Po co komu były te Mistrzostwa Europy?

Głęboko w cieniu rozgrywek futbolowych Euro 2012 odbywały się w Helsinkach lekkoatletyczne Mistrzostwa Europy. Zorganizowanie tej imprezy w takim terminie jest czymś absurdalnym. Dotychczas wielkie imprezy królowej sportu odbywały się w cyklu czteroletnim: Mistrzostwa Świata, Mistrzostwa Europy, kolejne Mistrzostwa Świata i Igrzyska Olimpijskie. I znowu: MŚ, ME, MŚ i IO. Teraz jacyś mądrzy wpadli na pomysł, żeby w roku olimpijskim organizować także ME…

Wiadomo, że dla każdego wybitnego lekkoatlety IO są imprezą priorytetową. Cały wieloletni cykl treningowy jest podporządkowany przygotowaniom do tych zawodów. Szczyt formy ma przypaść właśnie na IO. Dlatego bardzo wielu zawodników po prostu zrezygnowało z odbywających się miesiąc wcześniej ME. Tak też zrobili prawie wszyscy Polacy, którzy mają realne szanse na medale olimpijskie lub wysokie miejsca w finałach: Majewski, Małachowski, Fajdek, 800-metrowcy… Jedynym wyjątkiem była Anita Włodarczyk, która zdobyła zresztą złoty medal. Nawet ona jednak przyznała po zawodach, że ME potraktowała jedynie jako etap w przygotowaniach olimpijskich, zaś osiągnięty w Helsinkach wynik zapewne nie wystarczy do zdobycia medalu na Igrzyskach w Londynie.

Jestem wielkim fanem lekkiej atletyki, więc oglądałem sporą część transmisji ME. Prawie przez cały czas z ekranu telewizora wiało nudą. Absencja większości najlepszych lekkoatletów spowodowała, że wyniki zwycięzców były zwykle co najwyżej przeciętne. (Uczciwie muszę przyznać, że z tej szarzyzny wyłamał się męski skok o tyczce; walka przebiegała w nim na najwyższym światowym poziomie).

Po co więc w ogóle zorganizowano te Mistrzostwa Europy? Nie mam zielonego pojęcia. Czy chodzi o to, że parę osób będzie się kiedyś mogło pochwalić wnukom swoimi medalami, których na pewno by nie zdobyli, gdyby obsada ME była silniejsza? Chyba jednak nie. Podejrzewam, że przyczyną są tylko i wyłącznie rozdęte ambicje rożnych działaczy lekkoatletycznych, chcących „zaznaczyć swoją obecność”…


pubsport.pl