Polski kibic już wygrał na tej reformie


Praktycznie dobiegła końca prawdopodobnie najdłuższa runda jesienna w historii polskiej ekstraklasy piłkarskiej. Przed ostatnią w tym roku – 21. kolejką zacząłem się zastanawiać czy eksperyment się udał. 

Na ostateczne wnioski jest oczywiście za wcześnie, trzeba poczekać na zakończenie sezonu, sprawdzić jak wypadnie dzielenie punktów i ta najbardziej rewolucyjna zmiana – grupy mistrzowska i spadkowa. Już teraz możemy jednak ocenić jak wyglądała liga, której jest dużo więcej.

W ciągu kilku letnich tygodni ekstraklasa rozrosła nam się do rozmiarów Weroniki Grycan. Zamiast piętnastu, bądź siedemnastu kolejek, jesienią zaplanowano dwadzieścia jeden. I chyba nikomu to nie zaszkodziło. Powiedzmy szczerze jest ciekawie – dużo ciekawiej niż w poprzednich latach. Rzućmy okiem na fragment tabeli:

5. Pogoń Szczecin 20 7 9 4 29 27 2 30
6. Cracovia Kraków 20 9 3 8 31 30 1 30
7. Ruch Chorzów 20 7 8 5 25 28 -3 29
8. Zawisza Bydgoszcz 20 7 7 6 32 21 11 28
9. Jagiellonia Białystok 20 7 5 8 33 28 5 26
10. Lechia Gdańsk 20 6 8 6 25 28 -3 26
11. Piast Gliwice 20 7 5 8 21 33 -12 26
12. Śląsk Wrocław 20 5 8 7 26 27 -1 23
13. Korona Kielce 20 6 5 9 27 32 -5 23

 Te drużyny w starym systemie byłyby już klasycznym, ekstraklasowym „państwem środka” – raczej bez potencjału i dorobku punktowego uprawniającego do walki o puchary oraz bez zagrożenia spadkiem. Na drugim biegunie – Korona i Śląsk, sześć „oczek” nad strefą spadkową – roztrwonienie tego w pozostałych dziesięciu kolejkach byłoby bardzo trudne, zwłaszcza, gdy popatrzymy kto goni. Co więcej, z każdą następną serią rósłby poziom olewania spotkań przez te ekipy. W 26. kolejce poprzedniego sezonu byłem na meczu Wisła – Korona. Teoretyczne powinna być to wielka walka, chociażby przez wzgląd na kibiców. Tymczasem spotkaniu, wygranemu przez ekipę Kulawika 3:0 towarzyszyła letnia atmosfera. A pustki na stadionie tłumaczono juwenaliami.  Teraz wszystko jest sprawą otwartą – pokazane wyżej ekipy mają jeden cel – załapać się do mistrzowskiej ósemki. A załapanie się jest równoznaczne z szansami na puchary, a jeśli nie to ze spokojnym utrzymaniem.

Druga rzecz to przebieg spotkań – one też budzą więcej emocji, przy tym są jeszcze bardziej nieprzewidywalne – trudniejsze do typowania, ale jeżeli nie boisz się ryzyka to typuj LIVE ekstraklasę w William Hill. Możemy narzekać na poziom, ale nie brakuje bramek, zwrotów akcji i gry do końca. Weźmy mecze takiego Górnika Zabrze – chyba sześć z nich rozstrzygało się w ostatnim kwadransie, cztery razy zabrzanie wygrywali 3:2, odrabiając nawet dwubramkowe straty. Dziś w tej lidze nie ma kalkulacji, jest za to dużo zaangażowania i… pomyłek. Wynikają one ze zmęczenia, morderczego tempa tego sezonu, a także starań o jak najlepszy wynik. Przecież nie myli się ten co nic nie robi. Po reformie można było obawiać się, że koło listopada nasi ligowcy będą słaniać się na nogach. Nic z tych rzeczy – oni wciąż zapierniczają (oczywiście są wyjątki, ale gdzie ich nie ma).

Mijająca jesień to też duży test dla klubów i trenerów – w warunkach bojowych muszą wykazać się umiejętnością rotowania składem, wprowadzania młodzieży, czasem oszczędzania sił. I w przeciwieństwie do lat ubiegłych – nie jest to już pozbawione ryzyka. Dawniej gdy byłeś już spokojny o utrzymanie mogłeś do woli wprowadzać młokosów, nie ryzykowałeś wiele – teraz cały czas musisz zdobywać punkty.

Na koniec coś o kibicach – nie tych telewizyjnych, a tych odwiedzających stadiony. Pojawiają się narzekania, że natężenie meczów spowodowało obniżenie frekwencji. Może jest w tym trochę prawdy, ale nie doszukiwałbym się głównej przyczyny właśnie w liczbie spotkań. Życie w Polsce jest teraz ciężkie, ludzie liczą się z każdym groszem i to chyba jest zasadniczy problem. Za 60 zł można mieć dostęp do C+ i obejrzeć w miesiącu ze 40 gier. Te same 60 zł wystarczy dla ojca z synem na jedną wizytę na stadionie. Rachunek jest prosty, zwłaszcza dla kibica, który nie może żyć bez tej ligi.

Jest jeszcze kwestia pogody i terminów. W poprzednich rozgrywkach średnia widzów na dwóch grudniowych kolejkach wyniosła 7,06 tys/mecz, teraz jest to o 2 tysiące mniej. Pamiętajmy jednak, że wiele gier odbywa się w środku tygodnia. Sam odczułem na własnej skórze, że nie zawsze jest ochota jechać na mecz po ośmiu godzinach w pracy. A przecież ja poruszam się samochodem, wielu nie ma tego komfortu i wielu pracuje po dwie czy cztery godziny dziennie dłużej. Czasem piwko, wygodny fotel i telewizor są bardziej kuszącą perspektywą. Zresztą – jeśli spadek frekwencji na stadionach ma być jedyną ceną za poprawienie atrakcyjności naszej ligi to wypada się tylko cieszyć. Polski kibic jest pierwszym, który wygrał na tej reformie.

 Artykuł zawiera treści reklamowe

Damian Ślusarczyk
29 lat, wychowany pod Kielcami, mieszka w Manchesterze, PubSport.pl z małymi przerwami ogarnia od 8 lat. Stale udowadnia, że jest w stanie znaleźć "coś" ciekawego w każdej dyscyplinie sportu. Obserwuj mnie na Twitterze
http://www.pubsport.pl/