Podsumowanie ekstraklasowej jesieni – cz. II

W piątek napisałem pierwszą część mojego podsumowania rundy jesiennej ekstraklasy. Teraz waszym oczom ukazuje się część druga, w której opiszę postawę podczas jesieni pozostałych dziesięciu, w pierwszej części nieopisanych, drużyn ekstraklasy. Zaczynamy.

Jagiellonia Białystok jesień zakończyła na dziesiątym miejscu. Do rozgrywek przystępowała rozbita, upokorzona klęską z Irtyszem Pawłodar w Lidze Europy. Z ekipą pożegnał się człowiek, który drużynę z Białegostoku zbudował. Sprawił, że w minionym sezonie Jaga zajęła czwarte miejsce w ekstraklasie, a sezon wcześniej zdołał ją uratować przed spadkiem, mimo iż drużyna, o której tu mowa, zaczynała z minus dziesięcioma punktami. Mowa tu oczywiście o Michale Probierzu. Zastąpił go Czesław Michniewicz. Pod jego wodzą drużyna z Podlasia grała w kratkę. Raz wygrywała, potem remisowała, przegrywała, wygrywała. Zawodnicy Jagi rzadko potrafili zdominować rywala i kontrolować mecz. Ich gra nie była porywająca. Często niestety nudna. Ale na pewno fajnie, że Michniewicz daje dużo szans na grę młodym, polskim zawodnikom. Wyniki nie najlepsze, przynajmniej jak na potencjał kadrowy, który przecież, jak na polską ligę, Jagiellonia ma niemały.

Podbeskidzie Bielsko – Biała uplasowało się na miejscu dziewiątym. Zaczęli piłkarze beniaminka z Bielska bardzo nieśmiało. Po pierwszych kilku spotkaniach wielu już mówiło o ekipie tej, jako faworycie do spadku. Pierwsze pięć meczów, to były zaledwie trzy punkty zdobyte przez podopiecznych Kasperczyka. Odżyli w następnej kolejce, pokonując zupełnie niespodziewanie będącą na fali warszawską Legię. Wtedy właśnie przypomniały się te zeszłosezonowe  boje Podbeskidzia w Pucharze Polski. Po zwycięstwie ze stołeczną ekipą, drużyna Kasperczyka zaczęła grać znacznie równiej. Lepiej. Dobrą jesień zaliczył Sylwester Patejuk. Pochwalić należy też Izraelczyka, Lirana Cohena. Dziewiąte miejsce to na pewno dobra jak na beniaminka pozycja. Teraz trzeba tylko odpowiednio przepracować zimę i na wiosnę utrzymać formę z jesieni.

Korona Kielce zaczęła sezon świetnie, mimo iż nikt na taki start absolutnie nie stawiał. Miała być to ekipa, która będzie oscylowała gdzieś pomiędzy miejscami 9 – 14. Trenerem został człowiek, dotąd na boiskach naszej ekstraklasy widywany rzadko. Częściej prowadził zespoły z niższych lig. Bez większych sukcesów. Korona, zespół, który nie jest wyposażony w gwiazdy wysokiego formatu jak na polskie warunki, od początku sezonu grał niezwykle ambitnie. Walka, wybieganie, gra na pograniczu faulu – tak grała właśnie Korona. Leszek  Ojrzyński potrafił zespół odpowiednio przygotować, nastawić. Oprócz tego kielecka ekipa grała niezwykle skutecznie. Siłą tej ekipy był kolektyw. Gra nie opierała się na jednym, dwóch zawodnikach. Do zwycięstw przyczyniał się cały zespół. Po dziewięciu kolejkach przystopowali. W końcu, po dziewięciu spotkaniach bez porażki, w dziesiątej kolejce pokonał ich Lech. Potem było znacznie gorzej i rundę zakończyli na ósmej pozycji. Zadyszka w końcu nastąpiła. Korona po prostu nie ma wystarczającego potencjału, by bić się o najwyższe pozycje w lidze.

Widzew Łódź na koniec rundy uplasował się na siódmej pozycji. Przyzwoicie. Nikt po ekipie z Łodzi walki o europejskie puchary się nie spodziewał, więc pozycję tą można uznać za naprawdę niezłą. Radosław Mroczkowski, trener młody, dotąd niezbyt doświadczony, potrafił zespół dobrze poukładać. Fajnie, że w Widzewie dużo szans dostaje młodzież. Pewnym punktem defensywy na prawej stronie jest młody Bartkowski. Często okazje do występów ma Piotr Mroziński. Pograł już trochę Stępiński. To dobrze.

Należy zwrócić uwagę na to, ile bramek Widzew strzela ze stałych fragmentów gry. O tym jak mocną jest to stroną łódzkiego zespołu świadczy to, że zdobył on aż siedem bramek ze stałych fragmentów gry. Ogółem zdobył czternaście, czyli aż 50 procent bramek podopieczni Mroczkowskiego zdobyli ze stałych fragmentów. Jeśli chodzi o samą grę, to łódzki zespół nie czaruje. Widzewiacy nie wymieniają dużej ilości podań. Nie grają jakiejś wielkiej kombinacyjnej piłki. Grają futbol niezbyt skomplikowany. Prosty. Zarazem defensywny. Nie zawsze z gry wychodzi wszystko tak, jakby podopieczni Mroczkowskiego chcieli, ale wtedy zawsze są te stałe fragmenty gry.

Zawiódł tej jesieni zdecydowanie Nika Dzalamidze. Miał być wielką gwiazdą tego sezonu. Ale był słaby. Za słaby. Nie czarował tak, jakby wszyscy w Widzewie oczekiwali. Grał po prostu bardzo przeciętnie. On miał być liderem tego zespołu, a był tylko bezbarwnym kopaczem. Właśnie, w Widzewie nie ma takiego typowego lidera. Kogoś, kto przy słabym wyniku potrafił by zespół pociągnąć do przodu. Popisać się czymś niekonwencjonalnym. Przydałby się taki ktoś niezwykle.

Wisła Kraków rundę zakończyła dopiero na szóstym miejscu. Przez  większą część jesieni wiślacy grali bezbarwnie. Bez polotu. W dodatku niezbyt skutecznie. Ta runda pokazała jak ważni dla Wisły są Patryk Małecki i Maor Melikson. Bez nich nie miał już kto tej Wisły pociągnąć do przodu. Nie miał kto popisać się fajnym dryblingiem, ładnym prostopadłym podaniem, po prostu nie miał kto w ekipie spod Wawelu zrobić przewagi. No, może jak dobry dzień miał Iliev to potrafił ładnie kiwnąć, uderzyć. Gra defensywna przez większą część rundy również mocno ubolewała. Jaliens, Lamey – masakra, Diaz – niewiele lepiej, Chavez – też słabo. Ale nie, Maaskant nie zwracał na to uwagi, tylko ciągle stawiał na tę czwórkę, bo po co dawać szanse Czekajowi, który jak gra to gra całkiem nieźle(lepiej od Jaliensa), po co ma grać Jovanović, który jest szybki, w defensywie solidniejszy od Lameya, a w ofensywie znacznie bardziej efektywny i efektowny?! Po co dać szansę Bunozie?! Maaskant wychodził właśnie z takiego, moim zdaniem zupełnie bezsensownego, założenia. Opierał się na tych samych graczach, nie dawał szansy innym. Między innymi stąd wzięła się ta słaba pozycja drużyny z Reymonta tej jesieni.

Lech Poznań  skończył jesień na piątym miejscu. Poznaniacy też rozczarowali. Rozczarowali nie tylko pozycją w tabeli, ale także grą. Często mizerną grą. Toporną. O coś niekonwencjonalnego, ciekawego, finezyjnego było niezwykle ciężko. Oczywiście, mieli poznaniacy spotkania, w których potrafili rywala w stu procentach zdominować, klepać, stwarzać wiele okazji. Ale to były mecze nieliczne. Nigdy nie byłem zwolennikiem Bakero i wciąż uważam, że to nie jest odpowiedni trener dla Lecha. Jest po prostu za słaby. Często jego decyzje są po prostu dziwne. Grą poznaniacy – jak chwilę wcześniej pisałem ? nie czarują. Punktów też jest mało jak na oczekiwania. A przecież Bask dostał zespół z dużym potencjałem kadrowym, dwoma super – gwiazdami, niezłą defensywą. Generalnie, dostał piłkarzy z wyszkoleniem technicznym na naprawdę wysokim poziomie. Ale nie potrafił zrobić tego, co Skorża z Legią. Nie potrafił sprawić, że Kolejorz zacznie grać z polotem i dobrą skutecznością.

Pomyślmy co by było, gdyby Rudniev doznał (odpukać) kontuzji. To właśnie dzięki niemu Lech ma w miarę przyzwoitą pozycję w lidze. To on potrafi stworzyć coś, z niczego. Strzela goli niezwykle dużo. Hat – tricki stają się już dla niego powoli rutyną, bowiem ustrzelił ich już w tym sezonie aż cztery. Niesamowite, prawda? Ogółem zdobył osiemnaście bramek. Ciekawe jak długo działacze Kolejorza utrzymają u siebie w klubie Rudnieva. Zaraz, zaraz, nie wiadomo czy w ogóle będą chcieli go utrzymać, bo przecież budżet trzeba łatać, jak mówią. No cóż, wtedy pozostaje już tylko życzyć powodzenia ekipie z Poznania.

Ruch Chorzów z kolei zaskoczył bardzo pozytywnie. Jesień zakończył na bardzo dobrym, czwartym miejscu. Chorzowianie grali niezwykle solidnie. Może w ich grze nie było wielkiego polotu, fantazji, dużej finezji, ale grali ofensywnie. Nie grali piłki szczególnie skomplikowanej, po prostu potrafili wymieniać podania na połowie przeciwnika, rozegrać piłkę na skrzydło, odwrócić ciężar gry. Tacy zawodnicy jak Piech czy Jankowski potrafią zagrać też jakąś ciekawą, kombinacyjną akcję. Chorzowianie polegli w sześciu meczach. Ale uwaga – nie zwykli oni przegrywać z drużynami z niższych rejonów tabeli. Spośród sześciu przegranych spotkań, aż pięć przegrali z drużynami pierwszej szóstki naszej ekstraklasy. A więc można powiedzieć, że Ruch to jest drużyna po prostu solidna, mająca jakieś tam indywidualności, z dobrym trenerem.

Polonia Warszawa skończyła na trzeciej pozycji. Podobnie jak Ruch, nie grała ona z finezją, polotem. Grała dość schematycznie. To – z wykonawcami jakich ma w składzie stołeczna ekipa, wystarczyło na dobre, trzecie miejsce. Czarne Koszule grały mocno w kratkę. Nie było tej powtarzalności. Właściwie, to pewnie poloniści byliby znacznie niżej, gdyby nie ten finisz. Trzy ostatnie mecze, to trzy zwycięstwa Polonii.

Strasznie tej jesieni rozczarowali Sikorski i Bonin. Ten pierwszy nie strzelił ani jednego gola. Marnował sytuacje kapitalne. Stuprocentowe. W wielu sytuacjach zachowywał się tak, jakby pozycja napastnika byłaby mu zupełnie obca. Bonin z kolei grał po prostu często fatalnie. Dryblingi mu nie wychodziły, piłki pozbywał się szybko – nie ryzykował. Po zagraniu nic go już nie interesowało, nie pokazywał się na pozycję, nie wychodził do gry. Przyglądał się.

Jacek Zieliński na pewno przez zimę musi postarać się w jakiś sposób urozmaicić grę ekipy z Warszawy. Niech spróbują stworzyć coś ciekawszego, co mimo wszystko daje punkty. W Lechu zrobić to potrafił, to dlaczego w Polonii, która przecież potencjał kadrowy ma niemały, miałby tego nie umieć zrobić?

Legia Warszawa najbardziej ze wszystkich ekip mnie zaskoczyła. Ona właśnie grała z polotem, z fantazją. Często grała futbol po prostu radosny, futbol „na tak”. Pełno w Legii młodych,  również niezwykle zdolnych chłopaków. Skorża zrobił takie fajne połączenie rutyny z młodością. Sporo młodzieży i kilku pewnych, doświadczonych liderów. To połączenie daje bardzo dobre efekty. Legia jest klubem, który coraz bardziej zaczyna zbliżać się do Europy. Jest super stadion, dobra infrastruktura, akademia, w zespole dobra młodzież. Na pewno to może bardzo cieszyć. No i oczywiście te europejskie puchary, gdzie Legia niespodziewanie zrobiła furorę.

Muszę przyznać, że takim obrotem spraw jestem bardzo zaskoczony, bo szczerze powiedziawszy, w Macieja Skorże po minionym sezonie bardzo wątpiłem. Nie sądziłem, że może w Europie zrobić taką furorę, nie sądziłem, że będzie jedną z najrówniej grających ekip naszej ekstraklasy. O grze nie wspominając.

Śląsk Wrocław to nasz mistrz rundy jesiennej. Grali najrówniej ze wszystkich. Najbardziej solidnie. Nie grali wielkiej piłki, ale potrafili zagrać ciekawą kombinacyjną akcyjkę, klepnąć, wyjść na pozycję. Nie, nie tylko kontry, wybieganie i defensywka. Tak było w zeszłym sezonie. Teraz jest inaczej, jest też atak pozycyjny i wcale nie statyczny, powolny i bez większego postępu jeśli chodzi o zdobywanie terenu. Nie. Jest lepiej.

Śląsk to ekipa, która ma w składzie kilka indywidualności, ale siłą drużyny tej jest kolektyw. Jest zespołowość. Wszystkim leży na sercu dobro klubu. Na mistrza rundy wrocławianie w stu procentach zasłużyli.

To by było na tyle, jeśli chodzi o moje podsumowanie ekstraklasowej jesieni.


pubsport.pl
Daniel Flak
Mam czternaście lat. Uwielbiam sport, a w szczególności piłkę nożną, w której zakochałem się oglądając w telewizji Mistrzostwa Świata w Niemczech. Od tego czasu regularnie trenuje i gram w klubie, obecnie w Rakowie Częstochowa. Oprócz tego, wielką przyjemność sprawia mi pisanie o futbolu. W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem sportowym. Prowadzę bloga, na którego serdecznie zapraszam: http://daniel99.blox.pl/html
http://daniel99.blox.pl