Powrót do rzeczywistości

Wczorajszy dzień miał być wielki. Historyczny.  Miał być  dniem, w którym wreszcie przełamiemy swoją niemoc na wielkich turniejach w ostatnich kilkudziesięciu latach, który będziemy wspominali w jak najbardziej pozytywnym kontekście przez długie, długie lata. Niestety, przegraliśmy i z imprezy tej odpadliśmy. Znowu. Po raz kolejny.

Pierwsze trzydzieści minut naszego wczorajszego meczu było całkiem niezłe, reszta spotkania przebiegała, jak wiemy, zdecydowanie pod dyktando naszych południowych sąsiadów. Sytuacje Lewandowskiego, Błaszczykowskiego, przewaga Polaków – to wszystko obserwowaliśmy w pierwszych dwóch kwadransach i to wszystko pozwalało wierzyć w to, że piłkarze Franciszka Smudy zdołają to spotkanie wygrać. Z każdą minutą było coraz gorzej.

W drugiej połowie nie było z polskiej strony agresji. Nie było pressingu, chęci odebrania piłki za wszelką cenę. Czesi mieli zdecydowanie za dużo miejsca, utrzymywali się przy piłce bardzo długo, a Polacy za futbolówką tylko biegali. Poruszali się wolno, mozolnie. Do rywali podchodzili jakby nieśmiało. Czesi grali momentami futbol dla Polaków niemal nieosiągalny. Na zwycięstwo w stu procentach zasłużyli. Byli zdecydowanie lepsi.

Wiemy, że Smuda bardzo poważnie podszedł do kwestii przygotowania fizycznego  do tego turnieju. Każdy miał  trenować tyle, ile potrzebuje względem swojego ogrania meczowego, kondycji i wielu innych czynników. Zawarta została współpraca z Athletes Performance. To wszystko miało sprawić, że polscy piłkarze fizycznie turniejowi podołają, będą wybiegani, wytrzymali. Tymczasem dzisiejsze spotkanie wyglądało trochę tak, jakby Polacy po trzydziestu minutach zupełnie opadli z sił. Jakby kompletnie odcięło im prąd. Jak inaczej wytłumaczyć to, że piłkarze Smudy przez pół godziny grali dobrze, a potem zaczęli stopniowo grać coraz gorzej. Gdy przegrywaliśmy, byliśmy w sytuacji niemal tragicznej, Polacy nie byli w stanie spotkania zdominować, Czechów bardzo odważnie zaatakować, a tego powodem było najprawdopodobniej zmęczenie. Warto przypomnieć, że w meczu z Grecją  również po  bardzo dobrym początku, nasza gra stawała się coraz gorsza.

Gdzie Smuda popełnił błąd? Ważne i trudne zarazem pytanie. Ale ja myślę, że największy błąd Smudy to był brak ryzyka. Kalkulowanie. Minimalizm. Nie poznaję Smudy. Przed objęciem kadry, „Franza” odróżniało od innych polskich trenerów to, że nie bał się ryzyka, że nastawiał swoje ekipy ofensywnie, do tego miał sporo szczęścia (chociażby gol Murawskiego w ostatniej minucie z Austrią Wiedeń, bez którego nie byłoby tej fantastycznej przygody Lecha w Pucharze UEFA). Tym razem ryzyko nie zostało podjęte: zagraliśmy praktycznie trzema defensywnymi pomocnikami, Lewandowski z przodu nie miał żadnego wsparcia, a Czesi w drugiej połowie, kiedy dowiedzieli się o tym co dzieje się w Warszawie, zagrali z nami jak mistrz Polski z III -ligową drużyną.

Kolejne, bardzo słabe  spotkanie zanotował Rafał Murawski. To po jego fatalnej stracie Czesi strzelili bramkę. Był kompletnie bezproduktywny. Piłkę odgrywał najczęściej do najbliższego partnera, króciutko, w odbiorze też, lekko mówiąc, nie szalał. Ten zawodnik sprawia wrażenie jakby cofającego się w rozwoju. Gdy wyjeżdżał do Kazania, by zrobić międzynarodową karierę, znaliśmy „Murasia” potrafiącego grać ofensywnie, potrafiącego piłkę rozgrywać, teraz, po kilku latach, mamy piłkarza w swoich poczynaniach ofensywnych bardzo ostrożnego, grającego defensywnie, nie potrafiącego popisać się jakimś ciekawym rozegraniem piłki, dograniem jakiejś ładnej, prostopadłej piły.

Dlatego też sądzę, że błędem Smudy było zdjęcie Polańskiego, a pozostawienie na boisku właśnie Murawskiego aż do 73 minuty, kiedy już przegrywaliśmy. Eugen na turnieju zaprezentował się całkiem pozytywnie. Walczył, był ambitny, piłkarsko także okazał się jednym ze zdecydowanie najlepszych naszych piłkarzy na imprezie. Pokazał, że na grę z orzełkiem na piersi zasługuje. „Franz” swoją zmianę argumentuje tym, że piłkarz z Sosnowca miał już żółtą kartkę. I co z tego, panie Smuda, skoro Murawski był dużo, dużo gorszy od Polańskiego, gra toczyła się o tak wielką stawkę, a my z każdą minutą prezentowaliśmy futbol coraz gorszy?

Strasznie mnie rozczarował Łukasz Piszczek. W ofensywie nie pokazał zupełnie nic. Był kompletnie nieaktywny. Ale pal sześć, w końcu to obrońca, można pomyśleć. W tym problem, że w defensywie nasza „dwudziestka” też spisywała się bardzo słabo. Pilar uprzykrzał życie Łukaszowi nieustannie, wygrywał z nim większość pojedynków. Po raz kolejny się to potwierdza – Łukasz Piszczek z BVB to inny piłkarz niż w reprezentacji, ale świadczy to tylko o tym, że do Realu trochę mu jeszcze brakuje.

Wczoraj na plus nie wyróżniał się w polskim zespole nikt. Beznadziejnie grał Obraniak. Bardzo słabe wejście zaliczył tak wyczekiwany przez wielu kibiców Kamil Grosicki. Nawet Kuba Błaszczykowski i Robert Lewandowski nie oczarowali.

Właśnie, Lewy. On jednak pozkazał podczas tego turnieju, jak wielkiej klasy już jest piłkarzem. Może strzelił tylko jedną bramkę, może wczoraj nie wykorzystał jednej świetnej sytuacji, ale w przekroju całego turnieju pokazał, że nie straszna mu samotna walka z czterema rosyjskimi wieżowcami. Udowodnił, jak dobrą ma technikę, przyjęcie, zastawienie. Jak fantastycznie potrafi przetrzymać futbolówkę, gdy koledzy są głęboko, głęboko cofnięci, a on sam porywa się na walkę z kilkoma defensorami.  Może transferu do Barcelony sobie tym Euro nie załatwił, ale w poszczególnych fragmentach gry można było dostrzec, jaki to jest w szarej, polskiej rzeczywistości pozytywny wyjątek. Skarb.

Wielka szkoda, że to wszystko skończyło się tak szybko. Te emocje związane z każdym spotkaniem Biało – Czerwonych były fantastyczne, to zgrupowanie w Austrii, otwarte treningi na Polonii, konferencje, a nawet „breaking news” na TVN 24 zatytułowany „Polscy piłkarze zjedli śniadanie” – to wszystko niesamowicie przeżywaliśmy, żyliśmy tym. Widzieliśmy i słyszeliśmy to wszędzie – w radiu, telewizji, internecie, na ulicach. Wpadliśmy w prawdziwą Eurogorączkę, Euroszał, na długi moment zaprzestaliśmy krytykować polski futbol. Teraz, niestety, trzeba wrócić do szarej, nierzadko smutnej, polskiej rzeczywistości.

Ale futbol się u nas nie skończył: zaraz nasze ekipy będą próbowały walczyć w europejskich pucharach – kolejne emocje, siódmego września gramy pierwszy mecz eliminacji Mistrzostw Świata 2014. A tymczasem cieszmy się nadal trwającym turniejem, bo przecież przed nami jeszcze bardzo wiele emocji, wrażeń, meczów i  oglądania fantastycznych reprezentacji. Ten turniej jest naprawdę niesamowicie ciekawy, nie wypadajmy z piłkoszału, ta impreza trwa. Tutaj, w Polsce, na naszej ziemi.


pubsport.pl
Daniel Flak
Mam czternaście lat. Uwielbiam sport, a w szczególności piłkę nożną, w której zakochałem się oglądając w telewizji Mistrzostwa Świata w Niemczech. Od tego czasu regularnie trenuje i gram w klubie, obecnie w Rakowie Częstochowa. Oprócz tego, wielką przyjemność sprawia mi pisanie o futbolu. W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem sportowym. Prowadzę bloga, na którego serdecznie zapraszam: http://daniel99.blox.pl/html
http://daniel99.blox.pl