Piękna Legia pisze piękną historię

Nie, nie zapomniałem o czwartku z europejskimi pucharami! Trzeba było tylko dobrze pożegnać wakacje. Temat co prawda mało świeży, ale jak można byłoby nie wspomnieć o sukcesie Legii (i nie przemilczeć gry Śląska).

Początkowo stawiałem, że Wojskowi będą mieli piekielnie trudną, a Śląsk znacznie łatwiejszą drogę do fazy grupowej Ligi Europy. Stało się dokładnie odwrotnie, co pozwala się bardzo ucieszyć w przypadku zdobywcy Pucharu Polski i nieco zasmucić przy Wicemistrzu Polski. Dlatego też skupię się jedynie na stołeczym zespole.

Przez niecałe pierwsze 20 minut, podopieczni Macieja Skorży nie zaprezentowali niczego specjalnego. Od czasu do czasu jakieś niecelne uderzenie i to wszystko. Przeważali gospodarze i stworzyli sobie dobrą sytuację, którą wykorzystał Kirill Kombarov. Później nieśmiało Warszawiacy przechodzili pod bramkę Andriya Dykana. Podopieczni Valeria Karpina dostali karnego z kapelusza, którego na bramkę zamienił Dmitri Kombarov.

W tym momencie goście jakby powiedzieli sobie: „Nic nie mamy do stracenia, wóz albo przewóz!” i zaczęli grać ze Spartakiem jak równy z równym. Za gola kontaktowego możemy podziękować nie tylko Kucharczykowi, że trafił do bramki, nie tylko Ljuboji i Vrdoljakowi, którzy wypracowali ją, ale też Rodriemu, który został przy linii końcowej, kiedy piłka została wycofana, a potem podana w pole karne. To dzięki obrońcy drużyny z Moskwy nie było spalonego i jakieś tam nadzieje w sercach polskich kibiców zaczęły się pojawiać. Utwierdzała się tym, że już potem spotkanie zrobiło się wyrównane.

Bramka Macieja Rybusa nie potrzebuje komentarza. Mówi sama za siebie. Nie dość, że była piękna, to jeszcze dała nam tyle radości…

Drugą połowę wygrała drużyna Macieja Skorży. Nie tylko pod względem ilości zdobytych bramek, ale i w sferze optycznej. Nie zdominowała tej części gry całkowicie, ale zasłużyła na bramkę. Mimo tego, przez 46 minut nie udało się trafić do bramki gospodarzy. W międzyczasie arbiter nie przyznał karnego dla klubu z Moskwy, ale teraz tłumaczymy to sobie jako „oddanie” sprawiedliwości dla warszawian. Szykowaliśmy się na dogrywkę, aż tu w 92. minucie:

– Janusz!

– Co?

– GOOOOOOOOOOOOOOOL!!!

Uroczyście i bez kłamstwa oświadczam, że aż krzyczałem i skakałem z radości przed telewizorem. To było piękne uwieńczenie gry Legii w całym dwumeczu. Myślę, że to zwycięstwo po dreszczowcu można zakwalifikować do tej samej kategorii, co np. remis 3:3 Lecha z Juventusem w Turynie przed sezonem, czy wygraną 4:2 Kolejorza z Austrią Wiedeń trzy lata temu w I rundzie Pucharu UEFA. To były zdaje się te same uczucia.

Bardzo cieszy to, że Legioniści potrafili „wstać z kolan” i w ciągu paru minut zmienili swój styl gry tak, że z piekła przenieśli nas do piłkarskiego nieba. Chciało się ich oglądać, bo stwarzali groźne sytuacje! Sam sukces jest z kolei paradoksem, bo przecież brakowało ważnych graczy w ekipie z Łazienkowskiej, rywal był z wysokiej europejskiej półki, a dodatkowo porażka w lidze ze Śląskiem mogła podciąć im skrzydła.

Liczę, że zdobywca Pucharu Polski 2011 utrzyma poziom gry z dwumeczu ze Spartakiem w całej Lidze Europy. Jednak boję się, że w drużynie może pojawić się „syndrom Lecha Poznań” sprzed roku, czyli fantastyczna gra w LE okraszona notorycznym gubieniem punktów w T-Mobile Ekstraklasie. Z całego serca nie życzę tego Warszawiakom (z wyjątkiem oczywiście tej fantastycznej dyspozycji w Europa League), ale póki co tak to niestety wygląda.

Na razie cieszmy się z tego, że już mamy sytuację historyczną, bo dwa polskie kluby wystąpią w fazie grupowej Ligi Europy. Dzięki temu czeka nas jesienią kilka fantastycznych (i długich) wieczorów w pucharowe czwartki (i dwie środy). A później będziemy się zastanawiać, jak to będzie.

PS. Nie psujmy sobie radosnych nastrojów występem Śląska po wspomnieniach w tym wpisie. Zostańmy przy tym, że Orest Lenczyk ma zawsze rację oraz że Legia zrewanżuje się Rapidowi za wyeliminowanie wrocławian.


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl