Prawie świetny wyścig

Fakt, że przez kilka dni po zakończeniu Tour de France zamilkłem nie oznacza, że przygotowałem przez ten czas grubą analizę całego wyścigu. Aczkolwiek trochę tam napisałem skupiając się głównie na indywidualnych notach dla największych bohaterów tegorocznej Wielkiej Pętli. Zatem:

Cadel Evans(1. miejsce) – zwycięzca który zasłużył na swój wynik. Choć może nie był najmocniejszy w górach. A może był? Nie wiadomo, bo jego umiejętności zostały tylko raz mocno przetestowane. Australijczyk ten egzamin zdał. Ponadto doskonała czasówka i już tylko płacz na twarzy Evansa. Muszę przyznać, że tak jak po Mistrzostwach Świata 2009, tak i teraz te łzy na twarzy tego twardego faceta robiły wrażenie. Przecież to jest były kolarz górski. Ani sylwetki górskiego szosowca, ani stylu jazdy nie ma. Często wydaje się, że on pcha ten rower, a nie na nim jedzie. Ale wywołuje to wrażenie jeszcze większej zaciętości i ambicji. Przepraszam, nie wrażenie. Evans po prostu jest niesamowicie ambitny. I dobrze, że takim ludziom przychodzi osiągać sukcesy.

Andy Schleck(2.) – Niepokoi mnie ten zawodnik. Trzecie z rzędu drugie miejsce, a on wciąż tylko „jestem zadowolony”, „to bardzo dobry rezultat, „jeszcze mam dużo czasu”. To Luksemburczyk może po prostu chciał być miły dla starszego kolegi z Australii? Etap na Galibier – klasa. Tutaj Andy na chwilę uciszył wszystkich zarzucających mu defensywną jazdę. Niestety zaraz ponownie dał im głos uznając, że minuta nad Evansem przed 40-kilometrową czasówką do szczęście wystarczy. Może Schleck uważał, że jak rok temu się zmobilizował na decydującą czasówkę i stracił w niej do Contadora zaledwie 31 sekund to teraz z żółtą koszulką na plecach tym bardziej sobie poradzi? No to chyba zapomniał, że Contador wówczas stracił do zwycięzcy 5,5 minuty, a on sam przeszło 6 minut. Nawet abstrahując od zmiennych wówczas warunków atmosferycznych – po prostu Hiszpan pojechał wówczas słabo. A nie należy zakładać w swoich planach, że rywal będzie słaby.

Frank Schleck(3.) – Skąd on wziął się na podium? A no raz kiedyś Pirenejach możni wyścigu go puścili, utrzymał koło Evansa pod Galibier… i to chyba wszystko. No, jeszcze ustrzegł się kraks. Po za tym jeszcze chyba troszkę ciążył Andy’emu, który za dużo myślał o bracie, gdy to on był wyśmienitej formie. Aczkolwiek Andy pewnie by nie zaatakował gdyby nie miał ubezpieczenia w zdolnym do skontrowania ataku Franku. Tak więc Frankowi Schleckowi dziękujemy za to, że był.

Thomas Voeckler(4.) – Co ten człowiek wyrabiał? Fakt faktem, że na wielu górach możni peletonu nie rwali, nie szarpali, jechali pasywnie. No ale jednak ta czołówka po selekcji była około dziesięcioosobowa. Zatem co robił w niej Voeckler? Różne miny robił i one najlepiej oddawały fakt, że Voeckler niekoniecznie jest wybitnym góralem. Co chwila wydawało się, że zaraz odpadnie, że maillot jaune odpłynie. Wspomniałem chwilę temu, że Evans ma styl jazdy nieklasyczny, że czasem jakby bardziej pchał ten rower… jednak to Voeckler pokazał jak się jeździ ambicją. Choćby rzęsami, pchał swój wehikuł do przodu i jako pierwszy skakał do wszystkich atakujących. Aczkolwiek trzeba też mu oddać, że chwilę później siadał spokojnie na siodełku i z miną jadącego karocą arystokraty spoglądać subtelnie przez siebie. Bardzo szkoda, że nie załapał się na podium. Tym bardziej, że w jego miejsce wskoczył zawodnik, który niewiele pokazał.

Alberto Contador(5.) – Księgowy próbował pokazywać, że jest w formie, ale po prostu w niej nie był. Najzwyczajniej w świecie nie był w optymalnej formie. Może przez kraksy, może przez Giro, a pewnie przez i to i to. Po prostu Contador przegrał. Był słaby. Dawno tego nie widzieliśmy i pewnie nieprędko pojawi się do tego okazja, więc można jeszcze parę razy powtórzyć: Contador pojechał słabo. Ale za rok i tak to on będzie faworytem. A Andy Schleck pewnie znowu będzie drugi i będzie twierdził, że jest zadowolony.

Pierre Rolland(11.) – Zwycięzca klasyfikacji młodzieżowej. Mało tego, Francuz-zwycięzca klasyfikacji młodzieżowej. Plus wspaniała wiktoria na legendarnym l’Alpe d’Huez. Wielu zawodników określano w ostatnich latach nadzieją Francuzów na podium TdF (choć o Voecklerze raczej nie wspominano), ale to on zdaje się być jednym z najpoważniejszych kandydatów. Pisząc Rollandzie trzeba też wspomnieć, że walka o białą koszulkę była w tym roku niezwykle ciekawa. Walka między Rollandem a Estończykiem Taaramae toczyło się aż do czasówki. A wcześniej w walce o nią mocno liczyli się Francuz Jeannesson i Rigoberto Uran z Kolumbii. Trzeba znać te nazwiska, bo już od kilku lat pojawiają się one w zestawieniach. I pojawiają się one tam coraz wyżej.

Sylwester Szmyd(42.) – Parę razy pokazał się na czele peletonu i zrobił to co zwykł robić, czyli mocną selekcję. Niestety trafił się też dzień gdy przy Basso zabrakło go trochę za wcześnie. Niestety lidera Sylwka z kolei zabrakło czasem za wcześnie wśród najlepszych. Ale Polak co miał zrobić, wydaje się że zrobił.

Thor Hushovd(68.) – Nie bez przyczyny przez kilka dni królowało hasło „Thor de France”. Norweg pojechał po prostu wyścig życia. Podobnie jak Voeckler co chwila miał tracić żółtą koszulkę i jakoś nie mógł jej stracić. Aczkolwiek wobec wyczynów Francuza Norweg zrobił chyba tylko preludium. Jednak bronienie żółtej koszulki to jedno – norweski mistrz świata jako jedyny w tegorocznej Wielkiej Pętli wygrał etap tak w Pirenejach, jak i w Alpach. Łatki najlepszego górala wśród sprinterów nie będzie można od niego odczepić pewnie jeszcze długo. No i jeszcze widok żółtej koszulki która rozprowadza na finiszu z dużej grupy. I to rozprowadza skutecznie. I to przecież pod tą żółtą koszulką kryje się tęczowa – doszło zatem do kumulacji wspaniałości. Niesamowite.

Maciej Paterski(69.) – Ze stratą 41 sekund do norweskiego bohatera na mecie wyścigu zameldował się kolejny Polak. Paterski dwa razy podniósł nam trochę ciśnienie. Zaczął już na pierwszym etapie, gdzie kilkaset metrów przed metą pojawił się niemalże na czele peletonu. Okazało się że tempa najlepszych na krótkich podjazdach jeszcze nasz Maciek wytrzymać nie może, ale za próbę – chwała. Drugi raz pokazał nam się Paterski we wspaniałej ucieczce na trudnym górskim etapie do Pinerolo. Etap zakończył na bardzo dobrym rzecz jasna siódmym miejscu, aczkolwiek w pewnym chwilach zdawało się że wynik może być dużo okazalszy. Dla Paterskiego debiut w tour de France trzeba jak najbardziej zapisać na plus.

Johnny Hoogerland(74.) – Kolejny niesamowity walczak. Już sama liczba akcji w których brał udział przyprawia o zawrót głowy, a przecież jeszcze ten słynny drut kolczasty…

Mark Cavendish(130.) – Można go lubić, można nie lubić, ale sprinterem jest wspaniałym i basta.

Maciej Bodnar(143.) – Na podstawie transmisji telewizyjnych można odnieść wrażenie, że dla Bodnara wyścig miał pusty przebieg. Aczkolwiek z pewnością nasz rodak był ważnym ogniwem w drużynowej czasówce, a także chronił swojego lidera na płaskich odcinkach. Kolarze twierdzą, że to ważna rola w zespole. W sumie nie ma powodu by sądzić że nie mają racji, w końcu kto jak kto, ale kolarze na kolarstwie się powinni znać. Co nie zmienia faktu, że choćby jedna ucieczka to już ten występ Bodnara na Tourze byłby dla polskiego kibica o ile milszy.

Z jednej strony tegorocznym Tour będziemy pewnie nieraz wspominać, bo wspaniała 60-kilometrowa akcja Andy Schlecka, bo próba 90-kilometrowej akcji Conatdora, bo zmiana lidera dzień przed Polami Elizejskimi, bo szaleńcza walka Voecklera. Niby fajnie, niby świetny wyścig. Aczkolwiek gdyby nie ta jedna akcja Schlecka, to właściwie nic by się nie działo. I może co najwyżej ten wyścig stałby się słynny dzięki zwycięstwu Voecklera. A gdyby on wygrał, to, z całym oczywiście należytym szacunkiem dla Francuza, to oznaczałoby to nie mniej ni więcej, że był to słaby wyścig. Może przez kraksy, które odsiały spore grono faworytów (że pozwolę sobie wymienić: Brajković, Leipheimer, Vinokourov, Van Den Broeck, Kloeden, Horner, Wiggins…). Może to przez słuchawki. Nie wiadomo. Ale ostatnie dni tegorocznej Wielkiej Pętli zapaliły dość mocne światło na końcu tego przeszło stuletniego tunelu.


pubsport.pl
Paweł Kazimierczyk
Wrocławianin, student Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej. W styczniu 2010 rozpocząłem prowadzenie bloga olimpijsko.blox.pl. Grudzień tegoż roku przyniósł mi zaproszenie do PubSportu, kolejna zima zaowocowała z kolei przeniesieniem bloga do serwisu naTemat.pl, gdzie można mnie znaleźć pod adresem pawelkazimierczyk.natemat.pl. Pisuję o wielu dyscyplinach. Być może wygląda to tak, że myślę, że znam się na wszystkim, ale sądzę, że przeboleję taką opinię i będę robił swoje. Największe emocje wzbudzają we mnie zawody w których sportowcy występują pod barwami narodowymi, stąd też ogromna fascynacja imprezą jaką są Igrzyska Olimpijskie. Przy czym wobec tych wszystkich rozgrywek niemal zawsze w ślepej kibicowskiej naiwności wierzę w sukces tych pod biało-czerwonym sztandarem.
http://pawelkazimierczyk.natemat.pl