Przerwane serie w Walencji

W końcu wyścig o Grand Prix Europy był interesujący. Nastąpiło wiele niespodziewanych, dramatycznych zdarzeń, co mogło się podobać kibicom oglądającym rywalizację przed telewizorami. To jedna z barier, jakie zostały przełamane podczas tego weekendu.

Warto także wspomnieć o sesji kwalifikacyjnej, która trzymała w napięciu prawie do samego końca. Na początek dramat Marka Webbera, którego auto nie „doszło do siebie” po wypadku w III treningu, następnie odpadnięcie w Q2 obu Ferrari oraz Michaela Schumachera. Dzięki temu do finałowej dziesiątki weszli tacy zawodnicy, jak Di Resta, Hulkenberg, czy Kobayashi. Znaczną rolę odegrali jednak inni. Prowadzenie obejmowali przecież Grosjean i Maldonado, ale na koniec pogodził ich Sebastian Vettel. Mimo tego ustawienie na starcie za nim było wielce ciekawe i już mogło zapowiadać inny niż zwykle wyścig.

Już na początku doznałem niemałego szoku. Nie, nie chodzi tutaj o błyskawiczną ucieczkę Vettela od konkurencji, a o komunikat do Romaina Grosjeana: „Musisz wyprzedzić Hamiltona!„. Nie „spróbuj”, czy „powalcz”, ale „musisz”! Okej, przyznaję się, że wyścigu w Kanadzie prawie nie oglądałem, ale czytałem dużo relacji i komentarzy (oczywiście ma mowy żeby zastąpiły mi dwie godziny przed telewizorem). Wiedziałem, że Francuz prezentuje wysoką formę, bo pokazywał ją już we wcześniejszych eliminacjach, lecz aż takiej wiary we własne możliwości się nie spodziewałem. Chwilę potem słowo przerodziło się w czyn. Od tej chwili zacząłem dopuszczać możliwość o ósmym zwycięzcy w ósmym wyścigu tego roku.

To prawda, że Mistrz Świata 2010 i 2011 oddalił się dość znacznie, niczym rok czy dwa lata temu, ale było zbyt spokojnie, aby tak to się miało skończyć. Gdy na kilka kilometrów emocje opadły, doszło do zderzenia Vergne’a z Kovalainenem. No właśnie, niby nieistotne wydarzenie na końcu stawki, a jednak wpłynęło na losy całej rywalizacji. Pojawił się samochód bezpieczeństwa i wszystko wyrównał. Po paru minutach od tego zajścia, liderującemu Niemcowi zepsuło się auto. Podobno przyczyną mogła być neutralizacja, chociaż nie wydaje mi się ona sensownym wytłumaczeniem awarii u Niemca.

W związku z tym blisko pierwszej pozycji był Grosjean, ale wcześniej został wyprzedzony przez Fernando Alonso. Obaj zawodnicy toczyli ze sobą walkę przez kilka kółek, ale w pewnej chwili także Francuz musiał zakończyć wyścig z powodu uszkodzenia elektryki w samochodzie. Zrobiło mi się go szkoda jak mało kogo. Była szansa na kolejny znakomity wynik, a została zmarnowana nie z jego winy.

Właśnie, padło imię i nazwisko hiszpańskiego kierowcy Ferrari. Warto je wymienić jeszcze raz (Fernando Alonso, proszę państwa!), bo pojechał naprawdę kapitalnie w Walencji. Nie kalkulował, po prostu podjął ryzyko po nieudanych kwalifikacjach. Od początku przebijał się na przód stawki. jego wysiłki zostały nagrodzone pierwszym miejscem. Dodatkowo możemy go ogłosić pierwszym zawodnikiem, który odniósł drugie zwycięstwo w tym sezonie. Biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich tego dokonał, w pełni na to zasłużył.

Aby nawiązać do tytułu, należy przywołać kilka serii, jakie zostały przerwane podczas tego wyścigu. Mamy człowieka, który wygrał po raz drugi w tym roku – to pierwsza, najważniejsza z nich. O drugiej też już napisałem, chodzi o poziom emocji w Walencji. Pamiętamy, że ostatnio nie było z tym najlepiej, a jedną z największych atrakcji był np. lot Marka Webbera, który udowodnił, że Red Bull faktycznie dodaje skrzydeł…

Swoją drogą warto tutaj wspomnieć o szczęściu w nieszczęściu kierowcy z numerem 2 na aucie. Nie poszło mu w sobotę, czego konsekwencje ponosił w niedzielę, ale dzielnie i cierpliwie walczył ze wszystkimi po drodze i na mecie zameldował się tuż za podium. Pozwoliło mu to wskoczyć na pozycję wicelidera klasyfikacji generalnej Mistrzostw Świata. Co prawda traci aż 20 punktów do prowadzącego Fernando Alonso, ale jak się okazuje, to tak naprawdę kwestia jednego wyścigu i wszystko może się zmienić. Wiecie do czego dążę, ale musicie mi wybaczyć, bo chcę dla Marka jak najlepiej. Jest przecież moim faworytem!

Kolejną przerwaną passą jest dojazd do mety Michaela Schumachera. Powtarzałem wielokrotnie, jak mi go było żal. Tym razem nie dość, że zdobył punkty, to od razu załapał się na podium. Takie właśnie są aktualnie jego możliwości, lecz prześladował go pech i nie mógł nam ich zaprezentować.

Można do tego dorzucić jeszcze awaryjność bolidów, zwłaszcza Red Bulla. Rok temu chyba ani razu RB7 nie odmówił posłuszeństwa w wyścigu. No cóż, najlepszą puentą będzie tradycyjne powiedzenie, że wszystko ma swój koniec. Nikogo to nie omija.

Jeśli ktoś oglądał niedzielne zmagania nad Morzem Balearskim na Polsacie, to zapewne zauważył bardzo przejmujące reakcje Maurycego Kochańskiego. To fajne, że komentator tak przeżywa wydarzenia z toru nawet jeśli siedzi przed ekranem w warszawskim studio. Nie zamierzam nikogo z tego powodu krytykować, zwracam jedynie uwagę na sytuację.

Wyścig o GP Europy miał zarówno wielu pechowców, jak i szczęśliwców. Świadczy o tym chociażby fakt, że połowa kierowców, którzy dojechali na punktowanych miejscach, rozpoczęła ściganie z pola w drugiej dziesiątce. Z kolei zawodnicy z czołowych lokat przez awarię swoich bolidów nie dali rady dojechać do końca. A Lewis Hamilton stracił trzecie miejsce na ostatnich okrążeniach przez kolizję z ambitnym Pastorem Maldonado.

Ale wydaje się, iż najwięcej stracił Timo Glock, który w ogóle nie wsiadł do bolidu z powodu bakteryjnego zakażenia jelit. Od razu przypomniała mi się sytuacja sprzed czterech lat, kiedy Mark Webber zmagał się z zatruciem pokarmowym, ale zdecydował się wziąć udział w wyścigu. Skończyło się to jednak niekorzystnie dla Australijczyka…

I tym miłym akcentem żegnamy Walencję. Niedzielny wyścig tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że sezon 2012 w Formule 1 jest wyjątkowy i pasjonujący. Oczywiście ze zniecierpliwieniem oczekuję kolejnej eliminacji najlepszej serii wyścigowej świata, czyli 8 lipca i GP Wielkiej Brytanii na Silverstone.


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl