Podsumowanie WTA 2010: Francesca Schiavone

Francesca Schiavone wygrywając na przełomie maja i czerwca Roland Garros została pierwszą kobietą z Włoch, która sięgnęła po wielkoszlemowy tytuł i dokonała tego grając ofensywny, inteligentny, dojrzały tenis.

Przed nią wielkoszlemowe tytuły dla kraju z Półwyspu Apenińskiego zdobyli jedynie Nicola Pietrangeli (1959, 1960) i Adriano Panatta (1976), obaj również w Paryżu. Popularna Frania w drodze po największy triumf w karierze wyeliminowała m.in. półfinalistę tegorocznego Australian Open Na Li, ćwierćfinalistę z Melbourne Marię Kirilenko oraz ówczesną trzecią rakietę świata Karolinę Woźniacką. Włoszka w pełni wykorzystała sprzyjający zbieg okoliczności w postaci słabszej formy czołowych tenisistek świata i sama grając porywający tenis sięgnęła gwiazd i weszła do grona wielkoszlemowych mistrzów. Czekała na tę jedną okazję całe życie i się doczekała. Los uśmiechnął się do jednej z najbardziej pracowitych i najsympatyczniejszych zawodniczek w WTA Tour. W I rundzie walczyła przez trzy godziny z Reginą Kulikową. Przed startem Roland Garros i tak mogli w nią wierzyć tylko jej najzagorzalsi fani, a po meczu I rundy i oni mogli stracić nadzieję. Frania może przy sprzyjających okolicznościach otrze się o ćwierćfinał, pewnie pomyśleli. A ona do końca imponowała skutecznością, pewnością siebie, prezentowała się na korcie wprost zjawiskowo. To w jakim stylu pokonała Kirilenko czy Woźniacką, to co pokazała w finale z Samanthą Stosur było czymś magicznym.

„Frania trafiła z formą, imponowała skutecznością, pewnością siebie, dobrała się do skóry mogącym biegać w nieskończoność Dunce polskiego pochodzenia i Jelenie Dementiewej dzięki swojej błyskotliwości, inteligencji, sprytowi, efektowności, odwadze, przejmowaniu inicjatywy, szybkiemu przechodzeniu z defensywy do ataku, taktycznej doskonałości. To jak realizowała nakreślony plan powinno być wzorem dla młodych adeptek tenisa. Ta blisko 30-latka z Mediolanu, „babcia”, jak wielu ją nazywa, długo czekała z pokazaniem wszystkich swoich atutów, ale warto było czekać, by zobaczyć taki tenis totalny rzadko dziś spotykany w kobiecych rozgrywkach. Niektórzy nazywają go (kompletnie tego nie rozumiem) archaicznym, a dla mnie jest to tenis specyficzny, który nie da się zamknąć w schematach, tenis, dzięki któremu Schiavone zaskarbiła sobie serca milionów ludzi na całym świecie. Ona zawsze grała taki urozmaicony, pełen taktycznych, szafujących rywalkę zagrywek tenis, tylko miała problemy ze skutecznością”pisałem po jej paryskiej wiktorii. Cierpliwa Francesca w końcu dopięła swego i w wieku blisko 30 lat rozgrywając 39. wielkoszlemowy turniej wzniosła się na wyżyny swoich możliwości i na nich pozostała aż do finału. Dawno nikt nie wygrał swojego pierwszego wielkoszlemowego finału grając tak pięknie od pierwszej do ostatniej piłki. Tym większe słowa uznania jej się należą za to, że wytrzymała to napięcie w prawdopodobnie najważniejszym meczu w swoim tenisowym życiu.

„Pasja, radość z grania w tenisa i z życia, pozytywne nastawienie, pogoda ducha – to wszystko u niej było i jest. Włoszka jest bardzo lubiana przez obecne i dawne gwiazdy światowego tenisa, za to, że przez te wszystkie lata pozostała tą samą szczerą, uśmiechniętą, życzliwie nastawioną do wszystkich Franią”. To jest właśnie 30-letnia Schiavone, bardzo szanowana przez największe gwiazdy i uwielbiana przez kibiców za ten nieszablonowy, finezyjny tenis. Kiedy ona idzie do siatki to sprawia wrażenie jakby unosiła się nad kortem, tak szybko wchodzi w kort, że rywalka jest totalnie zaskoczona takim obrotem wydarzeń.

Po paryskiej wiktorii Francesca została drugą Włoszką, która zawędrowała do czołowej 10 rankingu WTA (wcześniej Flavia Pennetta). Popularna Schiavo jak żadna inna tenisistka potrafi przezwyciężyć dołek i wyjść z niego jeszcze mocniejsza. Wystarczy tylko spojrzeć sezon wstecz. Nie przebiła się przez kwalifikacje w Hobart przegrywając z… Ulą Radwańską, odpadła w I rundzie Australian Open, odpadła w I rundzie Roland Garros przegrywają z… Sam Stosur, od stycznia do maja tylko w dwóch turniejach wygrała dwa spotkania z rzędu, by potem osiągnąć ćwierćfinał Wimbledonu, 1/8 finału US Open i wygrać turniej w Moskwie. W sezonie 2010 przed Roland Garros wygrała turniej w Barcelonie, ale w trzech kolejnych turniejach wygrała w sumie trzy mecze. Po paryskiej wiktorii w sześciu kolejnych turniejach wygrała w sumie trzy mecze, by następnie osiągnąć ćwierćfinał US Open, półfinał w Tokio i ćwierćfinał w Pekinie. Sezon ukoronowała pierwszym w historii występem w Mistrzostwach WTA (wygrała jeden mecz z Jeleną Dementiewą) oraz wspólnie z koleżankami sięgnęła po drugi z rzędu, a w sumie po swój trzeci Puchar Federacji.

Schiavone w wieku niemal emerytalnym znalazła się w panteonie wielkoszlemowych mistrzów. Niech to będzie inspiracją dla młodych tenisistek, które po kilku niepowodzeniach tracą motywacją, wypalają się i kompletnie rozbite szybko odchodzą w niebyt. Zanim Włoszka zdobyła swój pierwszy tytuł w 2007 roku w Bad Gastein na przestrzeni lat 2000-2006 przegrała osiem finałów. W sumie na swoim koncie ma cztery tytuły, z których dwa zdobyła w 2010 roku.

Do Francesci idealnie pasuje powiedzenie: „Co nas nie zabije to nas wzmocni”. Ale by przetrwać kryzys potrzebna jest silna wola, koncentracja, niezłomny charakter, upór w połączeniu z cierpliwością i opanowaniem. Musi pozostać pasja, a wtedy nigdy nie jest za późno, by znaleźć się na szczycie szczytów. I najważniejsze: pokora i twarde stąpanie po ziemi, nie nosić głowy wysoko w chmurach po kilku efektownych triumfach i nie załamywać się po serii bolesnych porażek tylko nieustannie pracować nad poprawą swojego tenisa. Czyli być jak Francesca, z niej młode tenisistki mogą czerpać garściami inspirację do działania. „Zawsze marzę, zawsze w siebie wierzę” – powiedziała Francesca po swoim niesłychanym triumfie. Póki jest wiara jest także nadzieja.

Dla wszystkich, którym zdarza się wątpić w siebie i innych, dla ludzi małej wiary, dla wszystkich, którzy boją się walczyć o swoje marzenia inspiracją niech będzie Francesca. Wszyscy bądźmy jak Schiavo. „Zawsze marzę, zawsze w siebie wierzę.” „Nie ma rzeczy niemożliwych”. Pozdrawiam i życzę wam wszystkim i waszym bliskim Wesołych Świąt!

Oddaj swój głos na Sportową Publicystykę w konkursie Blog Roku 2010. Termin głosowania SMS 11.01.2011 godz. 15:00 – 20.01.2011 godz. 12:00


pubsport.pl
Łukasz Iwanek
Lubartów, w 2009 roku ukończył studia na kierunku Ekonomia. Od 2009 roku pracuje w portalu SportoweFakty.pl, najczęściej cytowanym serwisie internetowym. Pisze tam o tenisie, ale interesuje się też piłką nożną i wieloma innymi dyscyplinami, jak lekkoatletyka, siatkówka, pływanie czy sporty zimowe. Od 2007 roku prowadzi bloga Sportowa Publicystyka.
http://sportowapublicystyka.blox.pl