Podsumowanie roku w angielskim futbolu, czyli gole i swojaki Anglików A.D. 2010

To był dziwny rok na Wyspach. Na pewno nie brakowało w nim ogromnych emocji, lecz niestety w wielu przypadkach nie były one związane z kopaniem piłki. Był to rok największych od lat nadziei, zawodów i skandali. I mimo, iż w przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy miało miejsce także wiele pozytywnych i budujących faktów oraz zdarzeń to z pewnością rok 2010 będzie pamiętany głównie (jak nie tylko) w kategoriach negatywnych.

W ciągu tuzina minionych miesięcy Anglicy ponieśli przede wszystkim dwie największe od lat porażki: blamaż kadry na południowoafrykańskim mundialu oraz niepowodzenie, na rzecz rosyjskiej Dumy, przy wyborze gospodarza największej imprezy piłkarskiej na globie w 2018 roku. Nie jest dobrze zaczynać podsumowanie piłkarskiego roku w Anglii od takich tematów, ale niestety prawdzie w oczy spojrzeć trzeba i przyznać z wielką szczerością też, iż te dwa ciosy były „najważniejszymi” wydarzeniami w wyspiarskim świecie futbolu podczas przeżytych przez nas miesięcy roku prawie że już minionego.
Przełom czerwca i lipca miał być czasem największego, i jednocześnie identycznego, sukcesu reprezentacji Trzech Lwów od 1966 roku, a RPA krajem utożsamianym przez lata z potęgą kopaczy z ojczyzny futbolu. Mistrzowski balon pompowany od miesięcy, niemniej niż nasze oczekiwania na cokolwiek nieprzynoszącego wstydu przed Euro 2012, był z jednej strony, jak to bywa w tego typu sytuacjach, dmuchany aż nadto, lecz z drugiej w ogromnych oczekiwaniach widniała rzeczywista słuszność. Wiadomym było przecież, że Anglicy posiadają najlepsza piłkarsko generację od lat, a afrykański czempionat odbywał się w czasie gdy trzon kardy (Cole, Terry, Ferdinand, Lampard, Gerrard) był w wieku tzw. „najlepszym dla piłkarza”, czyli 28-30 lat, a uważany za najlepszego angielskiego kopacza Wayne?a Rooney’a faktycznie takowym był, gdyż miał za sobą najlepszy sezon w karierze. Swoją cegiełkę w wielkich nadziei dorzuciły przebyte jak burza eliminacje do najważniejszej od czterech lat imprezy. A i sam dyrygent orkiestry, która w końcu miała zagrać koncert życia w południowoafrykańskiej filharmonii, miał być gwarantem osiągnięcia niemożliwego od ponad czterdziestu lat wyczynu.
Jak wyszło? Wszyscy wiemy i ten tekst z pewnością nie potrzebuje opisywania czegoś, co zostało już skomentowane z każdej prawdopodobnej strony i w każdym przypuszczalnym aspekcie. Angielska Federacja postanowiła, mimo iż Fabio Capello popełnił błędy niczym początkujący trener w momencie gdy jest jednym z najbardziej utytułowanych fachowców świata, nie wyrzucać z hukiem (ani z niczym innym) Włocha i dać mu jeszcze jedną szansę. Tą szansą jest polsko-ukraińskie Euro i niezależnie od tego, co synowie Albionu na nim wywalczą wiadomo tyle, że Capello po tej imprezie pożegna się z kadrą.
Selekcjoner Anglików już wyciągnął wnioski z pobytu w RPA. W Afryce Włoch za bardzo zaufał doświadczeniu – na turniej poleciał z najstarszą ekipą imprezy – lecz już po jesiennych meczach The Three Lions widać że pewne wnioski wyciągnął. Jagielka, Cahill, Dawson, Walcott, Huddlestone, Young – to nazwiska, które znaczą coraz więcej w angielskim teamie, a korzystanie z talentu Johnsona, Hendersona czy Carrolla jest bardzo budujące. A w kolejce przecież jest jeszcze tak zdolna młodzież jak Jones, Rodwell czy Albrighton. Tylko w momencie tym rodzi się pytanie, na ile te decyzje personalne Capello są wywołane faktycznym wyciągnięciem wniosków z afrykańskiej selekcji, a na ile po prostu impulsem pod wpływem siły mediów i opinii publicznej? Czas i kolejne decyzje Fabio pokażą gdzie leży prawda, choć doszukiwałbym się jej jednak w tej drugie opcji. Najważniejsze, żeby tylko owa prawda nie okazała się za półtorej roku tak bolesna jak w czerwcu w RPA. Bo wykonawca, czyli piłkarz, musi mieć co wykonywać, a po jesiennych meczach eliminacyjnych jest we mnie masa wątpliwości, czy włoski trener ma wizję skutecznego podboju Europy.
Jakby angielski futbol posiadał mało problemów i rozczarowań w mijającym roku, to niedawno miejsce miało wydarzenie dobijające i tak już zdeptaną dumę angielskiego kibica. Mianowicie chodzi o wybór, a raczej jego brak ojczyzny kopanej na gospodarza mundialu w 2018 roku.
Teoretycznie kandydatura Anglików była pewniakiem do końcowego triumfu z wielu wiadomych powodów. Praktyka i rzeczywistość okazały się jednak z goła odmienne i angielski naród po raz kolejny chcąc wszystko wyszedł z niczym oprócz wstydu i rozczarowania.
Za propozycją FA przemawiało praktycznie wszystko: w zasadzie już na dziś gotowa infrastruktura (i to nie tylko ta stricte piłkarska); poparcie wielu mniej bądź bardziej wpływowych person w piłkarskim półświatku; fakt iż na Wyspach nie było mistrzowskiego turnieju od 1966 roku oraz najważniejsze – poparcie Seppa Blattera. Niestety Anglicy, na własne w zasadzie życzenie, bo przez szefa własnego związku oraz przede wszystkim bezmyślnych dziennikarzy, przegrali, a tak naprawdę to ponieśli klęskę – odpadli przecież już w pierwszej rundzie wyborów, po otrzymaniu dwóch, wstydliwych wręcz w tym wypadku, głosów.
Mistrzostwa Świata w ojczyźnie futbolu staną się więc faktem najszybciej za niecałe dwie dekady. Smutny to fakt, lecz niestety konieczny bo za głupotę powinno się płacić przecież najwyższą cenę. Szkoda tylko, że ogół, czyli Anglia (i nie tylko, wszakże kto by nie chciał w końcu mundialu na Wyspach, hę?) musi płacić za brak wyobraźni poszczególnych elementów. Tragizm pełną gębą.

W 2010 roku byliśmy także świadkami zdecydowanie nadmiernej liczby wydarzeń, które poprzez swój, spodziewany w dzisiejszych czasach nastawionych na tanią sensację i jak największy skandal, wydźwięk obyczajowy niestety przysłoniły oraz odwróciły uwagę od tego, co najważniejsze ? kopania piłki.
Już na początku roku wyszedł romans Johan Terry’ego – kapitana reprezentacji i jak się okazało kilka miesięcy później mistrza kraju – z partnerką reprezentacyjnego kolegi, a prywatnie przyjaciela, Wayne’a Bridge’a. Do tego Terry miał załatwić kobiecie potajemna aborcję. Konsekwencją tego był spadek formy i autorytetu najlepszego angielskiego stopera, jak również a może przede wszystkim utrata kapitańskiej opaski w reprezentacji, co było początkiem kłopotów tej drużyny i to w roku mundialowym. Bridge za to nie chciał już dalej grać z trzema lwami na piersi, choć to było akurat najmniejszym problemem, gdyż, mimo iż osobiście jestem fanem talentu wychowanka Southampton, to karierę tego dobrego przecież lewonożnego defensora zastopowało już chyba na zawsze przyjście na Stamford Bridge Ashley’a Cole’a.
Kolejny, większy, pozaboiskowy skandal także był związany z angielska reprezentacją. Jeszcze nie zdążyła zapuścić brody afera seksualna Terry’ego, a już rzeczywistością okazała się kolejna. Marcowa „afera podsłuchowa” była kolejnym krokiem w upadku „złotej generacji angielskich piłkarzy”. Rzekomo nagrane sześć godzin taśm ze zgrupowania reprezentacji przez towarzyskim meczem z Egiptem miało zawierać rozmowy Fabio Capello z piłkarzami odnośnie taktyki, pieniędzy oraz spraw prywatnych (głównie z Johnem Terrym). Nagrania te ostatecznie nie ujrzały światła dziennego. Zaszkodziły one jednak w niemałym stopniu samej drużynie narodowej, zasiewając ferment i nerwowość w towarzystwie gwiazd angielskiej kopanej, które przecież miały zdobyć, wyczekiwany jak nic innego na Wyspach, upragniony tytuł Mistrza Świata.
Jakby tego było mało, to na miesiąc przed turniejem w RPA, dziennikarze jednego z angielskich brukowców nagrali rozmowę, w której Lord Triesman (prezes angielskiego związku) miał rzec, iż Hiszpanie przy pomocy Rosjan mieli przekupywać sędziów podczas mundialu. Ta sytuacja nie pomogła nikomu w niczym. Triesman zrezygnował z prezesury w FA i jednocześnie zmniejszył szanse Anglików przy wyborze gospodarze MŚ2018, gdyż był także przewodniczącym komitetu organizacyjnego ekipy mającej największe w tych wyborach szanse, o czym przecież mówił otwarcie sam Sepp Blatter. O wpływie na samą kadrę chyba mówić nie trzeba. Głupota dziennikarzy plus lekkomyślność osób związanych bezpośrednio z futbolem – „This Is England”.
Afery i skandale miały miejsce także w samej Premier League. Największych tego typu ?przyjemności? mogliśmy doświadczać tej jesieni, kiedy to liderzy dwóch teamów z Manchesteru kręcili nosami z kunsztem i precyzją godną niejednego przedszkolaka.
Wayne Rooney, po roku, w którym zdążył się znaleźć na dwóch zupełnie innych piłkarskich biegunach – z jednej strony najlepszy sezon w klubowej karierze, a z drugiej mundial, w którym odpadł tuz po fazie grupowej nie strzelając choćby raz do siatki – zażądał podwyżki oraz wzmocnień kadry United światowej klasy piłkarzami, grożąc nawet transferem do lokalnego rywala. Kłopoty napastnika Czerwonych Diabłów zaczęły się jednak chwilę wcześniej, gdyż na początku obecnej kampanii wyszły na jaw jego zeszłoroczne wizyty u pewnej prostytutki, w okresie kiedy to jego żona była w ciąży.
Finał tych historii znają wszyscy, a wniosek z tych śmieszności jest taki, iż na dobre padł mit o Rooneyu – piłkarzu ze slumsów, miłym, serdecznym i skromnym chłopcu, który jest zupełnie inny niż większość zmanierowanych gwiazd dzisiejszej kopanej. Sam Roo zniszczył coś, co było jedną z jego największych zalet. Cóż, nie od wczoraj wiadomo, że niestety korpulentny Anglik nie grzeszy inteligencją.
Cecha, jaka został wymieniona w poprzednim zdaniu, uaktywniła się, mniej więcej w tym samym czasie, u Carlos Teveza. Apacz stwierdził, że nie chce już grać, że ma dość piłki i zażądał umieszczenia swojej osoby na liście transferowej. Oczywiście władze klubu z Eastlends nie zgodziły się na takowy absurd i zaoferowały argentyńskiemu Quasimodo (jeszcze) wyższą tygodniówkę. Pieniądze widać szczęście dają.
To tylko najważniejsze i najbardziej wpływające na środowisko piłkarskie skandale obyczajowe. Bo przy kalibrze wyżej wymienionych problemów mało kto już chyba zawraca sobie głowę takimi „błahostkami” jak np. wizyta w burdelu Avrama Granta?
Na koniec niestety ze smutkiem muszę stwierdzić, że Anglicy zasłużyli na niepowodzenie na Mistrzostwach Świata oraz przy wyborze gospodarza tej imprezy za osiem lat. Sami sobie naważyli piwa i sami je musieli wypić. Najgorsze jest to, że będzie im się tym piwem odbijać wyjątkowo długo.
Po bardziej niż mniej pozaboiskowych wydarzeniach 2010 roku przyszedł czas aby skupić się tylko i wyłącznie na tym, co działo się w kontekście samej gry.
Nie jest tak do końca proste podsumować rok tylko i wyłącznie na płaszczyźnie tego, co działo się na samej murawie. Na pewno jest to trudniejsze niż próba zamknięcia w formie jednorazowego tekstu całego sezonu. Bo trzeba przecież ująć finałową połówkę zeszłej oraz premierową obecnej kampanii. A wiadomo, że sezon sezonowi nierówny i przede wszystkim zupełnie inny.
Cofając się o równe 12 miesięcy wstecz tabelę Premier League, z 45 oczkami na koncie otwierała Chelsea, która teraz ma punktów na koncie aż dziesięć mniej. Obecny lider, na początku zeszłego był drugi, mając wtedy jednak dwa punkty więcej niż obecnie ? choć także rozegrany mecz więcej. Chelsea liderująca u początku zeszłego już roku założyła kilka miesięcy później mistrzowską koronę. Także zamykający wtedy stawkę Portsmouth nie zmienił swojej lokaty na koniec rozgrywek. Czy teraz będzie podobnie?
Czy będzie czy nie będzie, nie jest to w niniejszym tekście najważniejsze. Jaki więc był miniony rok na boiskach Barclays Premier League, League Championship, One & Two? Zdecydowanie bardzo dobry, szczególnie w porównaniu do zeszłorocznych osiągnięć (głównie wiosennych) potentatów angielskiej kopanej na europejskich salonach.
W Premier League na mistrzowski tron powróciła Chelsea. Osiągnęła to w wielkim stylu, bo mimo iż drugi w końcowym rozrachunku Manchester United zgromadził tylko oczko mniej, to The Blues w stu procentach zasłużyli na czwarty w historii tytuł. 103 bramek w 38 meczach nie strzela się przecież przypadkowo. I po kilku seriach obecnego sezonu wszystko wskazywało, że teraz pobiją ten wyczyn, jednak rzeczywistość okazała się jeszcze brutalniejsza niż wskazywałyby na to początki. The Blues zacięli się i nie dość, że roztrwonili ośmiopunktową przewagę, to w tym momencie nie zajmują nawet miejsca pozwalającego grać w kwalifikacjach Ligi Mistrzów. A Man Utd gromadzi punkty z konsekwencją jeszcze większą niż przed rokiem, w tym sezonie nie mając jeszcze ligowej porażki na koncie.
Przed wakacjami z ligą pożegnały się faktycznie najsłabsze Burnley, Hull oraz Portsmouth. A przypadek tej pierwszej ekipy musi teraz na pewno przypominać kibicom aktualnych beniaminków z Newcastle, Blackpool i West Brom, że ich niezłe pozycje w tym momencie sezonu z pewnością nie mogą pozwalać na myślenie o spokojnym utrzymaniu. Choć z drugiej strony Birmingham, będąc beniaminkiem, zakończyło ostatnie ligowe rozgrywki na wysokim dziewiątym miejscu, tak więc dziesiąte w tym momencie Sroki teoretycznie mogą spać spokojnie. I bądź tu mądry.
Największe postępy, w porównaniu z wiosną uczyniły na pewno Bolton i Sunderland. W styczniu 2010 roku Kłusaki znajdowały się przecież w strefie spadkowej, a teraz walczą właśnie z Czarnymi Kotami o przepustkę do Europa League. Główna w tym zasługa oczywiście Owena Coyle’a, największego chyba trenerskiego objawienia ligi AD 2010. Szkocki trener przejął Bolton na początku zeszłego roku i najpierw w ciągu kilku miesięcy dźwignął klub z Reebok Stadium ze strefy spadkowej na czternaste miejsce. To co robi z tą drużyną aktualnie przerosło chyba najśmielsze oczekiwania nie tylko fanów klubu, ale również wszystkich  obserwatorów zmagań o mistrzostwo Premier League. Co do Steve?a Bruce to chyba on sam zdaje sobie sprawę z tego, że ostatni rok był najlepszym w jego trenerskiej karierze. Ale żeby przynajmniej nawiązać do osiągnięć ze swojej piłkarskiej kariery czeka go jeszcze wiele lat pracy.
Poprawę można zauważyć także w Stoke, choć na pewno nie aż tak dużą, jak przede wszystkim w Boltonie. Na tyle jednak okazałą, że warto o niej wspomnieć i docenić. Nie każdy przecież potrafi z grupą przeciętnych grajków być cały czas być w pierwszej dziesiątce tabeli.
Plusy należą się także Manchesterowi City oraz Tottenhamowi. W przypadku tych pierwszych jednak ich obecność na podium w tym momencie nie powinna być jednak zaskoczeniem, bo przecież kiedyś gwiazdy kupione za miliony musiały się zgrać. Co do Tottenhamu, to ich największym sukcesem jest to, iż w końcu z drużyny aspirującej do walki o wielką czwórkę, stali się takową. Czwarta lokata na koniec zeszłego sezonu i systematycznie coraz lepsza i bardziej konsekwentna gra w obecnej kampanii nie może być odbierana inaczej.
Na zupełnie przeciwnym biegunie są takie firmy jak Aston Villa, Everton, Liverpool, a także Fulham. Villa i The Toffees mając cele zbliżone do Spurs, w tej chwili walczą o utrzymanie. I choć oba przypadki są zupełnie inne, to nie należy po tych drużynach niestety oczekiwać niczego innego, jak walka o co najwyżej środek stawki. Przymusowa zmiana trenera tuż przed sezonem nie zapowiadała niczego dobrego w Birmingham, ale chyba nikt na Villa Park nie spodziewał się aż takiej katastrofy. Gerardowi Houllierowi wyjątkowo dużo czasu zajmuje wprowadzenie jakości do zespołu i jeśli jeszcze w tym miesiącu The Villans nie zaczną wygrywać, to nawet środek tabeli na koniec sezonu może okazać się marzeniem abstrakcyjnym. David Moyes największe kłopoty ma ze skutecznością swoich napastników. Jego czterej napastnicy zdobyli w dwudziestu meczach zaledwie trzy bramki i gdyby ciężaru strzelania czegokolwiek nie przejął niezawodny Tim Cahill, to Everton zapewne znajdowałby się w strefie spadkowej.
Zupełnie osobnym tematem jest Liverpool. Poprzedni rok był jednym z najgorszych od lat dla tej drużyny. 36 ligowych spotkań w 2010 roku przyniosło tylko 14 zwycięstw, 10 remisów i aż 12 porażek! Tak źle na Anfield nie było od dawna. Nie można opierać siły drużyny głównie na duecie Gerrard ? Torres, bo obaj przecież są piłkarzami tyleż genialnymi, co kontuzjogennymi. A Ngog, Maxi czy Joe Cole nie są piłkarzami, którzy mogą być gwarantem walki o Champions League. Jeśli więc Roy Hodgson chce przywrócić blask Liverpoolowi oraz być jego trenerem dłużej niż do wiosny, to musi dokonywać więcej takich transferów jak Raul Meireles.
W porównaniu z sezonem 2009/2010 spadek klasy zanotował także Fulham. Ale w tym przypadku spadek ten był raczej spodziewany, bo wiosenne dokonania The Cottagers (szczególnie te w Europie) były niespodzianką, a wręcz sensacją.
Jak co roku na boiskach angielskiej elity pojawiło się (bądź w końcu potwierdziło swój talent) wiele nowych, ciekawych nazwisk. Jordan Henderson, Jack Rodwell, Andy Carroll, Danny Welbeck, Marc Albrighton, Jack Wilshere czy Adam Johnson to tylko najważniejsze z nich, bo przecież angielskie. A o eksplozji talentu Garetha Bale zostało napisane i powiedziane już chyba wszystko. Warto zwrócić uwagę na duży postęp na boiskach Premier League piłkarzy Boltonu: Cahill, Holden, Lee, Elmander. Z talentu w jednego z najlepszych angielskich stoperów zamienił się Michael Dawson, a w jednych z najwartościowszych łączników Samir Nasri, Charles N’Zogbia oraz Luka Modrić. Cieszy na pewno powrót w dobrym stylu na salony Kevina Nolana, czy Jonasa Gutierraza. Przełomowe ostatnie 12 miesięcy było na pewno dla Alexa Valencii, choć niestety zakończyło się najgorzej jak mogło. A starzy wyjadacze pokroju Lamparda, Drogby, Scholesa czy Giggsa także mają się dobrze.
Ostatni rok (a właściwie to jego pierwsza połowa) nie była za to tak różowa w przypadku wojaży angielskich ekip wagi ciężkiej. W Lidze Mistrzów, po raz pierwszy od wielu lat nie zobaczyliśmy żadnego przedstawiciela Albionu w półfinale. Chelsea odpadła już w 1/8 finału, a Man Utd i Arsenal rundę później. Liverpool na jesień 2009 nie wyszedł nawet z grupy i na wiosnę 2010 grał w Lidze Europy, gdzie odpadł w półfinale. Ich rywal zza miedzy – Everton – zatrzymał się już na 1/16. Jedyną drużyną, która więc nie zawiodła na wiosnę w europejskich pucharach było Fulham. Dla Londyńczyków już sam udział w Lidze Europy był sukcesem, a przegrana 1-2 w finale z Atletico Madryt będzie jeszcze przez długie lata największym sukcesem tego klubu.
W tym roku wiosenne oczekiwania pucharowe, szczególnie te związane z Ligą Mistrzów, są, po roku posuchy i wielkiego zawodu, większe niż kiedykolwiek. A jesienne sukcesy w fazie grupowej angielskich drużyn, tak samo w LM jak w LE, pozwalają mieć apetyty naprawdę niemałe. Muszą jednak one iść w parze z rozsądkiem, aby nie mieć pucharowego kaca, jaki pozostał po zeszłej wiośnie.
Jeśli chodzi o niższe ligi, to cieszyć powinna dobra postawa (nie licząc małej zadyszki na jesień) Nottingham Radka Majewskiego, jak i Derby, w końcu grającego, Tomka Cywki. Na pewno dużym pozytywem był powrót na salony Newcastle, awans do Championship Leeds United, Norwich City i Millwall, a do League One piłkarzy Notts County. Zupełnie inne emocje wywołał spadek tak zasłużonego klubu jak Sheffield Wednesday do League One.
Imponujący rok na zapleczy ekstraklasy miało Cardiff, które ostatecznie przed wakacjami w najważniejszym momencie, czyli barażach o Premier League, zawiodło. Z kolei bardziej niż imponującą jesień miał Queens Park Rangers, który pewnie zmierza do powrotu po piętnastu latach do ekstraklasy.
Jeśli chodzi o naszych rodaków, to tradycyjnie jest ich tak niewielu, że praktycznie każdy ich występ jest w Polsce wydarzeniem. Wspomniani Majweski i Cywka są najwięcej grającymi Polakami na angielskich boiskach. W Premier League nasi trzej bramkarze – Fabiański, Szczęsny i Kuszczak – przez cały 2010 rok rozegrali łącznie 19 spotkań? Jeśli chodzi jednak o golkiperów Arsenalu, to patrząc na ostatnie miesiące ten rok powinien być zdecydowanie lepszy. A Kuszczak? Jeśli nie zmieni klubu, to i częstotliwość jego gry się nie zmieni.
W niższych ligach nasi piłkarze, delikatnie mówiąc, także nie odgrywają kluczowej roli. Nasi bramkarze: Białkowski, Krysiak i Jesionkowski w League One co najwyżej zasiadają na ławce, a Paweł Abbott, po dobrej wiośnie w barwach Oldham Athletic i transferze do imiennika z Charlton, w barwach The Addicks jeszcze do siatki nie trafił. Wyspy opuścił z kolei Grzegorz Rasiak.
Rok 2010 był więc bardzo dobry pod względem piłkarskim. Ale tylko w samej Anglii i raczej nie dla Polaków.


pubsport.pl
Adrian Adamus
tu piszę: http://www.angielskapilka.com/ http://futbolnanie.blox.pl/html
http://www.myspace.com/adek666a