Polska versus Beneluks

Może trochę odgrzewam stare historie, ale jeszcze raz o Tour de Pologne. Lekki powiew świeżości dam temu tekstowi kontestując nasz narodowy tour z zakończonym nieco ponad tydzień temu wyścigiem Eneco Tour, czyli, dla mniej wtajemniczonych, wyścigu dookoła Beneluksu. A właściwie tylko wokół „Bene” bowiem „luks” mimo zaproszeń nie chce włączyć się do tej inicjatywy pielęgnując swój narodowy wyścig. Niech nikogo nie zwiedzie powierzchnia Wielkiego, przecież, Księstwa Luksemburga. Wyścig dookoła tego kraju liczy rokrocznie 4 etapy i prolog.

Wracając jednak do głównego tematu: Tour de Pologne kontra Eneco Tour. Te dwa wyścigi świetnie nadają się do porównania. Oba liczą siedem dni, oba należą do World Touru, są rozgrywane w podobnym terminie i nie mają wielkich tradycji w skali światowej – nasz narodowy tour w świadomości wielkiego kolarskiego światka pojawił się kilka lat temu, zaś wyścig po drogach Belgii i Holandii rozpoczął swój żywot w 2005 roku. Po stronie różnic należy jednak zauważyć, że Beneluks od dekad słynie z organizacji kolarskich imprez i jest jedną z kolebek współczesnego ścigania, zaś Polska z powszechnie znanych przyczyn historycznych przez długie lata stała z boku. Ponadto zsumowana powierzchnia Belgii i Holandii jest porównywalna z powierzchnią województw dolnośląskiego, wielkopolskiego, lubuskiego i opolskiego razem wziętych, albo, inaczej ujmując sprawę, stanowi niespełna 1/4 powierzchni naszej ojczyzny. Więc pomińmy fakt, że polski tour odwiedza tak mały wycinek Polski – choć i Belgowie z Holendrami mogą mieć pretensje do organizatorów o kręcenie się w miejscu. Wprawdzie u nich etapy nie kończą się czterema rundami po mieście, ale stałym punktem jest jednokrotny przejazd przez linię mety na kilkanaście kilometrów przed właściwym finiszem.

Porównanie to ma głównie dotyczyć odbioru wizualnego wyścigu jako kibic przed telewizorem, sprzed którego podziwiałem tak polski, jak i belgijsko-holenderski wyścig. No i jeśli mówimy o telewizji, to realizacja na którą tak często psioczyliśmy u nas, w Belgii i Holandii jest… niewiele lepsza. Może przez warunki nadane przez Tour de France wszystko wydaje się być słabe, ale znowuż nie zawsze byliśmy raczeni licznikiem kilometrów, a i o wynikach premii nie mogliśmy się czasem dowiedzieć ani z wizji, ani z adekwatnej grafiki. Idziemy dalej: trasa. W Beneluksie, tak jak u nas, długich podjazdów nie uświadczysz. Właściwie ichnie górki są, w aspekcie kolarskim, podobne do naszych. Tyle że jest ich dużo więcej. Trasa wyścigu Eneco Tour raczej nie wykorzystała w pełni możliwości jakie daje ukształtowanie terenu regionu. Wyścig ten, podobnie jak nasz, powinien rozgrywać się na sekundach, które co finisz powinny być odrabiane i dorzucane rywalom. Tylko że do tego najlepszy jest finisz na podjeździe. Których, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, było dokładnie zero. Były za to dwie czasówki, które ustawiły wyścig. Czyli najnudniejsza forma jaka może być. Przed wyścigiem zwycięstwo zapowiadał Philippe Gilbert, który tego typu obietnic nie zwykł nie dotrzymywać. Ale tym razem to się stało, gdyż w Belgi w której Gilbert wygrywa wyścig za wyścigiem postanowiono zrobić trasę, którą można by wytyczyć wszędzie indziej na świecie. Zamiast wykorzystać niesamowitą specyfikę swojego terenu. A w Polsce? Jako ze kraj duży, a etapów mało to czasówki brak i działa to raczej na korzyść wyścigu. Tym bardziej skoro mimo przygotowania całkiem trudnej trasy decydowały sekundy z bonifikat. O ile w przypadku Beneluksu można powiedzieć, że kolarza niemal wysycili z trasy ile się dało, to u nas kolarze nie wykorzystali w pełni danych przez Czesława Langa i Lecha Piaseckiego możliwości. A i tak nasz wyścig był ciekawszy. Aspekt kolejny – kibice przy trasie. Może to przez to, że Eneco Tour nie jest najważniejszym wyścigiem kolarskim w regionie, ale bijemy na głowę Belgów i Holendrów. I basta. Odniosę się jeszcze do jednej sprawy – nasz wyścig zyskał w tym roku określenie „Tour de Balon” za sprawą wszechobecnych reklam, z tymi najbardziej rzucającymi się w oczy balonami na czele. Już wspominałem przy okazji tegorocznego wyścigu jak to jest postrzegane zza granicy – jest kolorowo. Kwestią jest tylko, by balon(albo słynni już jeźdźcy konni z flagami sponsorów) nie przesłonił rywalizacji. Ale tutaj już wracamy do realizacji wyścigu. Przecież wiele raz, choćby przypadkowo, banery reklamowe było obok, a nie na pierwszym planie. I sponsor się ucieszy i kibice nie będą narzekać. Choć może ci nasi sponsorzy są tak rozpieszczeni, że obrażą się za brak kilkunastosekundowego ujęcia obejmującego tylko logo sponsora w kluczowym momencie etapu…

Chyba nie trudno jest się zorientować co można uznać za tezę jaką sobie postawiłem zacząwszy pisanie tej notki. Nasz wyścig jest fajniejszy niż Eneco Tour, a przecież intuicyjnie mogłoby się wydawać, że powinno być kompletnie odwrotnie. Wiem, że wiele osób w Polsce i tak uważa TdP za przewspaniały wyścig i właściwie nie wie po co się pociłem nad tym tekstem. Ale jest przecież także mnóstwo ludzi, którzy i tak będą w stanie krytykować pokazując jakim to można być zakompleksionym z racji swojego pochodzenia. No bo przecież nie z powodu merytorycznych argumentów. Nawet jeśli te także są. Mnie się jednak wydaje że to nie z uprzejmości wobec polskich dziennikarzy zachodni kolarze wychwalają nasz narodowy tour. Wszak często niepytani chwalą organizację, mnogość kibiców przy trasie… no dobra, bo zaraz wpadnę w narodowy samozachwyt.


pubsport.pl
Paweł Kazimierczyk

Wrocławianin, student Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej. W styczniu 2010 rozpocząłem prowadzenie bloga olimpijsko.blox.pl. Grudzień tegoż roku przyniósł mi zaproszenie do PubSportu, kolejna zima zaowocowała z kolei przeniesieniem bloga do serwisu naTemat.pl, gdzie można mnie znaleźć pod adresem pawelkazimierczyk.natemat.pl.
Pisuję o wielu dyscyplinach. Być może wygląda to tak, że myślę, że znam się na wszystkim, ale sądzę, że przeboleję taką opinię i będę robił swoje. Największe emocje wzbudzają we mnie zawody w których sportowcy występują pod barwami narodowymi, stąd też ogromna fascynacja imprezą jaką są Igrzyska Olimpijskie. Przy czym wobec tych wszystkich rozgrywek niemal zawsze w ślepej kibicowskiej naiwności wierzę w sukces tych pod biało-czerwonym sztandarem.

http://pawelkazimierczyk.natemat.pl