma szansę na złapanie bakcyla i zainteresowania się nią na poważnie. Krótko mówiąc – uwielbiam ten pojawiający się przy okazji wielkich imprez szał na piłkę. Nie brakuje wobec tego osób, które nie do końca zdają sobie sprawę z rozkładu sił w futbolowym świecie. To nie jest ich wina. Po prostu nie śledzą piłkarskich zmagań na co dzień. Nie pasjonują się nimi i mają do tego prawo. Niektórzy eksperci utwierdzili ich jednak w przekonaniu, że nasza drużyna jechała na mundial osiągnąć sukces. Nie chodzi o odmieniane przez wszystkie przypadki pompowanie balonika. Ono musi się przy takich okazjach pojawiać. Jest wpisane w klimat wielkich imprez. Chodzi o to, że wiele osób miało zamazane zdanie o sile naszej ekipy. Najbardziej żal mi rozbudzonych nadziei właśnie tych osób. Nie każdy zdawał sobie sprawę z tego, że w Senegalu gra zawodnik klasy Sadio Mane – finalisty Ligi Mistrzów. Taka osoba, wspierająca reprezentację Polski i mająca przekonanie o wyższości polskiej piłki nad senegalską musiała być w szoku, kiedy Wojciech Szczęsny wpuszczał kolejne gole.

Podobnie musiało być w meczu przeciwko Kolumbii. Zapewne duża część widzów oglądających to spotkanie uważała, że drużyna Adama Nawałki łatwo rozprawi się  rywalem. A potem zgaszono światło w trakcie imprezy. Piłkarze Barcelony, Bayernu czy AS Monaco zmusili naszych do szybszego pakowania walizek. Im większa nadzieja, tym większe rozczarowanie. Z pewnością nie brakowało kibiców, których oczekiwania były kolosalne i zwiększone po wypowiedziach niektórych ekspertów. Ci kibice muszą przeżywać tak szybkie odpadnięcie Polaków najmocniej.

Dziwi mnie to, że niektórzy fani oddają bilety na mecz z Japonią. Po pierwsze, skoro śpiewa się „Jesteśmy z Wami”, to wypada to potwierdzić i być z piłkarzami, nawet po tak bolesnym rozczarowaniu. Po drugie to będzie mecz mistrzostw świata. Zobaczyć mecz Polaków na tak ważnym turnieju to zawsze duża rzecz. To wydarzenie, którego nie można zapomnieć. Trudno zatem jest mi zrozumieć ludzi rezygnujących z takiego przeżycia.

Teraz o Diego Armando Maradonie. Podczas jednego z najbardziej emocjonujących meczów na mistrzostwach w Rosji – konfrontacji Argentyny z Nigerią, ten wybitny przed laty piłkarz bardzo często pokazywany był przez telewizyjne kamery. Niestety wszyscy wiedzą o jego problemach. Smutno było widzieć to, co zobaczyliśmy wczoraj. Pokazanie środkowych palców było tego podsumowaniem. Nikt nie może mieć wątpliwości, że Maradona to jeden z najlepszych piłkarzy w historii. Mało kto potrafił kopać piłkę tak dobrze jak on. Rozkochał w sobie nie tylko rodaków, ale i neapolitańczyków. Można dyskutować czy ktokolwiek był lepszy od niego. Ale nikt nie jest przecież w stanie wskazać tego obiektywnie. Pewne jest jedno – Maradona to ścisła czołówka najlepszych zawodników w dziejach dyscypliny. To wszystko brzmi jak banały. Piłkarskiej wielkości Maradony nikt nie może podważyć. Ale czy na pewno był wielkim sportowcem? Czy ktoś taki jak on może być idolem? Osobiście myślę, że nie.

Dla mnie dobre kopanie piłki, a nawet wspaniałe kopanie piłki, jak w przypadku Maradony, to za mało, aby być idolem. Aby zasłużyć na miano wielkiego sportowca należy prezentować klasę nie tylko podczas dryblowania rywali i strzelania pięknych goli. Bodajże legendarny dziennikarz sportowy Bohdan Tomaszewski powiedział kilka lat temu, że Maradona był wielkim kopaczem, ale nie był wielkim sportowcem. Mogę się pod tym podpisać.

22 czerwca 1986 roku doszło to jednego z najsłynniejszych meczów w historii piłki nożnej. W ćwierćfinale rozgrywanych w Meksyku mistrzostw świata Argentyna pokonała Brazylię 2:1. W 51. minucie Maradona zdobył jedną z najsłynniejszych bramek w dziejach. Problem polega na tym, że zdobył ją ręką. Tę historię zna chyba każdy, więc nie ma sensu jej w tym miejscu dokładnie opisywać. Jednak Maradona dopuścił się oszustwa. W obrzydliwy sposób oszukał cały piłkarski świat. To niedopuszczalne.

Cztery lata wcześniej między Anglią a Argentyną wybuchł konflikt o Falklandy. Zginęło 649 Argentyńczyków. Gdy w Meksyku reprezentacje obu krajów spotkały się w walce o najlepszą czwórkę mundialu, media traktowały tę rywalizację jako drugą część sporu.

Maradona opowiadał: Kiedy dowiedzieliśmy się, że zagramy z Anglią, od razu pomyśleliśmy o tamtych chłopakach. Nie mylę futbolu z wojną, ale ten mecz trzeba było wygrać dla ludzi za wszelką cenę. Dla matek, których synowie zginęli na wyspach. Wysyłanie do walki szesnasto-, siedemnastolatków było dziełem szaleńców. Wygrywając, mogliśmy trochę złagodzić ból. I pokazać, że to my jesteśmy silniejsi.

Dla Maradony cel uświęcał środki. Ale chyba nie tak to powinno wyglądać. W tym meczu Argentyńczyk dokonał kolejnej rzeczy, która zapisała się w historii. Kilka minut później zachwycił świat. Przebiegł z piłką 62 metry, minął sześciu rywali i po raz kolejny (tym razem zgodnie z przepisami) umieścił piłkę w bramce. Pokazał tego wieczoru dwa oblicza. Zarówno oszusta, jak i znakomitego piłkarza.

Bramka zdobyta w nieprzepisowy sposób nie była jednak jedynym niechlubnym momentem w jego karierze. Na swoim pierwszym mundialu, w 1982 roku, wespół z kolegami grał przeciwko Brazylii w meczu drugiej rundy grupowej. Argentyńczycy musieli wygrać, by liczyć się w walce o medale. Brazylia była tego dnia za mocna. Prowadziła już 3:0, kiedy w końcówce Diego Maradona nie wytrzymał i kopnął w brzuch Joao Batistę. Wyleciał z boiska z czerwoną kartką.

Przy stanie 0:3 zaczęli z nas drwić, a ja nie lubię przegrywać. Ale jeśli ktoś wygrywa trzema golami i przy wymianie piłki powtarza „ole, ole, ole”, to chyba każdy by się zagotował – wspominał Maradona. Moim zdaniem to go nie usprawiedliwia. Kopnięcie rywala jest zachowaniem niepożądanym. Argentyna ostatecznie przegrała 1:3 i pożegnała się z mistrzostwami.

Kolejnym haniebnym momentem w karierze Maradony były mistrzostwa świata w 1994 roku. Podczas rozgrywanego w Stanach Zjednoczonych turnieju Argentyńczyk został złapany na dopingu. W jego organizmie wykryto pięć zakazanych substancji. Argentyńska federacja usunęła Maradonę z drużyny narodowej po ogłoszeniu wyników testów dopingowych. FIFA zdyskwalifikowała go na piętnaście miesięcy.

Oni mnie wyrzucili z futbolu. Moja dusza jest złamana – mówił Maradona. Jednak po raz kolejny zrobił coś, czego sportowiec robić nie powinien. Był wspaniałym piłkarzem, ale nie był materiałem na idola. Strzelił gola ręką, kopnął rywala i brał doping. Dopuścił się niemal wszystkich zachowań niegodnych sportowca.

Mimo wszystko staram się zrozumieć ludzi, dla których Maradona był idolem. Zwłaszcza po rozmowach z osobami, które pamiętają go z boiska. Jego umiejętności piłkarskie porywały. Młodsi mogą się o tym przekonać, włączając archiwalne mecze. Ponadto był postacią fascynującą, tak jak wielu artystów, których twórczość bywała wspaniała, ale postępowanie nie było krystaliczne i godne naśladowania. Postrzeganie Maradony jako idola to trudny temat. Osobiście nie widziałbym go w tej roli z powodu opisanych powyżej momentów z jego kariery. Ale, jak już napisałem, staram się zrozumieć tych, którzy uważają inaczej. Każdy po prostu musi pozostać przy swoim zdaniu. To jak postrzega się Maradonę jest raczej kwestią indywidualną.

Cytaty, których użyłem w tekście pochodzą z wydanej przez „Przegląd Sportowy” publikacji „Mundial 100 momentów”.


 MUNDIAL ROSJA 2018 >>

TERMINARZ | DRABINKA | SKŁADY | GRUPY I WYNIKI