Paradoks Wisły i nerwy Legii

Po moim wpisie zapowiadającym 3. kolejkę LE w wykonaniu Legii i Wisły powinienem się schować. Przynajmniej połowicznie. Na swoje usprawiedliwienie mam taką słynną formułkę: „Futbol jest nieprzewidywalny”.

Meczu Wisły z Fulham nie oglądałem na żywo, bo musiałem nieco pogłębić swoją wiedzę na temat Mitologii Parandowskiego. Co prawda się nie udało, ale to nieistotne, bo w Krakowie doszło do cudu. Aby być jego świadkiem pomocą przyszła mi w piątek ipla. Dla mnie osobiście wygrana Białej Gwiazdy nie smakuje tak znakomicie. Owszem, pokonaliśmy najsilniejszego (teoretycznie) przeciwnika w grupie, lecz okoliczności nie zadowalają. Czerwona kartka dla Moussy Dembele według mnie wypaczyła losy rywalizacji. Mecz jedenastu krakowian na dziesięciu londyńczyków był… wyrównany (przynajmniej po godzinie gry) i stąd ta moja opinia.

Nie poznawałem drużyny gości. Nie tylko, jeśli chodzi o skład (brak Dempseya, Zamory, Murphy’ego), ale także ze względu na styl ich gry. Dlaczego tak często tracili piłkę po niedokładnym zagraniu? Czym oni się tak denerwowali? Wydaje mi się, że to jest efekt zlekceważenia Wisły.

Wykres przewagi optycznej zespołów wygląda jak sinusoida. Co jakiś czas piłkarze się zmieniali – najpierw przesiadywali blisko pola karnego jednej z drużyn, by za 10-15 minut sytuacja się odwróciła. Trochę szkoda, że skuteczność strzałów Wiślaków stała na poziomie 5% (tak wyliczyła UEFA, ale rachunek jest prosty: 1/20=5%). Niejedną okazję mieli też przecież Iliev, Nunez, czy Kirm, a sam Dudu Biton mógł więcej razy ucieszyć się z trafienia. Nie zwalam jednak całej winy na naszych graczy, bo dobrze spisywał się Mark Schwarzer w bramce gości.

Lecz mecz mógł zakończyć się remisem, bo 8. drużyna Premier League także miała kilka okazji. Najwięcej zagrożenia stwarzał Andrew Johnson. Wystrzegać się też trzeba było groźnych skrzydłowych – Orlando Sy i Damiena Duffa. Tym bardziej, że gra defensywy Wisły nie powalała. Osman Chavez powinien wylecieć z boiska dużo wcześniej. Z jednej strony cieszę, że nie zagra na Craven Cottage, ale z drugiej, trener Maaskant musi go kimś zastąpić. Największym faworytem do zastąpienia Honduranina jest Gordan Bunoza.

Tak więc doszło do paradoksu – Biała Gwiazda, która dostała łomot w Enschede i wyraźnie przegrała z Odense, okazała się lepsza od drużyny z Premier League (szczyćmy się tym, a co!). Oby tylko to pozytywnie zadziałało na zespół, który czeka bardzo trudna wyprawa za dwa tygodnie do Londynu. Choć nie miałem racji zapowiadając przedwczorajszy mecz, to nadal się boję o kolejne starcia, bo teraz pojawiła się w naszych sercach nadzieja. Ale cóż zrobić, tacy właśnie są Polacy…

 

Nie wiem, na jakiej podstawie twierdzono, iż Legia nie jest faworytem spotkania z Rapidem w Bukareszcie. Wczoraj z bratem doszliśmy do wniosku, że często bukmacherzy i fachowcy typują do wygranej gospodarzy meczu, bo zespół grający na własnym stadionie potrafi dokonywać rzeczy prawie niemożliwych. W tym wypadku określenie „gospodarz” znaczyło mniej niż zwykle, ponieważ mecz odbył się na Stadionie Narodowym.

Swoją drogą obiekt, na którym rozegranie zostany finał Ligi Europy zrobił na mnie wrażenie. Zwłaszcza, że nie wyobrażałem sobie takiego ładnego stadionu w mało piłkarskiej Rumunii. Kibice Rapidu także zasługują na słowa uznania. Ale jeśli tak, to co w takim razie powiedzieć o sympatykach Legii, którzy kiedy tylko weszli na trybuny, przekrzyczeli miejscowych!

Co do samego meczu, to miał on inny przebieg niż te, które Legia już rozegrała w LE. Chyba piłkarze Macieja Skorży zachowali te 45-55% czasu znakomitej gry, o której już pisałem, ale tym razem rozbili je na dwie połowy – pierwsze niecałe pół godziny gry i ostatnie 20 minut. W związku z tym bohaterami Wojskowych byli Miroslav Radović i Dusan Kuciak. Gorszy występ zaliczyć Daniel Ljuboja, ale tym się przynajmniej na razie nie przejmujemy, bo liczy się wynik końcowy zespołu.

Pomimo tego, iż mówi się, że Legia powinna wygrać mecz wyżej, to drżeliśmy do samego końca o… prowadzenie. Ale tak to jest, kiedy ma się zaledwie jednego gola zaliczki. Gospodarze nastawili się na atakowanie, o czym świadczy wystawienie trzech napastników – Deaca, Romana i Pancu. Dlatego trzy punkty wywiezione z trudnego terenu w stolicy Rumunii dają dużo radości. Zwłaszcza, że dzięki nim ekipa ze stolicy ma szansę na wyjście z grupy.

Po tym meczu powinienem być ostrożny w takich zapowiedziach, ale zaryzykuję – niezdobycie kompletu punktów w rewanżu przy Łazienkowskiej będzie dla warszawian porażką. Co jak co, ale jeśli myśli się o 1/16 finału rozgrywek, to takie mecze po prostu trzeba wygrać. Może być ciężko (choć pewnie łatwiej niż na Stadionie Narodowym), ale kto powiedział, że w Europie jest łatwo?

 

Na zakończenie tak ku przestrodze dla polskich kibiców. Kochani, nie popadajmy w narodowy hurraoptymizm, bo nie jesteśmy jeszcze niczego pewni. Legia musi się jeszcze bardzo natrudzić, a Wisła to już w ogóle musi z siebie dać 150%. Wiem, że jesteśmy blisko od dużego sukcesu w rankingu UEFA, ale jeszcze z tym poczekajmy. Przed nami przecież drugie tyle meczów, co było.


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl