Pireneje pełne myszy

Miało się dziać, a niewiele się działo. Gór co nie miara, przewyższenia okrutne, ale wielcy tegorocznego touru przejechali je na remis. Bohaterami Pirenejów zostali sensacyjny Belg Jelle Vanendert oraz niezniszczalni Thomas Voeckler i Thor Hushovd. Z ciekawością kilkuletniego dziecka zadaję więc pytanie: a dlaczego? Wszak może się wydawać, że wszystkie myszy, które zostały urodzone przez te góry mają jednego ojca.

Kandydatów jest kilku. Po pierwsze: taktyka. Wszyscy liderzy narzekają na siebie nawzajem że jeżdżą pasywnie. I wszyscy maja trochę racji. Rozumiem że na jednym etapie ktoś może mieć słabszy dzień i nie mieć siły atakować. Ale z tego co widzieliśmy wynikała ze cała czołówka miała same słabsze dni. A chyba tak nie było. Skąd więc taka pasywność? Wszyscy na coś czekają. Jedni czekają na czasówkę, inni na Alpy, jeszcze inni na lepszy dzień, na dojście do pełnej sprawności po upadku… O ile niektóre z tych powodów brzmią sensownie, to jednak po pierwsze nie wszystkie, a po drugie nie wszystkich kolarzy dotyczą. Niby ci zawodnicy atakują, ale jak po kilku naciśnięciach na pedały widzą na kole jednego czy dwóch rywali, to zaraz wstrzymują swoje zapędy. Mimo że pięciu kolejnych zostało, choć na moment, zgubionych.

Kandydat numer dwa jest trochę podpunktem kandydata jeden. Istnieje teoria że wszystkiemu winne są słuchawki. Podług niej kolarz, nawet jeśli czuje się dobrze, nie atakuje, bo dyrektor sportowy tonuje jego odczucia. A przecież nikt inny niż sam kolarz nie może wiedzieć lepiej jak mocno bolą nogi, jak wyglądają twarze najgroźniejszych rywali i jaki fragment podjazdu najlepiej mu odpowiada. Ponadto dyrektorzy sportowi mogą hamować decyzje, które zawodnicy mogliby podejmować spontanicznie. Być może byłyby to błędne decyzje, ale czyż nie byłyby one urozmaiceniem wyścigu?

Kandydatem numer trzy jest równy poziom. Szczerze mówiąc liczyłem, że to może być taki wyścig gdzie stawka będzie dość wyrównana i etapy nie będą wyglądały jak za czasów Armstronga, że jeden kolarz urywa resztę na 5-10 km do szczytu i kończy się zabawa. Wyobrażałem to sobie w ten sposób, czy może raczej o tym marzyłem, że na tym etapie wygra Contador, dzień później Hiszpana urwą Schleckowie, na następnej górze niespodziewanie wygra Cunego, który też cały czas był w czołówce… Choćby i na wszystkich górach czołowa piątka, czy ósemka przyjeżdżała w dwie minuty: niech będą w tym okresie jakoś rozparcelowani. Może jednak faktycznie nikt nie jest w stanie tak mocno nacisnąć na pedały by wszyscy rywale nie skoczyli. O ile mają na to ochotę, bo Sancheza do tej pory puszczali. I trochę się temu dziwię, bo mistrz olimpijski takich dużych strat znowu nie miał, a groźny jest z pewnością. To że, abstrahując od Voecklera, czołowa ósemka mieści się w niewiele ponad dwóch minutach – bardzo dobrze! Tylko czemu te różnice powstawały przy okazji kraks, a nie podjazdów?

Kandydat numer cztery – Thomas Voeckler. Oczywiście chwała mu za to w jak dobrej jest dyspozycji. A jest w tak dobrej, że nawet jak atak przez chwilę wygląda na poważny, to właśnie on spawa grupę. Kto by nie zaatakował – zaraz na kole jest Francuz. I potem myśli sobie taki Basso, czy Schleck „cholera, ten Francuz złapał się na koło, to przecież Contador z Evansem też dadzą radę”. Czasem mi się wydawało, że jednak by nie dali. Voeckler swoją bardzo dobra jazdą trochę denerwuje i paraliżuje rywali. Najlepsi górale chcieli by pewnie żeby w końcu Voeckler wymiękł. Ale ten najdzielniejszy z Francuzów nie może wymięknąć. Może Voeckler tak dobrze zaznajomił się z górami, że to on jest ojcem wszystkich myszy?

Prawda zapewne jak zwykle leży po środku. Nie zmienia to faktu, że choć kilka razy wydawało się, że zaraz stanie się coś wielkiego – nic się nie stało. Dziś dzień przerwy i od jutra, a właściwie od pojutrza zaczynamy Alpy. Tam już musi coś się stać. Przecież nie wszyscy możni Wielkiej Petli będą czekać na czasówkę. Choćby straceńcze – jakieś ataki muszą być. A tak swoją drogą nie podoba mi się, że na końcu jest czasówka. Zdecydowanie ciekawiej by było gdyby wszystko rozgrywało się na górskich podjazdach, by to na l’Alpe d’Huez zawodnicy już nie mogli kalkulować tylko mieli prosty cel: nad takim to a takim zawodnikiem trzeba nadrobić tyle sekund. Czasówka jest po prostu mniej romantyczna. Chyba że akurat jesteśmy na Polach Elizejskich, a jakiś Amerykanin traci do pewnego Francuza 50 sekund… Ale taki scenariusz może się trafić raz na kilkadziesiąt wyścigów. Czasówkę lepiej rozegrać we wcześniejszej fazie wyścigu, albo w części tranzytowej, zaś w jednym z ostatnich dni można by zaprosić kolarzy do czasówki-wspinaczki. Czyż nie byłoby ciekawiej? Pewnie że tak.


pubsport.pl
Paweł Kazimierczyk
Wrocławianin, student Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej. W styczniu 2010 rozpocząłem prowadzenie bloga olimpijsko.blox.pl. Grudzień tegoż roku przyniósł mi zaproszenie do PubSportu, kolejna zima zaowocowała z kolei przeniesieniem bloga do serwisu naTemat.pl, gdzie można mnie znaleźć pod adresem pawelkazimierczyk.natemat.pl. Pisuję o wielu dyscyplinach. Być może wygląda to tak, że myślę, że znam się na wszystkim, ale sądzę, że przeboleję taką opinię i będę robił swoje. Największe emocje wzbudzają we mnie zawody w których sportowcy występują pod barwami narodowymi, stąd też ogromna fascynacja imprezą jaką są Igrzyska Olimpijskie. Przy czym wobec tych wszystkich rozgrywek niemal zawsze w ślepej kibicowskiej naiwności wierzę w sukces tych pod biało-czerwonym sztandarem.
http://pawelkazimierczyk.natemat.pl