Polski Kibic i Różowe Okulary.

Od pewnego czasu coraz bardziej zastanawia mnie pewna kwestia dotycząca polskiej piłki nożnej. Mam na myśli zadziwiające zjawisko towarzyszące nieodzownie rywalizacji naszej reprezentacji oraz polskich drużyn eksportowych jakim jest nieuzasadniony i w żaden sposób niezrozumiały hurraoptymizm wszystkich kibiców (dosłownie wszystkich!).

Jaki nie czekałby na naszą drużynę rywal, jaki by to nie był zespół – w Polsce i tak będziemy spoglądać na rywala z pozycji drużyny ogólnie lepszej (w najgorszym wypadku porównywalnej) no, ale przechodzącej akurat przez „coś” lub przez „etap czegoś”. No i tu mamy wszelkiego rodzaju budowy i przebudowy, a najczęściej przechodzimy przez budowę drużyny, budowę formacji obronnej, budowę formacji … każdej formacji, budowę atmosfery, budowę formy itp., od czasu do czasu walczymy z przeciwnościami losu w postaci blokad, załamań, kryzysów i różnych przestojów w odniesieniu do formy fizyczne lub psychicznej wszystkich zawodników lub konkretnej formacji, a też nie brakowało przypadków dotyczących pojedynczych zawodników (najczęściej dopada napastników).

Na tej prawdzie pompujemy się na każdą okoliczność i choć prym wiodą w takich akcjach media, to natychmiast udziela się cały klimat kibicom, którzy jak fala tsunami zmywają z powierzchni napotkanych „maruderów, zrzędów, krytyków”, a już zupełnie nic nie robią sobie z różnych „pajaców” z „niepoczytalnym” Tomaszewskim na czele. Ba, to jeszcze bardziej ich motywuje i sprawia, że nie ściągają oni już w ogóle różowych okularów, w których wszyscy chodzą i przez które widzą „lepiej”…

Na jakich logicznych argumentach, na jakich sensownych podstawach, nie oderwanych od rzeczywistości, tak pięknie wszyscy, bez kilku „zazdrosnych”, „wiecznie niezadowolonych” i im podobnych wyjątków niczym jedna wielka polska rodzina wmawiamy sobie za każdym razem, że jesteśmy „teoretycznie” dobrą drużyną, że mamy „teoretycznie” silny zespół, że „stać nas” na dobry wynik, że „jeżeli tylko …” i właśnie to „jeżeli tylko …” jakoś, pechowo, non stop nam się przytrafia w postaci już wspomnianych blokad, załamań, kryzysów i różnych przestojów. Bo przecież „gdyby tak …”, „gdyby tylko …” … niezawodne, nasze polskie „gdyby”. Właśnie, co my byśmy zrobili gdyby nie „gdyby”…?

Nasza „potęga” sięga początku obecnego stulecia (2000 rok). Wtedy nasze „orły” grając pod wodzą Jerzego Engela „futbol totalny” o bardzo wymownej nazwie roboczej „futbol na tak”. To było wtedy coś nowego, coś czego nie dali nam wcześniejsi selekcjonerzy. Polska reprezentacja wygrywała w eliminacjach mecz za meczem, grała stabilnym składem, selekcja była pozbawiona kontrowersyjnych decyzji (do pewnego momentu), a wszystko to było świetnie uzasadnione przez postać szkoleniowca. To były „szalenie ważne” elementy filozofii futbolu wyznawanej przez nasz zespół.

W eliminacjach do Mistrzostw Świata w Korei i Japonii łoiliśmy okrutnie wszystkich. Awans wywalczyliśmy na bodajże dwie kolejki przed końcem eliminacji!! Po tych wszystkich wcześniejszych porażkach „po dobrych meczach” w wydaniu Piechniczków, Strejlauów, Aposteli i Wójcików!! Czuliśmy się kozakami!! I płynęliśmy dalej, aż utraciliśmy na dobre kontakt z rzeczywistością, którego większość nie odzyskała do dziś.

Drużyna Engela oczywiście jechała na Mundial po medal!! Nie inaczej!! Piłkarzy mieliśmy „światowej klasy”. Jeden z najlepszych na świecie bramkarzy (Jerzy Dudek), czołowi defensorzy Bundesligi (Tomasz Wałdoch, Tomasz Hajto), najlepszy lub jeden z najlepszych lewych pomocników świata (Jacek Krzynówek), polski „Guardiola” (Marek Koźmiński), polski „Zidane” (Piotr Świerczewski), a w ataku kandydat do zdobycia „Złotej Piłki”, fenomenalny (momentami naprawdę!) Emmenuel Olisadebe. Kadrowo byliśmy tak „mocni”, że nie wypadało się nie przyznać oficjalnie z jakim zadaniem lecimy do Azji.

Różowe okulary … bezcenne. Poczuliśmy się dzięki nim, chociaż przez moment, tak jak na co dzień czuje się przeciętny kibic takich Brazyliczyków albo Włochów. To było naprwdę piękne uczucie …

Skrajnie bolało za to uderzenie w mur realnej rzeczywistości, po ekspresowym odpadnięciu z turnieju. Skrajnie też zmieniły się uczucia wobec zawodników oraz trenera. Winnych szybko napiętnowano, a Engel został zwyczajnie wypieprzony z pracy. „Jak oni mogli tak zjebać?” – to pytanie zadawała sobie cała Polska. W domyśle można je rozwinąć do „Jak oni mogli tak zjebać? Przecież to nie jest jakaś drużyna z kapelusza, tylko to jest słynna reprezentacja polski! Jak oni to zjebali?”.

Różowe okulary … nieocenione, gdy się je … na chwilę zdejmie. – Bo wtedy nie ma już żadnego różu, a wszystko jest czarne albo szare.

Każde kolejne eliminacje, a w przypadku awansu również turnieje o Puchar Świata lub o mistrzostwo Europy zaczynały się już od tamtego czasu w ten sam sposób. Losowanie – marudzimy. Pierwsze mecze, pierwsze punkty, gole (dotyczy tylko eliminacji) – euforia!! Wygrane eliminacje i awans do turnieju – szał i dzielenie skóry na niedźwiedziu!! Turniej – totalne zdziwienie, rozczarowanie, zaskoczenie tym , że niedźwiedź to nie był fajny miś.

Rzeczywistość jest brutalna. Polacy jednak słyną przecież poza marudzeniem, narzekaniem, dumy czy uporu, również z tego, że są narodem „wybranym”, który „składa ofiarę za cały świat”. Jesteśmy narodem od wieków doświadczanym przez los różnymi dramatami i tragediami. To sprawia, że mamy wrodzone … kompleksy, które prowadzą do wmawiania sobie nawzajem swojej wyjątkowości i wyższości również w sporcie, no i w futbolu też. Skomplikowanym jesteśmy narodem i to bardzo.

Symbolizujemy malkontenctwo, a rodzimy się z tak wielkim darem jakim jest para … różowych okularów.

Inaczej to ujmując można zapytać – „Co nam dawało prawo, by myśleć i to zarówno przed turniejami o Puchar Świata jak i przed eliminacjami, które ostatecznie były przerżnięte z kretesem przez naszych, że Reprezentacja Polski ma duże szanse na dobry wynik?”. Logicznego uzasadnienia – brak! Na Mistrzostwa Świata w Japonii i Korei pojechaliśmy, no jakżeby inaczej, po złoty medal! Do Niemiec był wyjazd, by się pobić chociaż o półfinał, bo wyjście z grupy, to miała być zwykła formalność! Leo Benhaaker przed turniejem w Austrii i Szwajcarii niby nic nie obiecał, ale to wcale nie zmieniło poziomu pewności polskiego fana, co do szans … medalowych i walki minimum na poziomie ćwierćfinałów!! Nie inaczej też było przed wszystkimi eliminacjami, wraz z tymi wziętymi ostatecznie w dupę również. Scenariusz ciągle ten sam ? za każdym razem miała to być dla naszych zwykła formalność i wstęp do walki o … kolejne medale. Choćby ostatnie eliminacje w jakich braliśmy udział mogą posłużyć za przykład tego, że w Polsce ludzie mają w dużej większości problem z oceną stanu faktycznej siły swojej drużyny. ?A kto tam gra w takiej Słowacji??, albo ?Cóż to za przeciwnik z tej Irlandii Północnej??, by już nie wspomnieć o Słowenii? Aż się ciśnie by zapytać ?A kogo kur?a takiego mają w tej wielkiej Polsce? A od Hamsika lepszy??. Jeszcze się pierwsze mecze nie zaczęły, a my już mieliśmy pewny awans i kolejny wielki turniej w kieszeni. Był już przecież nawet omawiany przez jakiś czas problem bezpieczeństwa naszych kibiców w RPA!! Jak to się skończyło i jakie do dziś ponieśliśmy rany, nie trzeba dzisiaj nikomu przypominać. Zresztą tamte problemy zostały już przecież załatwione i już ich dawno nie ma. Niezawodna recepta? Wyjeb?ć trenera!! Benhaaker został zgnojony medialnie, upokorzony przez pracodawcę i sprawa załatwiona w mig.

Dowcip z ?tymczasowym? doktorem Majewskim pomijam, przemilczę ? tak, koniec o tym panu. Wielka ogólnopolska akcja ?Szukamy trenera? zbiegła się w czasie z inną akcją również o szeroko zakrojonej skali ?Jeb?ć PZPN?. Społeczeństwo kibiców jak zwykle w takich chwilach nie zawiodło i wszyscy (ja też) wyciągnęli z szaf i innych skrytek nic innego, tylko ? no a jak!! ? różowe okularki!! Problem został rozwiązany natychmiast!! Cała nasza polska brać wołała, modliła się i lobbowała za jedynym słusznym kandydatem ? no i Grzegorz Lato nie miał nic do stracenia, a wiele do zyskania i zatrudnił pana Franciszka Smudę. Dziś już mam 100% co do jednej kwestii ? Smuda to trener dobry, dawał radę w różnych sytuacjach, chyba trzy razy nawet wygrał ligę,  ok jego sprawa ? ale też jest człowiekiem wyraźnie zmęczonym, nie przystosował się optymalnie do pracy z kadrą (praca w klubie a w reprezentacji to dwie inne bajki). No i niestety ? muszę o tym napisać ? Smuda tetryczeje, starzeje się, dziwaczeje. Za późno dostał tą pracę i to dziś widać ?

Czas więc leci, a my jak byliśmy śmieszną drużyną z perspektywy minionego roku, dalej nią pozostajemy. Jako gospodarz EURO 2012 mamy pewność, że zagramy w fazie grupowej, by następnie ? tak, tak … założyć okulary koloru różowego i chlapnąć, że to może być nawet i ? półfinał.
Obserwując nie tak dawne przypadki w kadrze, pod kątem różnicy wielkości skali oczekiwań wobec naszych orłów ? dzisiaj nie mamy żadnej nauczki. Na jakiej podstawie tak wysoko mierzymy dziś, zwłaszcza w perspektywie ostatnich naszych występów na tej rangi zawodach? Czemu mówimy o półfinale? Co się zmieniło, że mamy wyjść z grupy, wygrać mecz na kolejnym etapie i  … i może będzie … medal?!
Skoro całą tą klimę z zawyżonymi oczekiwaniami tworzą ogólnie mówiąc kibice piłkarscy (fan na stadionie, fan przed TV, dziennikarz, piłkarze, trenerzy  i reszta) uznałem, że statystyczny kibic Reprezentacji Polski to człowiek z ? zaburzeniami samooceny i bez zdolności poznawczych i oceny poziomu nie tylko drużyn, z którymi się utożsamia, ale też piłkarzy, którzy w nich występują.

Przypomniał mi się filmik:

Uzzi Ahmed Boxer

Nasze „wejścia” w ostatnie turnieje i eliminacje mają ten sam scenariusz. Pompa, lans, pompa, lans, pompa, pompa, szpan, lans, pompa, pompa … nagle trach!! i … jak to się stało? …

Mamy ogromną łatwość popadania w stan samo zachwytu. Zarówno jeżeli chodzi o drużyny jak i o piłkarzy nie potrafimy ich adekwatnie ocenić. Dziś nam wystarczą proste środki jak choćby wyssana z palca wiadomość o tym, że Chelsea się bije o Sandomierskiego z Juventusem i Liverpoolem, by jak te cielaki bez żadnych wątpliwości powtarzać te bzdury wszem i wobec dookoła. Problemem jest tutaj reakcja fana, który takie farmazony kupuje, łyka, by potem się nimi ekscytować. „Sandomierski chciała Chelsea, czyli mamy drużynę światowej klasy!!” – do tego to wszystko doprowadza. Przychodzi czas turnieju wszech czasów (dla polskiej piłki) i się okazuje, że znowu mamy ogromne szanse by dojść do fazy półfinałowej. Zwłaszcza, że na ławce usiądzie koleś, którego chcieli i w Chelsea Londyn i w Juventusie i w Interze Mediolan!
My, Polacy jesteśmy po prostu niesamowici w podkręcaniu klimatu wokół każdego piłkarza, który nawet lekko się wybija w kraju, a już nasze postrzeganie nielicznych graczy z zagranicy to jest przypadek kliniczny. Czy Jakub Błaszczykowski to piłkarz klasy ligowej, reprezentacyjnej, czy światowej? Następnie identyczne pytanie można zadać w odniesieniu do Roberta Lewandowskiego, Ireneusza Jelenia, Łukasza Piszczka, Ludovica Obraniaka oraz Sławomira Peszki czy Adama Matuszczyka – nie mam żadnych wątpliwości co do prawdopodobnych najczęstszych odpowiedzi udzielonych przez polskiego fana i gdyby tak piłkarski naród miał powiedzieć A, B lub C, to oczywiście by się okazało, że wszyscy wymieni to piłkarze klasy światowej!

Prawda jest z kolei trochę brutalniejsza, bo każdemu z nich bardzo dużo do klasy światowej brakuje i nie osiągną pewnie nigdy takiego pułapu (mam świadomość, że mogłem teraz kogoś urazić, ale niestety). Jakub Błaszczykowski nie jest gwiazdą ani Bundesligi, ani nawet Borussi Dortmund!! Nam się wydaje, że jest, a jakże, ale kilka meczów rozegranych na poziomie … Bundesligi, zdobyte gole i zaliczone asysty nie robią na świecie na nikim wrażenia. Wrażenie robi gra Sahina, Kagawy czy Barriosa, ale nie „Kuby”, co potwierdza głównie fakt, że stracił w tym sezonie pewne miejsce w wyjściowym składzie. Dla Niemców jest dobry i nic więcej (choć to też nie mało).
Ireneusz Jeleń? Jest gwiazdą … lokalną, w prowincjonalnej drużynie, która broni się przed spadkiem z Ligue 1 (nie umniejszam jego niewątpliwego sukcesu osiągniętego po wyjeździe z Wisły Płock). W Ligue 1 Jeleń nie jest piłkarzem anonimowym, ale nie jest żadną gwiazdą ligi.

Ostatnimi piłkarzami, którzy rozkochali w sobie nową publiczność, po wyjeździe do ligi zagranicznej byli na pewno Krzysztof Warzycha – legenda (prawdziwa) Panathionaikosu Ateny, Piotr Nowak – ikona Chicago Fire i chyba tyle … no i jeszcze Artur Boruc, gdy grał w Szkocji dla Celticu, bo w Serie A jest „jednym z wielu”.

Zawyżamy niemiłosiernie umiejętności i prezentowany poziom przez Polaków i to też jest skutek chodzenia w … różowych okularach przez większość dni w sezonie.

Życzę w związku z tym odwagi w chodzeniu bez szkiełek oraz ogrom … optymizmu niezbędnego by o naszych reprezentantach umieć myśleć pozytywnie i nie tracąc jednocześnie kontaktu z realnym światem.


pubsport.pl