Radwańska czempionką nie będzie

Nie napiszę, że to szansa dla polskiego tenisa, że warunki się poprawią, a Polska staje się tenisową potęgą. Nie wspomnę słowem o tym, że Janowicz już jest czołowym tenisistą, a Radwańska na stałe zagości w finałach Wielkiego Szlema, bo reszta się wykruszyła. Napiszę o tym, co dał mi Wimbledon.

A dał mi wiele, bo poziom endorfiny był rekordowy. Najfajniejszy moment pozatenisowy – bez wątpienia, gdy Janowicz ucisza Brytyjkę, której wymsknął się radosny doping. No zrobił to genialnie. Niby nic, ale brawa były, a nie od dziś wiadomo, że Brytyjczycy to smakosze humoru.

Pal sześć takie niuanse. Turniej to był szalony. Bez wątpienia. Chociaż lepszym słowem wydaje się, że był przełomowy, bo nadchodzą nowe czasy. Nie można tego inaczej nazwać, skoro w ćwierćfinale mieli zagrać Federer – Nadal, a zagrali Kubot z  Janowiczem. Oczywiście powierzchowne to sformułowanie, ale jakaś cezura jest. Podobnie piszą zachodnie media, więc podparcie jako takie mam.

Nowe czasy u kobiet raczej nie nadejdą. To że wygrała Bartoli o niczym nie świadczy, mogła wygrać Lisicki, Radwańska, Williams, Kanepi. Takie niespodziewane rozstrzygnięcie to nic nowego. Jak wszystkiego nie weźmie Williams albo Szarapowa, wygra któraś pokroju Bartoli, na którą nikt nie stawiał.  Nikt nie umie za bardzo tego wytłumaczyć, ale to chyba wpisane w naturę kobiet i kobiecego tenisa. Tak samo jest z Radwańską, która z Na Li zagrała chyba najlepszy mecz w sezonie. To był pokaz jej tenisa, własnego, autorskiego, którym gra tylko ona. To przechodzenie z defensywy w ofensywę, dobre skróty, nie najgorsza gra przy siatce, znakomity wolej, taka mądrość, konsekwencja w grze. Ale z Lisicką zagrała już chimerycznie, nie grała prze cały czas na najwyższym poziomie, a to wystarczyłoby na finał. Za Sabiną Lisicki nie przepadam, tenis siłowy, podobnie jak reszta, ale za to piekielny serwis, return że ho,  ho, ale czasami szkolne błędy. Takowych w meczu z Agnieszką było całkiem sporo. W finale właśnie te podręcznikowe błędy i cwany tenis Bartoli nie pozwoliły jej zatriumfować.

Wracając do Radwańskiej, zaprzepaściła szansę, by wygrać Wimbledon, bo finał z Francuzką dawał większe szansę niż finał z Sereną Williams. A takie sytuacje trzeba wykorzystywać. W jej przypadku opadnięcie w półfinale wydaje się porażką, zaprzepaszczeniem wielkiej perspektywy wygranej, ale jak ktoś oglądał pojedynek z Lisicką, nie może jej krytykować. Zagrała znakomity mecz, fakt, było stać ją na więcej, do finału zabrakło ciut, ciut, ale można być usatysfakcjonowanym i półfinałem, i ćwierćfinałem, gdzie nieźle poradził sobie z Chinką, która pokonała ją w Australian Open na tym samy szczeblu.

Reasumując występ krakowianki, to jestem jednak troszkę rozgoryczony, okazja na wiktorię była ogromna, ale cóż, sport to nie jest koncert życzeń. Zaprezentowała się godnie jako czwarta rakieta. Batalia z Niemką wzbudził respekt, to niby dobry prognostyk dla jej kariery, bo radzi sobie całkiem dobrze z zawodniczkami – torpedami, a z jej możliwościami fizycznymi to wielkie zadanie.

Występ Isi w Londynie daję mi coś do zrozumienia. Dochodzę do wniosku (obym się mylił), że Radwańska legendą, nawet czempionką, nie zostanie. Bo gdy z tonu spuściła na chwilę Azarenka, Szarapowa, Williams przede wszystkim, a ona wciąż nie wygrywa Szlema, przegrywając w tym roku a to z Sarą Errani, a to z Na Li – to jednak nie napawa optymizmem, iż Radwańska mistrzynią bezwzględnie będzie. Normalną sprawą jest, że trzeba poczekać kilka lat, aż odejdzie stara gwardia albo straci krzepę i wtedy trzeba czerpać z takiej sytuacji garściami. Tak wygląda mniej więcej sytuacja Murraya. Gorzkie to słowa, ale tak widzę jej przyszłość. Daj Boże, niech zgarnia wszystko, jednak mego serca nie podbiła. Na razie.

Inna sprawa z Jerzym Janowiczem. To jest fajter, komik, kozak (tak nazwała go Klaudia Jans w Orange Sport). Showmen, którego można kochać, uwielbiać, który denerwuje mnie tymi demonicznymi, pokazowymi drop – shotami, który po wygranej rozdziera koszulki, cieszy się jak dziecko, prowokuje,  daje radochę. Jego występ w Wimbledonie to mistrzostwo. Nie tylko poziom sportowy, bo ten nie był jakiś kosmiczny, ale, ot, historia chłopaka, który całkiem niedawno przebijał się gdzieś w bardzo niszowych turniejach, tylko blisko Europy, bo na inne nie było funduszy. Wtedy stać go było na dobry tenis, ale nie stać na wyjazd na Indiana Welss, czy Australian Open.

Drabinka ułożyła mu się nader szczęśliwie, grał dobrze, ale nie był to jego najlepszy tenis. W półfinale z Murrayem spalił się chyba. Było 1:1 w setach i Janowicz prowadził 4:1. W siódmym niebie byłem wtenczas, ale Murray sprowadził mnie na ziemię. Gdyby to Janowicz serwował jak Szkot, to byłby w finale. Triumfator turnieju ograł go, zwyciężyło jego doświadczenie, zimna krew, większe umiejętności. Ale gra Polaka w półfinale najważniejszej imprezy sezonu, to nie jest byle co. Komentarze znawców tenisa są bardzo przychylne. Mnie myśl przychodzi opinia o występie Fryderyka Chopina, którą można podpiąć pod karierę Janowicza. „Panowie, czapki z głów, oto geniusz.” Żeby słowa stały się ani trochę przesadzone, należy poprawić beckhend, bo forhend jest rewelacyjny i wystarczy grać non stop swój najlepszy tenis. Świetlana przyszłość przed Janowiczem.

***

Nie zamierzam rozwodzić się nad tym, że powinny być warunki, by tenis uprawiać, by finansować naszych zawodników. Bez zbędnego bicia piany przyznam się, że nie wiem, co stanie  się po takim sukcesie. Jakieś plany mają pewnie szefowie Polskiego Związku Tenisowego, ale nie mają na to pieniędzy. Guardian  podał, że pensja szefa tamtejszej federacji tenisa, Rogera Drapera, wynosi 990 tysięcy funtów. Newsweek stwierdził, że budżet PZT jest dwa razy wyższy. Niech to będzie puenta.


pubsport.pl
Bartosz Śliwicki
Uczeń gimnazjum, mieszkaniec Sompolna, fanatyk sportu. Lubi futbol w najwyższym wydaniu, ale nie gardzi biegami i skokami w zimę. Często ślęczy nad tenisem, namiętnie śledzi poczynania Radwańskiej i Janowicza. Pseudo-erudyta, nieokrzesany humanista, ministrant, ironista, leń i naczelny krytyk wszystkiego. Gustujący w refleksyjnych filmach oraz Depeche Mode. Żarliwy entuzjasta reportaży i Jerzego Pilcha.