Piraci z gazowni

Są miejsca, w których 1956 rok nie kojarzy się z Poznaniem, Węgrami, odwilżą, czy narodzinami Janusza Rudnickiego. W części angielskiego miasta Bristol z rozrzewnieniem wspominają tę datę. Wtedy bowiem ich swojski zespół Rovers osiągnął największy sukces w historii. Aby awansować do najwyższej ligi, zabrakło mu tylko czterech punktów.

Zawsze zastanawiam się, co czują kibice zespołów, które kilkadziesiąt lat grają w jednej lidze. W Polsce to zjawisko niemal nie występuje, ale rzeczony Bristol Rovers przez większość 128-letniej historii grał w III lidze. Czy kibice chcieli jeszcze awansu? Czy nie obawiali się, że zatęsknią za stadionami rywali i znajomymi, których odwiedzali raz do roku, przy okazji wyjazdowego meczu? Czy co roku wierzyli, że tym razem się uda pójść wyżej?

To doprawdy wzorcowa stabilizacja, żeby w najgorszym wypadku zajmować przedostatnie miejsce w IV lidze, a w najlepszym być w czołówce drugiej. Małe wzloty, małe upadki. Zero spektakularnych zwrotów akcji.

Może odbijają sobie to w pucharach? Pudło. Przez czas, w którym taka nieustabilizowana Polska raz nie była na mapie, potem była, potem jej nie było, a potem znowu była, Bristol Rovers ledwie… trzy razy dotarli do ćwierćfinału Pucharu Anglii. W 1951 roku zmierzyli się na wyjeździe z Newcastle United, gdzie oglądało ich, a raczej ich rywali, ponad 62 tysiące osób, co do dziś stanowi rekord frekwencji na meczu „Piratów”. W 2002 roku ograli na wyjeździe premierligowe Derby County 3-1. I to by było tyle, jeśli chodzi o powody do dumy.

Może choć w lokalnej rywalizacji odnoszą sukcesy? Niestety. Zawsze byli słabsi od Bristol City, które dziś gra w II lidze. Derby zazwyczaj z nimi przegrywają, a w lidze i tak nie spotkali się od 10 lat. Według badań z 2008 roku, rywalizacja bristolskich drużyn jest ósmą najbardziej zajadłą w Anglii.

Z braku kontaktów z największym rywalem, ścierają się, często brutalnie, z oddalonymi o 35 kilometrów kibicami Swindon Town. Obecnie w obu klubach radość przez łzy. Oba zespoły spadły do IV ligi,, ale przynajmniej dwukrotnie będzie okazja, by na siebie pobluzgać.

Nie trzeba już chyba mówić, że kibicowanie Bristol Rovers, nie należy do najprzyjemniejszych zajęć na świecie. W takiej sytuacji trzeba mieć do siebie dystans, więc nadaną w latach 80. obraźliwą ksywkę „Gasheads”, pochodzącą od… odoru gazowni otaczających dawny stadion Rovers, przekuto na oficjalną nazwę jednej z grup kibiców oraz jej magazynu. Przypomina to sytuację z pochodzeniem przydomku Ajaksu Amsterdam – Joden. Miało być pejoratywnie, a amsterdamczycy przyjęli go jako swoją nazwę.

Jest jednak coś, z czego „Piraci” mogą być dumni. Mieli wszak w składzie Nigela Martyna, słynnego bramkarza reprezentacji Anglii, czy mniej słynnego Łotysza Vitalijsa Astafjevsa, który zagrał na EURO 2004. Jamajczyka Barry’ego Haylesa w 1999 roku sprzedano za… 2 miliony funtów do Fulham. Wyobrażacie sobie, żeby jakikolwiek klub zapłacił przykładowo Polonii Nowy Tomyśl takie pieniądze?
Pomocnik Wayne Brown był niegdyś wypożyczony do fińskiego TPS Turku i był nominowany do nagrody najlepszego piłkarza tamtejszej ligi. Nie najlepiej to świadczy o poziomie ichniejszej ekstraklasy. Najbardziej uwielbianym piłkarzem jest jednak Byron Anthony, nazywany Lordem Byronem. Ciekawie.

Gdyby któryś z szefów polskich klubów poczuł się zachęcony do kupna jednego z graczy Bristol – lojalnie ostrzegam. Trzymajcie się z dala od Jo Kuffoura! Ten napastnik z Ghany, spadał z ligi z każdym klubem, w którym grał! Imponująca seria. Myślicie, że ktoś go jeszcze gdzieś zatrudni?


pubsport.pl
Michał Trela
Kronika Beskidzka, Gazeta Wyborcza, SportSlaski.pl
http://trelik.blox.pl