Paryska opera lekiem na polską imfamię

Warto rozpocząć od zdania, którym opisać mógłbym niemalże każdą kolejkę tegorocznej edycji klubowego czempionatu Starego Kontynentu: To było nie z tej Ziemi! Tym razem słowa te rzucane na wiatr nie są z pewnością. Zakończona właśnie szósta już runda starć miała dwa oblicza i równie krytycznie spojrzeć należy zarówno na te piękne, jak i traumatyczne momenty weekendowych gier. Co utkwiło mi w głowie najbardziej? Myślę, że mecz roku, a może i kilku ostatnich wiosen. Bynajmniej nie starcie Vive, bo dziadostwo kielczan powinno odejść w wieczną niepamięć… 

Piękne jest życie kibica, choć polskiemu bywa czasem ciężko. Bo o co by więcej prosić po zapierającym dech w piersiach starciu u podnóża Wieży Eiffla? Czy może być jednak coś gorszego od tęgiego lania i sromotnej porażki uwielbianego zespołu? Ubiegła seria spotkań dla fanów znad Wisły okazać się mogła wręcz wstrząsająca. Upokorzeni żółto-biało-niebiescy, pokonani na swoim terenie Nafciarze. Ubodzy ci, którzy w afekcie klęsk swoich ulubieńców zaniechali dalszego śledzenia rozgrywek, albowiem znalazł się w niej brylant najwyższej próby.

Le spectacle excellente! (z fr. Spektakl doskonały!)

Mówiąc szczerze, gdy zabierałem się do oglądania starcia Paris-Saint Germain z potentatami z Veszprem nie spodziewałem się ujrzeć tego, czego już za niespełna dwie godziny byłem naocznym świadkiem. Niepokonani dotychczas Madziarzy, rozbijający w puch każdych kolejnych rywali, z dużą dozą pewności siebie przystępowali do Match of The Week rozgrywanego nad francuską Sekwaną. En face Węgrów, w roli gospodarzy, występował francuski gwiazdozbiór, który poza falstartem we FlensArenie również jak huragan niszczył wszystko co na jego drodze. Stawką spotkania (poza ogromnym prestiżem samym w sobie) było przejęcie palmy pierwszeństwa w gr. A na blisko półmetku rywalizacji. Mimo wszystko, mniemałem, iż rozpoczynające się starcie będzie meczem niewiele odbiegającym od ogółu MoTW z obecnej kampanii. Jak czas pokazał, byłem w pięknym błędzie…

Spotkanie było zachwycające. Bilet na taki mecz można śmiało traktować na równi ze wstępem do najlepszych teatrów. Emocje, poziom czy dramaturgia są po prostu pewne, jakby wyreżyserowane przez najlepszych twórców. Lecz sport ma tą niewielką przewagę, że końcowego wyniku i ostatniego aktu nikt przewidzieć nie może. To pozostaje niewiadomą nawet dla samych zainteresowanych. Aktorzy grają zupełnie spontanicznie.

Aż żal taki mecz „zabić” relacją i statystykami. Choć opisać takie spotkanie, oddając jego urok słowami, jest awykonalne. Wyliczanie walorów niedzielnego starcia nie ma najmniejszego sensu, gdyż nie znajdziemy żadnych jego braków. Zachwyty nad bramkarskimi popisami duetu Thierry OmeyerMirko Alilovic przerywały jedynie coraz to efektowniejsze sposoby wykańczania akcji na czele z niebywałym rzutem z podłoża Mikkela Hansena oraz wkrętką Luca Abalo. Swoje trzy grosze dołożyli także sędziowie, wyrzucając z boiska najlepszego szczypiornistę globu – Nikolę Karabatica.

Od samego początku golkiperzy obu ekip bronili jak w transie. Raz po raz imponowali efektownymi paradami. Zadziwiał zwłaszcza „Titi” , który mimo 38. wiosen na karku prezentował wyborną formę w bramce gospodarzy. W ataku dawał o sobie znać „Hansen Hammer”. Rzuty Duńczyka z drugiej linii siały spustoszenie w defensywie rywali. W osłupienie wprawiać może zwłaszcza technika Hansena, który rzut oddaje momentalnie po złapaniu piłki, nadając mu niespotykaną moc. Madziarzy na wyczyny Duńczyka zareagowali najlepiej jak mogli – Aaron Palmarsson w „hansenowym” stylu dążył do przedziurawienia siatki we francuskiej bramce. Swój dar do wykorzystania rzutów karnych po raz kolejny potwierdził także Momir Ilic. Dzięki lepszej postawie w defensywie to paryżanie jako pierwsi odskoczyli od rywali, a prowadzenia nie oddali już do końca pierwszej połowy. 16:12 dla gospodarzy to wynik premierowej odsłony, mimo trudu i niezliczonych interwencji Alilovica…

Po przerwie Veszprem potrafiło przeciwstawić się rywalom i mozolnie odrabiało straty. Na kwadrans przed końcem dopięli swego. To nie był mecz braci Karabatic. Nikola, w połowie drugiej części, obejrzał czerwoną kartkę, Luka zaś już w ciągu pierwszych 30 minut nabawił się kontuzji dłoni. Losy spotkania ważyły się zatem do ostatnich sekund. Grą Francuzów wciąż kierował genialny Duńczyk do spółki z Danielem Narcissem. Na skrzydle szalał Abalo. Decydująca akcja meczu rozegrała się minutę przed końcową syreną. Veszprem próbowało doprowadzić do remisu, było postawione pod ścianą – Madziarzy musieli trafić. W fatalny sposób piłkę stracił Peter Gulyas, podając ją wprost w ręce Xaviera Baracheta. Francuz popędził z zabójczą kontrą i jasne stało się, że dwa punkty zostaną nad Sekwaną. Ostateczny wynik: 29:27 dla gospodarzy.

Kiedy już w Halle Georges Carpentier kurtyny opadły na sam dół, przyszedł czas podsumowań. Największą gwiazdą wieczoru po stronie Węgrów okazał się Mirko Alilovic, który ze skutecznością na poziomie 40% wybrany został najlepszym bramkarzem kolejki. Po drugiej stronie barykady wybór mógł być tylko jeden. Dzięki jedenastu trafieniom Mikkel Hansen objął pozycję lidera klasyfikacji strzelców, a jego niesamowity rzut z biodra (video poniżej) znalazł się na drugiej pozycji wśród najładniejszych bramek. Gdyby nie obecność w tym zestawieniu Duńczyka, akcja pary Daniel Narcisse – Luc Abalo i wkrętka tego drugiego byłaby równie wysoko.

Nie boję się stwierdzić, że opisany mecz bije na głowę wszystkie rozegrane do tej pory spotkania. Mało tego, uważam, że starcie Francuzów z Madziarami to najlepszy pojedynek ostatnich lat, na równi z półfinałowym starciem z Kolonii ubiegłego sezonu również z udziałem Veszprem (przeciwko THW Kiel). Gorąco zachęcam tych którzy nie widzieli do obejrzenia obu spotkań.

I nie ma już drużyn niepokonanych, Veszprem utraciło swą nietykalność. P$G wreszcie przełamało węgierską niemoc i pokazało, że trzeba uwzględnić ich na poważnie w kontekście walki o F4. Francuski twór przestaje być tworem, a drużyną pod wodzą silnego i charyzmatycznego szkoleniowca. Madziarzy z trenerem-żółtodziobem na ławce wciąż są głównymi kandydatami do wiosennego triumfu. To była dopiero zapowiedź tego, na co czekać będziemy przez cały sezon. Przedsmak decydujących starć już za nami, to był spektakl absolutnie doskonały

Grupa A

Oczy polskich kibiców w niezielne popołudnie skierowane były przede wszystkim na Orlen Arenę. Miejscowa Wisła podejmowała gości z Flensburga.

Spotkanie przez całe 60 minut trzymało w napięciu. Nafciarze miewali słabsze jak i lepsze momenty, podobnie jak niemiecka ekipa. Podopieczni Ljubomira Vranjesa z widmem ubiegłosezonowej porażki w Płocku, z dużą determinacją i chęcią rewanżu rozpoczęli starcie.

Newralgicznym momentem spotkania była zarówno końcówka pierwszej, jak i drugiej połowy. To właśnie wtedy Flensburg zadał dwa decydujące ciosy. Za pierwszym razem Niemcy znokautowali Wisłę w ciągu pięciu ostatnich minut przed przerwą. Goście w krótkim okresie czasu wypracowali 4 bramki przewagi, startując z pozycji statusu quo. Na szczęście, płocczanie zdążyli dojść do siebie w ciągu odpoczynku w szatni. Po przerwie zdołali zniwelować straty i mecz zaczął się od nowa. Niestety, druga odsłona okazała się być lustrzanym odbiciem pierwszych 30 minut. Bezbłędny tego wieczora Rasmus Lauge (9 trafień) z pomocą Holgera Glandorfa (8 trafień) po raz drugi zdewastowali płocką defensywę. Duńczyk ustalił wynik spotkania na 30:34, dając Flensburgowi czterobramkowe prowadzenie, podobnie jak przed zejściem do szatni.

Do sensacji doszło jednak w Stambule. Tamtejszy Besiktas po meczu pełnym emocji pokonał gości z Zagrzebia (32:30). Gospodarzy do zwycięstwa poprowadził autor dziesięciu goli, Ramazan Done. W ostatnim, aczkolwiek inaugurującym spotkania 6. rundy, spotkaniu THW podjęło Celje. Słoweńcy napsuli wiele krwi Zebrom. Goście potrafili osiągnąć przewagę kilku trafień w trakcie drugiej połowy, lecz gospodarze wzorowo wyszli z opresji. 35:32, gwiazdą wieczoru Domagoj Duvnjak.

Grupa B

„Występ” kielczan chętnie pominąłbym milczeniem. Vardar dominował w każdym aspekcie gry. Macedończycy szybko odskoczyli i systematycznie budowali przewagę. Vive nie miało absolutnie żadnych argumentów w konfrontacji ze świetnie dysponowanymi gospodarzami. Obecność Mateusza Kusa na macedońskim parkiecie trzeba było poprzeć analizą video, gracze Vardaru ogrywali go na wszystkie sposoby. Defensywa żółto-biało-niebieskich była rzadsza niż dziura ozonowa. Na dokładkę 4 zmarnowane karne (2 poza światło bramki). Genialny występ zaliczył Arpad Sterbik, który już od pierwszych minut wybił Vive marzenia o dobrym rezultacie. 34:24. Wynik nie wymaga komentarza. Dość powiedzieć, iż to najwyższa przegrana mistrzów Polski od 12 lat.

Na pozostałych parkietach zgodnie z planem Barcelona triumfowała nad Koldingiem (28:25), a emocji przyniosła wygrana Picku Szeged nad Montpellier (28:27). Sensacyjnie zakończyło się spotkanie w Szwecji, gdzie IFK Kristianstad pewnie ograło reńskie Lwy (32:29).

Przed zawodnikami niemal miesięczna przerwa. Z pozycji lidera wystartują PSG (gr. A) oraz Vardar (gr. B). 11 listopada Flensburg zmierzy się z Croatią Zagrzeb, a trzy dni później Wisła podejmie Besiktas. Kielczanie zaś udadzą się na wyjazd do Kopenhagi, aby zmierzyć się z KIF’em. Szlagierowo zapowiadają się starcia Barcelony z Vardarem oraz THW z P$G.

Polskie zespoły przed chwilowym odpoczynkiem od Ligi Mistrzów postawiły się w trudnej sytuacji. Nafciarze stracili kontakt z czołową piątką, Vive znacznie oddaliło się od zwycięstwa w grupie. Nasze eksportowe drużyny muszą wziąć się w garść do czasu ponownego startu rozgrywek. Dobry moment na przełamanie nadejdzie już za kilka dni – „Święta Wojna” w Hali Legionów. Ligowy klasyk zelektryzuje całą handballową Polskę.

Dobijamy już do półmetka grupowej rywalizacji w Lidze Mistrzów. Nowa formuła sprawdza się znakomicie, co kolejkę serwując nam olbrzymie hity. Oprócz szlagierów, piękne gole. Obiecane już trafienie „Hansen Hammera”:

http://www.ehftv.com/int/video/mikkel-hansen-underarmshot

TERMINARZ I TABELE LM >>

Więcej moich prac również na portalu mim24.pl!

 

 


pubsport.pl