Przesyt w Madrycie

Zapewne pierwsza myśl po spojrzeniu na tytuł mknie automatycznie w stronę machiny Jose Mourinho. Nic z tych rzeczy. To nie będzie kolejny wywód traktujący o tej stronie Madrytu, gdzie Puchary Europy wylewają się z klubowej gabloty. Przecież w stołecznym mieście jest jeszcze Atletico. Atletico, które przędzie w tym sezonie znacznie poniżej oczekiwań.

Przenieśmy się na chwilę o kilka miesięcy w czasie do radosnych wspomnień z  mistrzostw świata w RPA. 10 lipca, Urugwaj gra o trzecie miejsce z Niemcami, 52. minuta spotkania i cudowny gol Diego Forlana. W ostatniej akcji meczu ten sam zawodnik trafia z rzutu wolnego w poprzeczkę, a jego reprezentacja po prawdziwym widowisku ulega rywalowi z Europy 2-3. Kibice są zachwyceni tym co zobaczyli. Urugwaj żałuje niewykorzystanej szansy, ale jest szczęśliwy. Niedługo potem Diego Forlan zostaje wybrany najlepszym piłkarzem turnieju. Zasłużenie. Był przecież nieoceniony – dowodził całym zespołem, zdobywał śliczne bramki, a ponadto nikt na czempionacie ich więcej od niego nie ustrzelił.

Pomimo że padały nazwy krezusów ligi włoskiej, hiszpańskiej i angielskiej, okienko transferowe nie przyniosło wyczekiwanego transferu Urugwajczyka. Atletico Madryt zatrzymało swojego supersnajpera, który jeszcze niedawno cieszył się z dwóch bramek w finale Ligi Europejskiej. Wydawało się tym samym, że w drużynie zachowano równowagę i zbliżający się sezon pozwoli ponownie walczyć o wysokie cele. Jednak właśnie takie myślenie spuściło Atletico na odległe jak na klubowe aspiracje miejsca w tabeli. Aktualnie jest to pozycja 8., lecz po następnej kolejce może być równie dobrze 11., a przecież Atletico nie gra w europejskich pucharach, więc koncentruje się tylko na Primera Division. Klub postanowił nie pozbywać się Diego Forlana, a ten rozgrywa właśnie swój najgorszy sezon odkąd postawił swą dotychczas bramkostrzelną stopę na hiszpańskim gruncie.

Diego Forlan apogeum w swojej karierze klubowej osiągnął w sezonie 2008/09, kiedy to nastrzelał w lidze aż 32 gole. Potrzebował na to 33 spotkań, co daje średnio 0,97 na mecz. Rok później finiszował z 18. trafieniami w La Liga (średnia 0,58), a w uwzględnić należy również jego heroiczną postawę w Lidze Europejskiej – 6 występów i 5 bramek. Jak Forlan prezentuje się w liczbach w tym sezonie? Ano w porównaniu ze swym najlepszym sezonem dramatycznie; względem poprzedniego również wygląda to naprawdę niekorzystnie. Lider reprezentacji Urugwaju wyraźnie nie jest sobą. W 24. kolejkach tego sezonu trafiał do siatki oponentów tylko siedmiokrotnie, co daje średnią 0,29. Gdzie podział się więc ten doborowy egzekutor? W klubowej hierarchii przeskoczył go Sergio Aguerro, którego nikt nigdy nie wrzuci do jednej szufladki z najskuteczniejszymi napastnikami na świecie. Ponadto odnotujmy, że Forlan miewa w bieżących rozgrywkach niewybaczalne przestoje. Sezon rozpoczął co prawda dobrze, gdyż w pierwszych dwóch potyczkach na listę strzelców wpisał się 3-krotnie. Jednak później na kolejne trafienia kazał czekać aż osiem spotkań i dopiero w dziewiątym ta sztuka udała mu się dwukrotnie. W następnym znowu trafił i mogło się wydawać, że wszystko wróci do normy. Nie wróciło. Od tamtej pory Forlan rozegrał 12 meczów i zdobył… jedną bramkę. Czy to na pewno ten sam piłkarz?

Przyczyna spadku formy 32-letniego goleadora może tkwić zarówno w jego głowie, jak i dyspozycji fizycznej. Osobiście mam mocno ambiwalentne odczucia i nie odważę się postawić na którąś z możliwość, gdyż obie wydają się mieć silnie zakorzenioną rację bytu. Z jednej strony Forlan gra na najwyższych obrotach już nie pierwszy rok, a dodatkowo mundial mógł spotęgować zmęczenie i tak już wyczerpującym sezonem; w końcu mało kto dał tyle co on swojej reprezentacji. Zaś z drugiej Forlan mógł poczuć się rozczarowany brakiem transferu, zdając sobie sprawę, że właśnie był na to ostatni gwizdek. Abstrahując od zasadności tychże poszlak, Atletico popełniło błąd, nie sprzedając Diego Forlana. Gdyby latem w klubie  zdecydowano się na ten ruch, można byłoby kupić za pieniądze z transferu co najmniej dwóch (bardzo) dobrych zawodników. Okazję przegapiono i teraz w Madrycie mamy ewidentny przesyt.


pubsport.pl