Podsumowanie ATP 2010: Nikołaj Dawidienko

Nikołaj Dawidienko to jedno z największych rozczarowań sezonu 2010. Rosjanin, który ubiegły sezon zakończył wspaniałym triumfem w Finałach ATP World Tour, a rok 2010 rozpoczął od wygrania turnieju w Dausze, w dalszej części sezonu doznał kontuzji nadgarstka i przepadł. Czy to tylko wina kontuzji, a może wszystko tkwi w jego głowie?

Popularny Kolia, dwukrotny półfinalista Roland Garros (2005, 2007) i US Open (2006, 2007), jako drugi tenisista w historii trzykrotnie z rzędu pokonał Nadala w finałach w ATP World Tour. W kończącym ubiegły sezon Masters i w styczniu tego roku w Dausze po dwa razy ograł Nadala i Federera. Finał w Dausze był fantastycznym widowiskiem. Rosjanin w pierwszym secie trafił na fenomanalnie dysponowanego Rafę, któremu nie urwał nawet gema, ale w II secie obronił dwie piłki meczowe i odwrócił losy tej konfrontacji. Rosjanin, którego cierpliwa praca w końcu zaczęła przynosić efekty, pełen wiary we własne możliwości, do Australian Open przystępował jako jeden z faworytów. Sam za takiego go uznałem: „W finale mając w pamięci piękny bój w Dausze po prostu nie mogę nie postawić na Rosjanina, który znalazł magiczny środek na wygrywanie z Nadalem i Federerem, a jest nim ciężka praca, cierpliwość i wiara w siebie. W końcu Hiszpan i Szwajcar to nie są roboty, tylko zwykli ludzie, których też można pokonać i Rosjanin w końcu w to uwierzył. Podstawa to niezagotować się, gdy mecz z takimi tuzami układa się znakomicie i nie tracić nadziei, gdy idzie bardzo źle i można pomyśleć, że to nie mój dzień, ogram go kiedy indziej. Kolia teraz już tak nie myśli i dlatego był w stanie wyjść z takich opresji, jak w Dausze”pisałem w styczniu widząc byłego trzeciego tenisistę rankingu ATP jako mistrza Australian Open 2010. W Melbourne doszedł on po raz czwarty do ćwierćfinału (wcześniej w latach 2005-2007) przegrywając z Federerem. Później osiągnął jeszcze półfinał w Rotterdamie i rozpoczął się prawdziwy dramat, upadek tenisisty, dla którego to miał być życiowy sezon.

Złamany nadgarstek, ale też nieumiejętność radzenia sobie z presją i do tego problemy ze sprzętem (podpisał umowę z Dunlopem, wcześniej grał rakietą Prince, ale na początku nie był zadowolony z nowego sprzętu i zaczął nim grać dopiero w drugiej części sezonu) doprowadziły do wielkiej katastrofy. Po oddaniu walkowerem meczu III rundy z Viktorem Troickim w Indian Wells pauzował i nie zagrał w Roland Garros. Po powrocie odpadł w II rundzie w Halle i Wimbledonu. Do końca sezonu osiągnął sześć ćwierćfinałów, w tym w trzech ostatnich turniejach (Montpellier, Walencja, Paryż-Bercy) dając sobie i swoim kibicom nadzieję na odbudowanie się przed startem nowego sezonu.

„Ten triumf na zakończenie sezonu dał mu takiego kopa energetycznego i tyle pewności siebie, że uwierzył, że może góry przenosić i naprawdę stać go na wygranie turnieju wielkoszlemowego. On w to uwierzył i teraz nikt już nie może powiedzieć, że Kolia pewnego poziomu nie przeskoczy. Ten poziom był naprawdę wysoki, ale tę prawdziwą mistrzowską formę osiągnął dopiero teraz”pisałem zastanawiając się po jego zwycięstwie w Dausze czy może wygrać Australian Open. Między solidnością a genialnością istnieje bardzo cienka granica, którą potrafią przekroczyć tylko nieliczni. Dawidience to się udało, ale na tym magicznym poziomie był tylko przez chwilę. Z drugiej strony wielu bardzo dobrym tenisistom i to nigdy nie było dane, Kolia wygrał Masters i ma swoje miejsce w gronie największych z największych.

Jednak rok w tenisie to szmat czasu, w ciągu którego może się zmienić wszystko. Można wydobyć się z otchłani, ale można też zostać brutalnie sprowadzonym na ziemię z wielkiej góry. Kolia na samym szczycie nigdy się nie znalazł, ale to co prezentował na przełomie sezonów było jego osobistym Mount Everestem. Kolia po osiągnięciu półfinału w Rotterdamie aż do końca września tylko w dwóch turniejach wygrał dwa spotkania z rzędu. To całkowicie przekreśliło jego szanse na zakwalifikowanie się po raz drugi do londyńskich Finałów ATP World Tour. W efekcie Rosjanin po raz pierwszy od stycznia 2005 roku wypadł z czołowej 20 rankingu ATP. „Presja jest gdy walczy się o Masters. Ja chcę po prostu cieszyć się z kilku ostatnich turniejów w sezonie” – mówił broniąc tytułu w Szanghaju jeszcze przed przegranym pierwszym meczem z Mischą Zverevem.

Kolia nigdy nie był królem siatki, jego siłą była doskonała praca nóg i okopywanie się z głębi kortu, bieganie od narożnika do narożnika i zamęczanie rywali w maratońskich wymianach. I nagle okazało się, że ten mistrz gry destrukcyjnej jest bardzo dobrym specjalistą od gry przy siatce. Z woleja on nie korzystał, choć miał go dobrze opanowanego, bo nie był go pewny, dlatego jego tenis na linii końcowej wymagał perfekcyjnego przygotowania fizycznego. Wspaniały triumf w Szanghaju uskrzydlił go i w londyńskiej hali O2 pokazał się z nowej strony: skuteczny, dynamiczny, ofensywny tenis oparty na skracaniu wymian poprzez liczne wypady do siatki, ale też bardziej ryzykowna gra z głębi kortu i próba szybszego kończenia akcji ostrymi piłkami wzdłuż linii. „Zrodził się nam zatem tenisista zdolny do rzeczy niezwykłych, tworzący elektryzujące widowiska zapadające w pamięć, czyli po prostu wielki”tak go określiłem po styczniowej wiktorii w Dausze.

„W życiu piękne są tylko chwile. Czasem jedna, czasem dwie, czasem więcej, trzeba umieć je odnaleźć i docenić, wykorzystać ten jeden nadarzający się moment, bo więcej okazji może nie być. Umieć się znaleźć w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie” – pisałem w tym samym artykule życząc Kolii triumfu w Australian Open. Niestety nie dał rady. A może tym największym momentem w jego karierze miał być ubiegłoroczny triumf w Londynie? Wtedy wykorzystał tę niepowtarzalną okazję. Czy będzie miał ich więcej, czas pokaże. W końcu w historii tenisa wielu było świetnych tenisistów, którzy odeszli bez wygranego Wielkiego Szlema. Być może Rosjanin nie wykorzystał jedynej szansy na wielkoszlemowy laur, gdy przed Australian Open był w życiowej formie, Był postrachem gladiatorów, czy tylko przez chwilę?

Oddaj swój głos na Sportową Publicystykę w konkursie Blog Roku 2010. Termin głosowania SMS 11.01.2011 godz. 15:00 – 20.01.2011 godz. 12:00


pubsport.pl
Łukasz Iwanek
Lubartów, w 2009 roku ukończył studia na kierunku Ekonomia. Od 2009 roku pracuje w portalu SportoweFakty.pl, najczęściej cytowanym serwisie internetowym. Pisze tam o tenisie, ale interesuje się też piłką nożną i wieloma innymi dyscyplinami, jak lekkoatletyka, siatkówka, pływanie czy sporty zimowe. Od 2007 roku prowadzi bloga Sportowa Publicystyka.
http://sportowapublicystyka.blox.pl