Po Copa America 2011

To mój pierwszy i prawdopodobnie ostatni wpis dotyczący tegorocznego Copa America. Gdybym nie wyjechał na wieś, to pewnie obejrzałbym większość spotkań turnieju. Jednak stało się jak się stało i skupiłem się tylko na fazie pucharowej, a mecze grupowe widziałem okazjonalnie.

Częściowo mogę obwinić za to Telewizję Polską. Jeszcze pamiętam, jak siedem lat temu wszystkie mecze można było obejrzeć na kanałach otwartych. Gdyby zrobiono tak w tym roku, pewnie zobaczyłbym znacznie więcej spotkań. W ogóle fakt, że finał nie został pokazany na żywo w Dwójce jest pewnego rodzaju skandalem. Bo jak inaczej ująć fakt, że można było zobaczyć dwa ćwierćfinały (tylko, ale dobrze, że w ogóle), dwa półfinały, a meczów o medale nie? Dla mnie i tak błogosławieństwem był internet, bo mieszkając na zadupiu nad jeziorem mam jedynie antenę na dachu domku i łapię TV z powietrza… A jeszcze później się okazało, że zamiast meczu na ekranie było widać tylko to:

Teraz już przechodzę do spraw czysto sportowych. Być może brakuje mi doświadczenia w oglądaniu tegoż turnieju (poprzednie dwie edycje pamiętam jak przez mgłę), ale szokiem dla mnie były składy półfinałów. Okazuje się, że w Copa America wszystko zdarzyć się może i nawet absolutny zwycięzca grupy może szybko się pożegnać z fazą pucharową. Myślę tu oczywiście o Kolumbijczykach, których uważałem za czarnego konia rozgrywek. Sądziłem, że dwójka bardzo zdolnych piłkarzy z FC Porto pociągnie tę reprezentację znacznie dalej.

Często się mówi, że futbol w Ameryce Południowej to Argentyna, Brazylia, być może Urugwaj i reszta. Zarówno gospodarze imprezy, jak i obrońcy trofeum spisali się znacznie poniżej oczekiwań. O ile Albicelestes odpadli po najpiękniejszym spektaklu tej edycji, o tyle Canarinhos pogrążyli się nie strzelając żadnego karnego. To naprawdę wielka porażka dla krajów, w których piłka nożna to więcej niż sport.

Przed Mundialem w Niemczech zakochałem się w dwóch drużynach, które grały ze sobą w barażu o udział w MŚ. Były to Urugwaj i Australia. (ach, jakże mnie wówczas bolało serce, zwłaszcza w trakcie serii rzutów karnych!) Od tamtej pory są to moje ulubione reprezentacje (razem z Hiszpanią i USA). Było więc jasne, że najbardziej w CA kibicowałem ekipie Oscara Tabareza. Uwielbiam tę ich ofensywną piłkę i walkę do końca. Zostawiają na boisku serce, kochają to, co robią!

Zauważmy, że wśród Celestes mamy zaledwie siedmiu graczy, który na co dzień grają poza Europą. Ponadto, zaledwie dwóch z nich reprezentuje rodzimą ligę. (może trener Smuda powinien wziąć przykład z O. Tabareza na ME?). W czasach dzisiejszych nie byłoby sukcesów tej ekipy, gdyby nie jej dwa najważniejsze ogniwa – Diego Forlan i Luis Suarez. Ale kiedy to od nich zacznie się ustalać kadrę, to w drużynie zaczyna wszystko ładnie funkcjonować.

Ewenementem na skalę światową jest sposób zdobycia Wicemistrzostwa Ameryki Południowej przez Paragwaj (przypomnę – żadnego zwycięstwa w turnieju). Justo Villar powinien być tam noszony na rękach i powinien dostać znaczną część premii za to osiągnięcie. Na szczęście w finale zostali brutalnie sprowadzeni na ziemię przez Urugwaj.

Bardzo miłą niespodziankę sprawiła swoimi występami Wenezuela. Nie ma ona przecież wielkich nazwisk, ale porywała swoją walecznością, wychodząc momentami z beznadziejnych opresji. Los chciał, że nie zagrali w finale, choć bliżej, jak byli zdaję się nie mogli być. Tyle samo brakowało im do dogrywki w spotkaniu o brązowy medal.

Ten właśnie medal wpadł w ręce Peruwiańczyków. Co prawda mieli trochę szczęścia, bo weszli do fazy pucharowej jako trzecia drużyna grupy C, to później zrekompensowali się, zwłaszcza w 1/4 finału i meczu o 3. miejsce. Mieli też najlepszego strzelca turnieju Jose Paolo Guerrero. I lepszą kondycję od Kolumbijczyków w ćwierćfinale.

Copa America pewnie znów okazało się niezłą promocją dla niektórych zawodników, np. Guerrero, Vizcarrondo, Sanchez i zapewne póki nie zamknie się okienko transferowe, posypie się trochę ofert w kierunku graczy z Ameryki Południowej.

43. Mistrzostwa Ameryki Południowej przechodzą do historii. Co zapamiętam? Chyba skład półfinalistów i skojarzenia związane z nimi. W pamięci zostanie mi pewnie też to, że zawiodło wielu faworytów. A same rozgrywki z pewnością wymagają reformy, ale to temat na inny wpis.

Ja, przyznam szczerze, najbardziej z nieeuropejskich mistrzostw kontynentów interesuję się Pucharem Narodów Afryki. Ten turniej już od 21 stycznia 2012 🙂


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl