Piękno futbolu

Stało się! Wielka niespodzianka. Kompletne zaskoczenie. Chelsea po wczorajszym remisie 2:2 z Barceloną na Camp Nou wywalczyła awans do finału tegorocznej Ligi Mistrzów. Widowisko było kapitalne, przebieg boiskowych wydarzeń niesamowicie ciekawy, a końcowy rezultat też jest ogromnym zaskoczeniem.

Barcelona, drużyna nie bez powodu przez wielu obwoływana ekipą wszech  czasów, a dla większości piłkarskiej
społeczności zespołem nieosiągalnym. Tak, to ta drużyna, złożona z wirtuozów zdecydowanie najlepszych na świecie, będąca projektem idealnym, doskonałym, perfekcyjnym, uległa Chelsea. Chelsea, o której już w lutym mówiło się, że sezon jest dla niej kompletnie nieudany, padały tezy, że już praktycznie stracony, nie do uratowania, a ekipie The Blues pozostaje tylko z całych sił walczyć o „top four”. Mało kto w ogóle rozważał finał Ligi Mistrzów. Wtedy, w lutym, gdyby jakiś człowiek powiedział, że Chelsea będzie w finale, w dodatku fazę wcześniej pokonując  Barcelonę, w wielu miejscach by go wyśmiano, uznano za człowieka niemyślącego logicznie i ślepo zapatrzonego w drużynę z Londynu. To ta drużyna, uważana za wypaloną, pełną weteranów, którzy już nie świecą tak jasno jak jeszcze dwa, trzy lata temu i na najwyższym poziomie rządzić już nigdy nie będą. To ci weterani, ludzie wypaleni, obecnie (podobno) futbolowo już przeciętni, zdołali pokonać najlepszą drużynę świata. Zasłużenie.

Chelsea walczyła. Ustawiła autobus pod własnym polem karnym, piłkarze Barcy na wszelkie sposoby próbowali się pod bramkę londyńczyków przedostać, ale było to niesamowicie trudne, zwłaszcza w drugiej połowie, gdy Barca  sprawiała momentami wrażenie zmęczonej ciągłymi, lecz bezowocnymi atakami. Jak już pod tę bramkę się ekipa Guardioli przedostała, to w wielu sytuacjach nie do pokonania był kapitalnie wczoraj dysponowany Petr Cech albo, gdy piłka już minęła czeskiego golkipera, to futbolówkę z linii bramkowej wybijali londyńscy defensorzy. Roberto Di Matteo ustawił swój zespół bardzo mądrze, sprawił, wraz ze swoimi podopiecznymi, ludziom Guardioli ogromne problemy. Piłkarze włoskiego szkoleniowca świetnie się przesuwali, ustawiali, byli zdeterminowani, walczyli agresywnie, ofiarnie, heroicznie, nawet czerwona kartka dla ich przywódcy, kapitana i legendy, Johna Terry’ego, nie sprawiła, że przestali wierzyć i walczyć na całego. Na tysiąc procent, na najwięcej, ile się dało.

Owszem, Barca miała więcej sytuacji, dominowała. Ten kto tego nie przyzna, najpewniej nie jest człowiekiem patrzącym na tę sprawę obiektywnie, ale Chelsea na awans zasłużyła. Była skuteczniejsza, świetna taktycznie, dobra w defensywie, a Barca wręcz odwrotnie –  raziła nieskutecznością,  w  defensywie zdarzały się kosztowne błędy. Chyba nikt się tutaj nie spodziewał, że The Blues będą dominować, przeważać, utrzymywać się przy piłce. Spróbowanie zagrania czegoś takiego to już byłoby istne samobójstwo. Tak się przeciwko Barcelonie nie da. Ale podopieczni Di Matteo nie zabijali futbolu, nie przerywali każdej akcji faulem.  Ten dwumecz i – na przykład  – sobotnie El Classico pokazują, że nawet z tymi ludźmi z innej planety, uprawiającymi futbol kosmiczny, galaktyczny, będącymi artystami najwyższego formatu, też można wygrać. Tiki – taka nie zawsze musi okazać się nie do pokonania.

W ekipie z Anglii zawiódł kapitan, John Terry. Człowiek mający niebieskie serce. Osoba, która żyje po to, by grać dla Chelsea. Piłkarz, który jest legendą tego klubu. Ikoną. Znowu rozczarował w najważniejszym momencie. Obrońcą jest kapitalnym, jednym z najlepszych na świecie, ale przypomnijmy sobie finał Ligi Mistrzów z 2008 roku pomiędzy The Blues a Manchesterem United. Łużniki. Seria rzutów karnych. Podchodzi kapitan londyńczyków, jeśli Van der Saara pokona, to będzie bohaterem, a jego ukochany zespół wygra Ligę Mistrzów po raz pierwszy w historii. Johnny podbiega do futbolówki, uderza…. trafia w słupek. Upada na ziemię. Chwilę później pudłuje Anelka i to Czerwone Diabły są triumfatorem LM. Wtedy zawiódł, ale dało się to wytłumaczyć, to były karne, loteria, Terry, jak każdy, mógł się pomylić. Wczoraj nie wytrzymał nerwowo, na czerwoną kartkę zasłużył. Znowu zawiódł w tak istotnym momencie, kiedy jego drużyna przegrywała 0:1. Dobrze, że jego koledzy sobie tak  kapitalnie poradzili i ostatecznie, w dziesiątkę (!), Blaugranę pokonali, bo pewnie w razie porażki gości to on obwołany by był antybohaterem spotkania. No i John wykluczył się też z udziału w wymarzonym finale.

Z kolei ze strony katalońskiej rozczarował ten, który nie rozczarowywał dotąd nigdy. Ten, który jest najlepszym na świecie. Leo Messi, tak, to o  niego mi chodzi. Owszem, grał naprawdę dobrze, jak zwykle był aktywny (zwłaszcza w pierwszej części gry), zachwycał dryblingami, ale bramki nie strzelił. Więcej, zmarnował rzut karny. Nie pamiętam, kiedy Messi w tak istotnym momencie się pomylił. Uderzył dobrze, celował w górny róg, nad kapitalnie dysponowanym Cechem, ale zabrakło mu centymetrów. Kilku, trafił bowiem w poprzeczkę. Absolutnie nie chcę sugerować, że to przez Argentyńczyka Barca przegrała, przecież to on zaliczył asystę przy golu Iniesty, to on onieśmielał w wielu sytuacjach rywali, to on brał ciężar gry na siebie i świetnie mu to wychodziło, ale nie trafił w tym najważniejszym momencie. Gdyby strzelił wspomnianą „jedenastkę”, to myślę, że Chelsea by się już nie podniosła. No cóż, takie życie piłkarza. Jak w słynnym powiedzeniu: „raz na wozie, raz pod wozem”. Nawet najlepszym się takie coś może przytrafić.

Myślę, że Barca w przyszłym sezonie wciąż będzie niesamowicie mocna, ale równocześnie twierdzę, że kończy się pewna epoka. Epoka, nie tyle panowania Barcelony, co panowania słynnej tiki – taki i systemu gry Dumy Katalonii. Znaleziono na niego lekarstwo, a raczej żywą broń, a ten, wobec  niej, nie okazał się już tak skuteczny i mocny.

Szczerze mówiąc,  sądziłem, mimo sporej sympatii do Chelsea, że londyńczycy grając w dziesiątkę i przegrywając 0:2,  już się nie podniosą. Nie wstaną. Nie zawalczą. Zrobili to, podnieśli się, wstali z kolan. Ostatecznie zwyciężyli. Taki jest właśnie futbol. Dla naszych emocji brutalny, ale zarazem piękny, w tym sporcie nigdy nie możesz być niczego pewnym. Sporcie, moim zdaniem, najpiękniejszym na świecie.


pubsport.pl
Daniel Flak
Mam czternaście lat. Uwielbiam sport, a w szczególności piłkę nożną, w której zakochałem się oglądając w telewizji Mistrzostwa Świata w Niemczech. Od tego czasu regularnie trenuje i gram w klubie, obecnie w Rakowie Częstochowa. Oprócz tego, wielką przyjemność sprawia mi pisanie o futbolu. W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem sportowym. Prowadzę bloga, na którego serdecznie zapraszam: http://daniel99.blox.pl/html
http://daniel99.blox.pl