Podsumowanie WTA 2010: Justine Henin

Powrotu Justine Henin na pewno nie można nazwać nieudanym. Nie był to powrót z przytupem, jak w przypadku Kim Clijsters, ale popularna JuJu nie ma się czego wstydzić. Bez wątpienia do ataku przystąpi w 2011 roku.

Rozpoczęła od finału w Brisbane, w którym przegrała po niesłychanym dreszczowcu z rodaczką Clijsters. Potem doszła do finału Australian Open eliminując po drodze po kapitalnym meczu świetnie dysponowaną Jelenę Dementiewą, a przegrywając jedynie z Sereną Williams. Początki były bardzo obiecujące. Widzieliśmy JuJu atakującą z wielką pasją, ożywioną, jeszcze bardziej agresywną, z fantastycznym jak kiedyś bekhendem oraz lepszym forhendem i do tego skracającą akcje poprzez częstsze wypady do siatki. Nikt nie miał wątpliwości, że ta nowa strategia miała być podporządkowana startowi w Wimbledonie, którego nie wygrała jako jedynej wielkoszlemowej imprezy. JuJu jednak tonowała huraoptymistyczne nastroje, jakie się wytworzyły po Australian Open doskonale zdając sobie sprawę, że do wielkiej formy jeszcze jej daleko, jak na nią wielkiej oczywiście.

Dalej Henin doszła do półfinału w Miami przegrywając po kolejnym pasjonującym spektaklu z Clijsters. Potem w Stuttgarcie przyszła pora na pierwszy od 2008 roku tytuł. Tuż przed Roland Garros Justine w Madrycie doznała porażki w I rundzie z mającą tydzień konia Aravane Rezai. I wreszcie nastąpiło to, czego się nie spodziewałem, bo byłem przekonany, że w Paryżu Henin znowu będzie wielka. Tam gdzie triumfowała w 2003 roku oraz w latach 2005-2007, odpadła w 1/8 finału przegrywając z Samanthą Stosur. To jej najgorszy występ w Roland Garros od 2004 roku, gdy odpadła w II rundzie. Tuż przed Wimbledonem odżyły nadzieje Belgijki i jej kibiców, bo wygrała turniej w s’Hertogenbosch. W All England Club w 1/8 finału los ponownie skojarzył ją z Clijsters i po raz trzeci w tym roku doznała porażki z rąk rodaczki.

Justine nie wystąpiła do końca roku już w żadnym turnieju z powodu kontuzji prawego łokcia. Niektórzy kręcili głowami, że padł mit niezniszczalnej JuJu. Ale ten mit przecież padł już w 2008 roku, gdy na chwilę przed niespodziewanym odejściem totalnie mordowała się na korcie. Nie był to może jakiś porażający powrót Henin, taki miała jej rodaczka Clijsters, tragedii jednak też nie było. Finał Australian Open pokazał, że dla Justine ciągle jest miejsce w czołówce kobiecego tenisa. Zresztą gdybu Belgijka nie była co do tego przekonana to by nie wracała. Ona chce wygrać Wimbledon, znowu chce być najlepsza. Nie gdybajmy co by było, gdyby nie kontuzja, Justine po prostu nie była jeszcze gotowa na wejście na najwyższe obroty. Na razie nie jest jeszcze tą kilerką, którą była przez lata, ale widocznie potrzebuje więcej czasu od Kim, by odzyskać równowagę, wejść w uderzenie i nabrać pewności. Do tego potrzeba jej więcej regularnych startów. Instynkt kilera u Justine jeszcze zobaczymy, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości i to już w 2011 roku, może nawet w Australian Open. Sezon Belgijka rozpocznie już 1 stycznia od występu w Pucharze Hopmana, nieoficjalnych mistrzostwach świata par mieszanych.

Oddaj swój głos na Sportową Publicystykę w konkursie Blog Roku 2010. Termin głosowania SMS 11.01.2011 godz. 15:00 – 20.01.2011 godz. 12:00


pubsport.pl
Łukasz Iwanek
Lubartów, w 2009 roku ukończył studia na kierunku Ekonomia. Od 2009 roku pracuje w portalu SportoweFakty.pl, najczęściej cytowanym serwisie internetowym. Pisze tam o tenisie, ale interesuje się też piłką nożną i wieloma innymi dyscyplinami, jak lekkoatletyka, siatkówka, pływanie czy sporty zimowe. Od 2007 roku prowadzi bloga Sportowa Publicystyka.
http://sportowapublicystyka.blox.pl