Prestiż i ranga Ligi Europy UEFA

Byłby to bardzo ciekawy temat na rozprawkę na lekcji języka polskiego, ale pewnie polecenie brzmiałoby jeszcze tak: „[…] swoje zdanie poprzyj trzema argumentami – po jednym z literatury, z historii i własnych obserwacji”. Dlatego „rozprawię się” z tematem w formie felietonu. Ponad rok temu próbował to robić Daniel Flak, a ja wówczas obiecałem sobie, że też podejmę temat. Co jak co, ale jak się na coś uprę, to nie odpuszczę.

Rozgrywki te mają oficjalnie prawie, a nieoficjalnie ponad pół wieku historii, a ich formuła wielokrotnie się zmieniała. Przybliżę tutaj jedynie szkielet, skąd to się wzięło. Nie chodzi o to, by zanudzać Cię historią, ale aby przedstawić potężny argument za.

Już w latach 50. utworzono Puchar Miast Targowych, w którym grały drużyny, które nie załapały się do Pucharu Europy. Od 1971 roku UEFA, w jego miejsce, wprowadziła Puchar UEFA. Pewnie większość z nas go pamięta, ale on również przeszedł wiele modyfikacji zanim stał się taki, jak pamiętamy. Przez moment zacząłem się zastanawiać, czy miał coś wspólnego z Pucharem Zdobywców Pucharów. Okazuje się, miał, ale dopiero pod koniec XX wieku. PZP zaś był jeszcze innym turniejem – wyłącznie dla tych, którzy wygrali puchar własnego kraju. W 1999 roku rozwiązano go i od tej pory zdobywcy trofeów rywalizowali w PUEFA.

Do dziś pamiętam siebie siedzącego i analizującego olbrzymią drabinkę Pucharu UEFA. Nie mogłem pojąć, jak można to tak pięknie, a zarazem logicznie ułożyć. Do roku 2004 walka toczyła się wyłącznie systemem dwumeczów. W latach 90. zaczęto rozgrywać eliminacje oraz dołączać zespoły z Ligi Mistrzów. To posunięcie uważam za bardzo dobre, choć niektóre drużyny z najwyższej światowej półki traktują wówczas grę w niższym rangą pucharze za smętny obowiązek. O tym jeszcze będzie, ale później.

Ucieszyłem się, kiedy 8 lat temu UEFA wprowadziła fazę grupową zamiast 1/64 czy 1/32 finału, ale niestety nie wyglądało to tak, jak powinno. Było osiem grup, w każdej po 5 drużyn, lecz każdy z każdym rozgrywał tylko jeden mecz, bo tyle dało się zmieścić w kalendarzu. Jak dla mnie, to było niesprawiedliwe. Dalszą historię, z 2008 roku już powinniśmy znać. Zamiar Michela Platiniego był głównie taki, ażeby uatrakcyjnić i uwznioślić te rozgrywki – hymn, oprawa, system, prawa telewizyjne… Wydawało się, że będzie pięknie…

Tak naprawdę można powiedzieć, że częściowo projekt odniósł sukces. Niestety nie w każdym calu. Rozumiem, że chodzi o to, żeby rozszerzyć horyzonty europejskich pucharów, ale chwilami mecze LE są nużące, głównie w fazie grupowej. Czegoś takiego przy Lidze Mistrzów nigdy nie odczuwałem, nawet oglądając, jak walczą nienajsilniejsi. Pewnie gdyby nie polskie kluby, to wiele mecze grane jesienią bym sobie zwyczajnie odpuścił. Na szczęście na wiosnę, gdy powoli czuć zapach finału, spotkania stają się ciekawsze, a rywalizacja coraz bardziej zacięta.

A teraz dojdźmy do końca drabinki. Jest klub, który zdobywa trofeum. Brawa dla piłkarzy, bo musieli się sporo napracować, by znaleźć się na szczycie… średniej góry. Podejrzewam, że jest wiele drużyn, dla których większym sukcesem jest odpadnięcie z 1/8, 1/4, czy 1/2 finału Ligi Mistrzów niż zdobycie Pucharu UEFA (samo trofeum chyba nadal tak się nazywa). Zwycięzca Ligi Europy jest zwykle niżej notowany niż ćwierćfinalista, czy półfinalista Champions League. Z drugiej jednak strony, przegrani z fazy pucharowej chyba powinni mieć możliwość występu w LE, bo to nadal europejskie puchary. W przeciwnym razie zostają bez niczego.

Ta sytuacja ma jeszcze jedno oblicze. Liga Europy to duże pieniądze – jest to postęp w porównaniu do tego, co było niedawno – ale i tak jest ich znacznie mniej niż w Lidze Mistrzów. Z tego powodu niektóre ekipy, którym nie powiodło się w krajowych rozgrywkach lub na którymś szczeblu Champions League traktują Europa League jak karę albo zło konieczne. Szkoda, bo zamiar był taki, aby te większe marki uatrakcyjniły LE. Dzięki temu możemy powiedzieć, że „Lech wygrał z wielkim Manchesterem City, a Wisła ograła Twente”. No tak, ale czy to były TE drużyny? Osobiście wolę powiedzieć, że polski klub wygrał z utytułowanym przeciwnikiem, niż dywagować, co by było, gdyby przyjechał on w innym składzie.

Tak właśnie patrzą na Ligę Europy kibice zamieszkali w państwach nieco niżej notowanych w rankingu UEFA. Jakby nie było, drużyny reprezentują swoje kraje i rywalizują z innymi, wcale niesłabymi klubami na arenie ogólnoeuropejskiej. Te okoliczności to świetna okazja do promocji regionu, zespołu i oczywiście piłkarzy, a także do zdobywania punktów do wspomnianego już zestawienia krajów Europejskiej Federacji Piłkarskiej. W sezonie 2010/2011 Portugalia dzięki trzem klubom w półfinale Ligi Europy uzyskała najwyższy współczynnik ze wszystkich narodów – nawet Anglii czy Hiszpanii!

Liga Europy (lub Europa, ale nie: Europejska!) wymaga oczywiście poświęceń. W końcu to europejski puchar! Przede wszystkim wymusza na zespołach granie systemem czwartek-niedziela. Nie wiem, czy to poważne utrudnienie, ale trzeba się na to odpowiednio przygotować. Wydaje mi się, że środa i sobota to bardziej naturalne dni do grania, choć w dzisjeszym, silnie uzależnionym od mediów sporcie to chyba już nie jest tak istotne…

Na zakończenie argument, do którego doszedłem sam i jestem z niego dumny. Co prawda nie musiałem jakoś szczególnie nad nim główkować, ale nigdzie w mediach się z nim nie spotkałem. Otóż walka o grę w LE zaczyna się już sezon wcześniej w… krajowym pucharze! Od ponad 10 lat zwycięzca pucharu swojego państwa ma zapewnione prawo startu w rozgrywkach Ligi Europy. Pamiętajmy zatem, gdy wybierzemy się na mecz rundy przedwstępnej Pucharu Polski, że są to jednocześnie takie prepreeliminacje do UEFA Europa League!

To chyba wszystko, o czym chciałem wspomnieć. Nie da się jednoznacznie stwierdzić, czy Liga Europy jest udanym przedsięwzięciem. Ma swoje plusy i minusy, jak łatwo można wyczytać z tego tekstu. Został on nieco popchnięty ze względu na pomysł prezydenta UEFA na rewolucję w europejskich pucharach. Widocznie Michel Platini uznał, że jednak to nie jest to, o co mu chodziło. W późniejszym terminie spróbuję podjąć ten temat i możliwe scenariusze.


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl