PubSport z wizytą na meczu Wisła – Korona

Porażka 0:3 z Wisłą to dla kibiców Korony wielki cios, zwłaszcza że ich pupile w spotkaniach z rywalami z Małopolski przegrali ostatnio w 2009 roku. W tę nieprzyjemną dla kielczan sobotę miałem okazję odwiedzić Kraków i być na stadionie przy Reymonta. W tym miejscu chciałbym podzielić się kilkoma refleksjami z tejże wizyty.

Skłamałbym, gdybym napisał, że nie czułem żadnych emocji wchodząc na stadion Wisły. Co prawda dostałem się tam w skórze dziennikarza, ale ukryłem pod nią przywiązanie do złocisto-krwistych barw. O jego manifestowaniu nie było jednak mowy – raz że teren bądź co bądź wrogi, dwa – akredytacja zobowiązuje. Szybko przekonałem się, że nie wszyscy podchodzą do sprawy w ten sam sposób. W momencie  gdy w głośnikach rozbrzmiał hymn krakowskiego klubu, większość osób na „trybunie z nazwy obiektywnej” wstało. Byłem ciekaw tego momentu, bo miałem w pamięci opowieść jednego ze znajomych, który wspominał, że nie niektórzy „dziennikarze” z Małopolski mają nawet przygotowane na tę okoliczność szaliki i dumnie wyciągają je nad głowy. Ja ich nie widziałem, chociaż oczywiście mogłem je przeoczyć, gdyż zasiadłem w jednym z najniższych rzędów. Zdołałem zauważyć za to gościa w koszulce Białej Gwiazdy. Oczywiście to jasne, że spory procent akredytowanych to przedstawiciele mediów klubowych i innych związanych z Wisłą, ale niesmak pozostaje. Zwłaszcza, że z czasów, gdy na liście przyjaznych PubSportowi stadionów była też Arena Kielc, nie pamiętam, żeby komukolwiek przyszło do głowy wstawać podczas hymnu, czy skakać z radości po bramkach dla Korony. Czułem się w tych chwilach przynajmniej dziwnie, reakcja sektora prasowego po trafieniach dla Wisły niewiele różniła się od tej na tych przeznaczonych dla zwykłych kibiców. Chwilkę zastanawiałem się czy w moich poglądach jestem odosobniony, ale szybko w sukurs przyszedł mi Michał Trela:

Pozostając jeszcze na trybunach – jakieś cztery rzędy niżej, pośród wiwatujących wiślaków siedziała moja dziewczyna, która w ostatniej chwili załapała się ze mną na wyjazd. 50 minut przed odjazdem pociągu wykonaliśmy szybki telefon do klubu i sprawdziliśmy możliwość przemycenia na stadion osoby będącej posiadaczką aktywnej karty kibica Korony. Okazało się, że, o dziwo, nie ma z tym problemu. Karty na Wiśle wyrabiane są od ręki, cała operacja nie zajmuje więcej niż 5 minut i kosztuje 10 zł. Koszt wejścia na sektor uzupełniło 5 zł za promocyjny bilet. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sędziego Kasia została zdemaskowana przez pana z prawej strony, który zdziwił się, że nie wstała i nie śpiewa razem ze wszystkimi „Jak długo na Wawelu”. Gość okazał się jednak na tyle wspaniałomyślny, że odpowiedź „bo nie kibicuję Wiśle” przyjął ze zrozumieniem i jeszcze parę razy podczas trwania pojedynku zamienił z nią kilka zdań. Kilka miejsc dalej było bardziej „kibolsko” – starszy pan ganił wnuczka, gdy temu spodobały się koszulki Korony – te z rozgrzewki, promujące olimpiady specjalne, których gospodarzami będą Kielce.

Cicho! Nie możesz tak mówić, ci panowie są źli – pouczał mędrzec

Odwiedzając inne sportowe areny w kraju zacząłem dopiero doceniać to w jaki sposób z roli spikera wywiązuje się w Kielcach Paweł Jańczyk. Przy swoim krakowskim odpowiedniku chłop jest jak Michael Buffer przy Waldemarze Kaście. Albo nawet jeszcze większy. Pan z Krakowa ma dziwny, średnio pasujący do tej roli głos i brakuje mu polotu w tym co robi. Wygłaszane przez niego kwestie sprowadzają się do schematycznych ogłoszeń i może nie było w tym nic złego, gdyby nie fakt, że w tym fachu wiele mógłby go nauczyć przeciętny proboszcz z jakiejś podkrakowskiej wsi. Obrazu nędzy i rozpaczy dopełniła jeszcze fatalna, w zamierzeniu autora uszczypliwa i inteligentna uwaga co do pustek w sektorze gości.

„Nie ma z nami kibiców przyjezdnych, widocznie nie było zainteresowania meczem”.

Osobiście nie podoba mi się, że fanatycy Korony nie wspierają swojej ekipy w tak ważnym spotkaniu, ale szanuję powody, dla których bojkotują oni wyjazdy na Reymonta. W związku z ich nieobecnością, od strony kibicowskiej mecz nie miał żadnej historii. Na stadionie pustki, atmosfera piknikowa, doping gospodarzy słabiutki, z kilkoma krótkotrwałymi zrywami. Fatalna frekwencja to podobno efekt trwających juwenaliów. To tłumaczenie może pozostawmy bez komentarza.  Na plus dla fanatyków Białej Gwiazdy mała ilość bluzgów. Liczyłem się z tym, że Korona może być w Krakowie niemiłosiernie zbesztana. Nic takiego nie miało miejsca. O tym, że grali ze swoją „kosą” przypomnieli sobie chyba tuż przed wyjściem i szybko zaintonowali jedną wulgarną przyśpiewkę. Piłkarze byli już wtedy szatniach. Na szczęście zabrakło też okrzyku, który już kilkakrotnie mnie zbulwersował. Oby „Rachu ciachu…” już nigdy nie wróciło na mecze Korony z Wisłą.

Pod względem piłkarskim widowisko także nie zachwyciło. Nudą wiało szczególnie w pierwszej połowie. Temu też trudno się dziwić – spotkały się przecież dwie ekipy przeżywające kryzys. Korona przegrała na wyjeździe, co jest już niemal normą. Nie mogę się nadziwić, że drużyna przez cały sezon przywiozła z innych stadionów całe cztery punkty. Na tym samym etapie poprzedniego sezonu było ich 16. Można sobie tylko wyobrażać gdzie byłaby Korona mając teraz 12 „oczek” więcej. Spoglądam w archiwa i stwierdzam, że jeżeli ekipa Ojrzyńskiego nie wygra w Gliwicach albo w Poznaniu, a z taką formą nie wygra, to dorówna Arce Gdynia sprzed dwóch sezonów, która spadała z ligi z wyjazdowym bilansem 0-6-9, „okraszonym” trzema zdobytymi golami. Zaiste doskonały wzór do naśladowania. Z drugiej strony – ciężko zdobywać punkty seriami i wzbić się nad ligowym marazm (tak jak rok temu) grając takim składem. Ustawienie pierwszej jedenastki, gdy wszyscy są zdrowi i uprawnieni do gry, nie wygląda jeszcze najgorzej. Sęk w tym, że kompletnie brak jest zmienników. Jamróz, Zawistowski, Angielski, Kwiecień czy Cebula to nie są niestety nazwiska przed którymi drżeliby rywale – nawet jeśli mamy na myśli Pogoń Szczecin. Korona popadła w marazm niespodziewanie, wręcz znienacka. Czy się z niego wykaraska? Nie wiem, bo wiele zależy tu od działaczy i ich pieniędzy. Czyli może być ciężko.

Dwa zdania wypadałoby poświęcić Wiśle – dobre wrażenie robi Emmanuel Sarki – piłkarz mający to „coś”, co może pozwoli mu podbić nasze ligowe boiska. Trzeba mu się przyglądać z dużą uwagą, bo na razie zagrał za mało minut, by jednoznacznie ocenić jego klasę. Mówiąc językiem filmowym – trailery są jednak obiecujące. Aha, a Patryk Małecki zachowuje się po powrocie tak, jakby Turcy go wykastrowali. To już nie ten sam zadziorny, przekraczający granice piłkarz. Chyba zaczynam tęsknić za zamieszaniem, jakie wiązało się z jego osobą w tym poprzednim „wcieleniu”.

Na zakończenie mam jeszcze kilka spostrzeżeń odnośnie samego stadionu. Wielokrotnie czytałem teksty krytykujące ten obiekt i teraz po części się z nimi zgadzam. Zaplecze może się podobać – wnętrza są przyjemne i estetyczne. Pomieszczenie dla dziennikarzy są pojemne, a sala konferencyjna bardzo efektowna. Przyczepić można się za to do komfortu oglądania spotkania. Na loży prasowej krzesełka zainstalowano minimalnie za nisko, w związku z tym nie da się siedzieć wygodnie i spoglądać na murawę znad otwartego laptopa. Zamknięcie sprzętu, co nie zawsze wchodzi w rachubę, pomaga niewiele, przynajmniej człowiekowi mojego wzrostu. Kasia narzekała natomiast na ciasnotę na trybunie H. Rzędy siedzeń zamontowano zbyt blisko siebie, w związku z czym utrudnione jest przemieszczanie się, nawet gdy miejsca nie są jeszcze przez nikogo zajęte. Samo siedzenie też chyba do najprzyjemniejszych nie należało.


pubsport.pl
Damian Ślusarczyk
29 lat, wychowany pod Kielcami, mieszka w Manchesterze, PubSport.pl z małymi przerwami ogarnia od 8 lat. Stale udowadnia, że jest w stanie znaleźć "coś" ciekawego w każdej dyscyplinie sportu. Obserwuj mnie na Twitterze
http://www.pubsport.pl/