Pieczeń

W opowiadaniu „Kawał pieczeni” Jacka Londona, bokser zbliżający się do emerytury bierze udział w ostatniej walce. Potrzebuje pieniędzy, bo nie ma co włożyć do garnka. Wie, że aby poprawić byt, bezwzględnie musi pokonać rywala. Podchodzi do rywalizacji bardzo oszczędnie – ciosy wyprowadza najkrótszą możliwą drogą, tuż przed gongiem kończącym rundę, ustawia się w narożniku, żeby nie marnować sił na chodzenie. W pewnym momencie w jego głowie ukazuje się jednak wielki kawał pieczeni. Bokser nie może się skoncentrować, myśli tylko o smakowitym kęsie, jest wygłodniały. W efekcie otrzymuje nokautujący cios.

Gdyby London nie był pesymistą i chciał zakończyć opowiadanie szczęśliwie, jego historia kończyłaby się tak, jak skończył się mecz Davida Nalbandiana z Lleytonem Hewittem w pierwszej rundzie Australian Open.

Obaj zawodnicy są rówieśnikami, obaj byli na szczycie, bądź bardzo blisko szczytu. Dziś mają po 30 lat, grają już chyba tylko dla przyjemności, bo co mieli w życiu wygrać już wygrali, a co mieli zarobić – zarobili. Argentyńczyk wyżej się trzyma w tenisowej hierarchii, więc w pierwszym tegorocznym Wielkim Szlemie został rozstawiony w losowaniu. Miał jednak pecha, gdyż trafił na Australijczyka Hewitta. Choć to złote niegdyś dziecko obsunęło się w rankingu poza pierwszą 50-tkę, to mecze z nim dla każdego są katorgą. I prawie nigdy nie kończą się w trzech setach.

Od początku Nalbandian, który będąc profesjonalnym sportowcem, nie wiem jakim cudem uchował ten pokaźny brzuszek, ciasno opinany przez koszulkę, przypominał mi historię boksera. Gdy piłka leciała dalej niż poza zasięg ręki wydłużonej o rakietę, nie biegał do niej. W długie wymiany się nie wdawał, bo wiedział, że to by go zgubiło. Wolał ryzykować, uderzać w sposób skrajnie niebezpieczny w każdym możliwym momencie. Cały obolały – w pierwszym secie przewrócił się, rozdzierając dłoń. W czwartym dała o sobie znać niedawno operowana prawa noga. W piątym pojawiły się skurcze lewej.

Po drugiej stronie siatki – Hewitt. Ten, którego nikt nigdy nie widział zmęczonego. Który dobiega do piłek, za którymi inni nawet nie nadążą wzrokiem. Jego firmowym zagraniem od wieków jest precyzyjny lob. Inne rzeczy z których jest znany to ekscentryczne zachowanie na korcie, wykłócanie się z sędziami o każdy punkt.

Nalbandian musiał w tym pojedynku paść. W czwartym secie, przy prowadzeniu Hewitta 2-1 w setach i 3-1 w gemach, Australijczyk miał szansę na drugie przełamanie. To byłby koniec. W tym momencie to jednak 30-latkowi z Adelaidy pojawiła się w głowie pieczeń z… gęsi. Gęsi z którą już witał się w ogródku. Zamiast wbić zęby w krtań rywala i rozszarpać faworyta, zatrzymał się, zachował w typowy dla siebie sposób. On źle się czuje, gdy ma komfort psychiczny.

Dla Argentyńczyka darowany byt był tak zaskakujący, że nie zaglądał mu w zęby i nie patrząc na styl, wykorzystał szansę i wygrał seta. W piątym punktował rozbitego Hewitta. Aż do decydującego, wydawało się gema, kiedy przy stanie 5-4 serwował Nalbandian. Tylko utrzymać własne podanie i druga runda w garści. Australijczyk, jak zwykle, dokonał niemożliwego i doprowadził do wyrównania. Potem miał piłki meczowe, które zmarował. Wyglądający jak siedem nieszczęść Argentyńczyk wreszcie ponownie przełamał rywala i po blisko pięciu godzinach awansował. Zakończył mecz delikatnym top-spinem, typowym dla jego przeciwnika. Kto lobem wojuje, ten od loba ginie.

Przez cały mecz ręce zacierał Litwin Richard Berankis, który zmierzy się w następnej fazie z Nalbandianem. Komentatorzy mówią, że to dla Argentyńczyka będzie spacerek. Ale po takim ciężkim meczu, to będzie spacer, jak na Golgotę.


pubsport.pl
Michał Trela
Kronika Beskidzka, Gazeta Wyborcza, SportSlaski.pl
http://trelik.blox.pl