Podsumowanie ME siatkarek 2011

Zakończył się ważny okres dla siatkarskiej Europy. Wrzesień i początek października upłynęły pod znakiem Mistrzostw Europy najpierw mężczyzn, a potem kobiet w siatkówce. Chciałbym teraz podsumować turniej pań.

Oczywiście dużo będzie o naszej reprezentacji, o której tak na dobrą sprawę wiele się nie dowiedzieliśmy. Bo kompromitacją byłaby porażka z Izraelem, Czechami, czy Rumunią, a odpadnięcie w ćwierćfinale z Serbkami, późniejszymi Mistrzyniami Starego Kontynentu było sytuacją jak najbardziej możliwą. Inna sprawa to styl, w jakim zaprezentowała się drużyna prowadzona przez Alojzego Świderka.

Tu też za wiele nie można powiedzieć, bo prawdziwy sprawdzian nadszedł właśnie w 1/4 finału, a my go oblaliśmy. Dwa sety oddane prawie bez walki, a trzeci, mimo, że był już nieco lepszy i powinien być nasz, był ostatnim akcentem polskiej reprezentacji na Eurovolleyu. W sporcie bywa tak, że nagle całej drużynie mecz nie wychodzi. Tak właśnie było tym razem.

Przez ME bałem się o Katarzynę Skowrońską-Dolatę, czy podoła zadaniom, jakie zostaną jej przydzielone. I faktycznie, nowa zawodniczka Evergrande nie zawiodła. Można nawet uhonorować ją tytułem najlepiej grającej Polki na Mistrzostwach. Co do pozostałych naszych reprezentantek, to ujmę to tak – żadna nie rzuciła się w oczy tak, jak Kasia. Nie mówię, że grały źle, ale na wyżyny umiejętności także się nie wzbiły.

Nie bądźmy jednak na polską kadrę źli. Na sukces wskazywała bowiem tylko i wyłącznie historia (ostatni raz nie było nas w półfinale 10 lat temu). Pozostałe wydarzenia, głównie pozaboiskowe, musiały niestety odbić się na postawie naszych dziewczyn. Ja wiem, że teoretycznie gdy jest się na placu gry, to nie myśli się o tym, ale rzeczywistość bywa inna. Tak czy inaczej, mamy 5. miejsce, które podarowała nam niejako CEV, rozlosowując nas w takiej grupie. Pozytywem tej sytuacji jest fakt, że nie stracimy dzięki temu dużo w rankingu FIVB, co jest bardzo ważne, w kontekście szans na IO w Londynie. A w tym czasie reprezentacja Polski – w nowym wydaniu (tak to nazwiemy, bo chyba to określenie najlepiej pasuje), musi ciężko popracować i, mając w głowie marzenia o Igrzyskach, dać z siebie wszystko na turnieju kontynentalnym.

Przed turniejem, za główne faworytki uważałem Rosjanki. Mimo, że nieco mniejsze, niż wydawali się być mężczyźni z tego kraju, ale jednak. I co się okazało? Kolejny raz w tym roku okazały się za słabe na trofeum. Już w ćwierćfinale zlały je Turczynki i  drugi raz z rzędu siatkarki Vladimira Kuzyutkina pojechały do domu bez medalu.

A jeśli wspominam o Turczynkach, to należą im się wielkie słowa uznania. Rozegrały 6 meczów, o których powiemy co najmniej „bardzo dobre”. Nie wyszło im jedynie z Chorwatkami w grupie, ale nikt nie wspomina tego faktu, gdyż zatarły go fantastycznymi występami po fazie grupowej. Medal absolutnie zasłużony, przede wszystkim za piękną waleczną postawę w ostatnich dwóch meczach. W półfinale się nie udało, ale w starciu o brąz podopieczne Marco Aurelio Motty sukces osiągnęły. Gratulacje dla nich!

Idziemy jak po schodkach podium, więc teraz o Niemkach. Krótko mówiąc – pozytywnie zaskoczyły. W którymś z poprzednich wpisów wspominałem, ze duże wrażenie zrobiła na mnie powracająca po dwuletniej przygodzie z siatkówką plażową Angelina Gruen. Poza tym, wspierały ją koleżanki – Maren Brinker i Margareta (Małgorzata) Kozuch. Nie traktowałem tego zespołu na serio, jako kandydata do gry w finale. Sądziłem, że wygrana z Serbią w grupie była zagrywką taktyczną ze strony gospodyń, a w ćwierćfinale trafiły na najłatwiejszy zespół, jaki był w stawce. Okazało się jednak, że zmiotły z parkietu Włoszki w 1/2 finału i proszę bardzo. A bardzo niewiele brakowało im do złota!

Najlepsze w Europie okazały się Serbki. Już od początku tego sezonu reprezentacyjnego pokazywały, że są w znakomitej formie. Były najwyżej z drużyn pochodzących ze Starego Kontynentu na World Grand Prix. Ogólnie przyjemnie oglądało się ich grę (ach, te fantastyczne bloki!), ale bywały fragmenty, że sprawiały wrażenie zespołu do ogrania (3 set meczu z Polską, kryzysy w meczach z Turczynkami, Niemkami) i to jakby trochę odbierało wiarę w Mistrzostwo Europy dla nich.

Miały jednak znakomitą Jovanę Brakocević – zdecydowanie MVP całych rozgrywek. W każdym meczu doprowadzała tłum (większy lub mniejszy) do szału radości. Powinni w Serbi ją nosić na rękach i bezgranicznie dziękować za to, iż potrafiła wziąć na siebie ciężar gry wtedy, gdy jej koleżanki się blokowały. W finale błysnęła niewidoczna przez cały turniej Brizitka Molnar i już gospodynie znacznie zyskały na sile. Do tego doszły świetnie grające środkowe (wszystkie, zamiennie) i rozgrywająca – Maja Ognjejović. Sam przyznałbym jej nagrodę MVP, gdybym nie mógł tego uczynić dla Brakocević. Przyznam szczerze – nigdy w kobiecej siatkówce tak znakomitej rozgrywającej nie widziałem. Może i nie widziałem jakiejś pokaźnej ilości meczów, ale siatkarka Olympiacosu Pireus bardzo mi zaimponowała.

Z większością nagród indywidualnych się zgadzam. Być może pomyślałbym nad libero i blokującą, ale tu, zwłaszcza przy tej drugiej, chyba decydowały cyferki w statystykach. Ale najważniejsze są roztrzygnięcia drużynowe. Lecz… czy zauważyliście, że wśród indywidualnie nagrodzonych nie ma ani jednej Włoszki?!

No właśnie… Italia! Zapowiadałem, że one również będą celować w złoto, bo miały do tego świetną okazję. Skończyło się na najbardziej znienawidzonym przez sportowców czwartym miejscu. O 1/2 finału nawet nie wspominamy, bo tam jakby ich nie było. Dzień później spróbowały wyciągnąć rękę po brąz, lecz zapomniały, że rywalki z Turcji cechuje przede wszystkim waleczność. Przez to, podopieczne Massimo Barboliniego odjechały z Serbii z niczym. Nie grały wcale aż tak źle, zwłaszcza na początku ME, ale jak wiemy, sportowców sądzi się raczej po wynikach, czyli po tym, jak kończą, a Włoszki skończyły smutno.

Ogólnie rzecz biorąc, to były niezłe mistrzostwa. Jak to bywa w damskiej siatkówce, zdarzyło się kilka niespodzianek, ale chyba właśnie za to kochamy tę dyscyplinę. Oczywiście nie będę miał takich wrażeń, jak sprzed dwóch lat z Łodzi, ale o serbska dominacja na pewno pozostanie w mojej pamięci. A miała być dominacja rosyjska…


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl