Podsumowanie ATP 2010: Andy Murray

Andy’emu Murrayowi ciągle czegoś brakuje by sięgnąć po wielkoszlemowy tytuł. A może to jest ponad jego siły, w końcu liczą na niego miliony Brytyjczyków czekających na triumf w Wielkim Szlemie i on musi się borykać z tym ciężarem. Czy grając tak jak Murray możliwe jest wygranie wielkoszlemowej imprezy?

„Czy Andy Murray jest gotowy na wygranie wielkoszlemowego turnieju? Moim zdaniem tak, uważam, że właśnie nadszedł jego czas. Dlaczego miało by się to stać właśnie teraz? Jest bardziej agresywny, gra odważniej, częściej skraca wymiany i coraz rzadziej wpada w sidła własnych skomplikowanych taktycznych niuansów” – pisałem tuż przed US Open, jakże mocno się pomyliłem. Byłem zafascynowany grą Szkota w Toronto, gdzie sięgnął po tytuł po drodze eliminując Rafę Nadala i Rogera Federera. Wydawało mi się, że jest już zdolny do szturmu, do ofensywnego, agresywnego grania, które da mu wielkoszlemowy laur doprowadzając do euforii całe Wyspy Brytyjskie. Tymczasem na Flushing Meadows to był ciągle ten sam Andy, którego od kilku sezonów obserwujemy, czyli pasywny, czekający na błędy rywali i okazje do kontry. Znowu były wielkie oczekiwania i po raz kolejny Szkot im nie sprostał, czyli skończyło się tak jak zawsze. Balon pękł z wielkim hukiem.

Szkot w tym sezonie wzbogacił się o dwa tytuły (Toronto, Szanghaj). Błyszczy on w pojedynczych turniejach, dobrze spisuje się w imprezach z cyklu Masters 1000, ma dodatni bilans spotkań z Rogerem Federerem (8-6), ale dokonania w Wielkim Szlemie zamykają się na finałach US Open 2008 i Australian Open 2010. W obu przegrał z Federerem i jest to wystarczający dowód na to, że Masters 1000 i Wielki Szlem to dwie różne tenisowe bajki. Jego piętą achillesową jest też gra na ceglanej mączce. 1/8 finału tegorocznego Roland Garros to jego najlepszy wynik na paryskiej ziemi. W swojej ojczyźnie w All England Club po raz drugi z rzędu dotarł do półfinału walkę o finał przegrywając z Nadalem. Sezon zakończył w hali O2 dochodząc do półfinału londyńskich Finałów ATP World Tour, w którym przegrał z Nadalem po jednym z najlepszych meczów sezonu.

„[…] Wielki Szlem to zupełnie inny turniej, tutaj Murray staje się spanikowany, pasywny, nie ma u niego tej ikry, lwiego pazura, przemienia się w przestraszonego kociaka. Jest za słaby fizycznie, by wytrzymać trudy dwutygodniowej rywalizacji? Nie wytrzymuje ciążącej na nim presji nadziei brytyjskiego tenisa na pierwszy wielkoszlemowy tytuł od prehistorycznych czasów? A może nie ma po prostu genu urodzonego zwycięzcy?” – pisałem już po US Open, z którego w III rundzie wyeliminował Murraya Stanislas Wawrinka. Ten delikatny, pełen taktycznych niuansów tenis mistrza gry z kontry znowu nie zaprowadził go na sam szczyt. Murray nie ma instynktu kilera, nie potrafi dobijać leżących niemal na łopatkach rywali i sam kombinując wpada we własne sidła. I trzeba też dodać, że wtrącająca się we wszystkie sprawy, chcąca mieć wszystko pod kontrolą mamusia mu nie pomaga. Historia tenisa zna wiele przykładów nadopiekuńczych rodziców, którzy doprowadzili do katastrofy swoich synów czy córek.

Wydaje się, że zmieniający często trenerów Murray pewnego pułapu nie przeskoczy i ciężko mu będzie rozbić bank o nazwie Wielki Szlem. Ma już taką mentalność, że przy tych najważniejszych piłkach w najważniejszych imprezach instynkt taktycznego geniusza go zawodzi. I może właśnie dlatego geniuszem nigdy nie zostanie i karierę zakończy jako ten bardzo dobry, któremu zawsze czegoś brakowało by znaleźć się w panteonie gigantów tenisa.


pubsport.pl
Łukasz Iwanek
Lubartów, w 2009 roku ukończył studia na kierunku Ekonomia. Od 2009 roku pracuje w portalu SportoweFakty.pl, najczęściej cytowanym serwisie internetowym. Pisze tam o tenisie, ale interesuje się też piłką nożną i wieloma innymi dyscyplinami, jak lekkoatletyka, siatkówka, pływanie czy sporty zimowe. Od 2007 roku prowadzi bloga Sportowa Publicystyka.
http://sportowapublicystyka.blox.pl