Prosta recepta Stocha na złoto

„Poszedłem, skoczyłem zwyciężyłem” – jakie to proste się wydaje. Kamil Stoch pokazał jak faworyt zwyciężać powinien.

Nie przyszło nam długo czekać na pierwszy medal w Soczi. Już drugiego dnia po otwarciu igrzysk, dwa złote skoki Kamila Stocha sprawiły, że cały naród odfrunął na skrzydłach euforii. Już nie będziemy ciągle wysłuchiwać opowieści o złotym skoku Wojciecha Fortuny w Sapporo z 1972 roku, bo z całym szacunkiem ten skok był jeden. My mamy naszego bohatera, który przeskoczył skocznię i wszystkich rywali. To co Kamil zrobił świadczy o tym, jakim jest mentalnym mocarzem. To był po prostu nokaut w takim stylu, w jakim to robił Adam Małysz w swoich najlepszych latach. Stoch dokonał tego, czego nie udało się Małyszowi – został mistrzem olimpijskim.

Gdy Adam Małysz kończył karierę, tak jak Włodzimierz Szaranowicz, uroniłem nie jedną łezkę, nie tylko z powodu smutku i nostalgii za odchodzącym mistrzem, ale też myślałem, że to już jest koniec polskich skoków na długie lata. Bo przecież takiego mistrza w polskich warunkach, mówiąc brzydko, wyprodukować udaje się raz na kilkadziesiąt lat. Jego era przypadła na moje szkolno-studenckie życie. Małysz porywał za sobą tłumy, swoimi niesamowitymi lotami poprawiał ogólnonarodowe nastroje. Małysz był jedyny i niepowtarzalny, niesłychanie skromny i taki też jest Stoch. Można tylko powiedzieć, że i jeden i drugi to mentalny zwycięzca, a głębsze ich porównywanie nie ma sensu. Stoch oczywiście dużo szybciej rozwinął swoje skrzydła, Małysz mógł przecież pozostać w niebycie, bo przecież kilka lat wcześniej przed nadejściem jego epoki myślał o zakończeniu kariery, po serii niepowodzeń.

Każde pokolenie potrzebuje swoich bohaterów, nie można wiecznie żyć przeszłością, nawet najpiękniejszą. Piękne wspomnienia pozostają na zawsze i można się tylko cieszyć, gdy są takie chwile, gdy wracają one do nas jak bumerang.. Po Małyszu długo miało nie być nic, tymczasem po mistrzu z Wisły tak naprawdę skoki zaczęły żyć swoim własnym życiem. Małysz był tylko jeden, teraz mamy mistrza olimpijskiego z Zębu i wspaniałą grupę skoczków. Może nie wybitną drużynę, ale bez wątpienia mającą medalowe szanse. Kto by kilka lat temu pomyślał, że tak to się wszystko ułoży.

Wielkim zwycięzcą tych igrzysk już jest Łukasz Kruczek, człowiek zwalniany przez polskich kibiców, czy może „kibiców” po nieudanym otwarciu ubiegłego sezonu. Tak jak Małysz wypalił pod skrzydłami Apoloniusza Tajnera, tak teraz Kruczek tworzy nową historię polskich skoków z zawodnikami. W tym sezonie aż trzech różnych Polaków wygrały zawody Pucharu Świata, niebywałe! A wszystko to pod kierunkiem człowieka, którego w listopadzie 2012 roku nazywano nieudacznikiem.

Małysz powtarzał zawsze, że chce oddać dwa równe skoki. Stoch tylko w Soczi stworzył przynajmniej dwie złote myśli: „poszedłem, skoczyłem, zwyciężyłem” (prawie jak przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem) albo „Tutaj nie zrobi się nic więcej niż to co się umie. A to co się umie też trzeba umieć pokazać”. Takie to proste się wydaje, ale mistrz z tak mocną głową może takim przytupem spełniać swoje marzenia. Tak po prostu odpalił dynamit dwa razy i sen o olimpijskiej wiktorii już spełnił, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia i nie chodzi tutaj o oczekiwania kibiców. Kamil stwierdził, że da się skakać jeszcze lepiej niż to co pokazał na skoczni normalnej. Bez takiego podejścia nie byłoby mistrzostwa świata i teraz olimpijskiego złota. Bo on chce zwyciężać zawsze i wszędzie, tak po prostu.


pubsport.pl
Łukasz Iwanek
Lubartów, w 2009 roku ukończył studia na kierunku Ekonomia. Od 2009 roku pracuje w portalu SportoweFakty.pl, najczęściej cytowanym serwisie internetowym. Pisze tam o tenisie, ale interesuje się też piłką nożną i wieloma innymi dyscyplinami, jak lekkoatletyka, siatkówka, pływanie czy sporty zimowe. Od 2007 roku prowadzi bloga Sportowa Publicystyka.
http://sportowapublicystyka.blox.pl