Roberto, jesteś legendą, ale to już koniec

 Roberto Di Matteo zwolniony. Jeszcze kilka miesięcy temu, włoski szkoleniowiec  spełnił największe marzenie Abramowicza, dla Rosjanina i dla fanów The Blues, stał się legendą. Obecnie, pięć miesięcy po słynnym monachijskim finale, Roberto jest wciąż uwielbiany przez kibiców. Niestety, przez rosyjskiego oligarchę już nie. Teraz przyszedł czas na nową odsłonę, nową kartę, czas na Rafę Beniteza.

Na początku sezonu napisałem tekst pt. „Sezon prawdy dla Di Matteo”, w którym uznałem, że zasługuje on na szansę od Rosjanina, ale równocześnie postawiłem tezę, że w tym najważniejszym momencie może zabraknąć mu doświadczenia. Tak się stało, Włoch nie do końca podołał zadaniu stworzenia swojej własnej drużyny, zbudowania jej. Przed sezonem wiedzieliśmy o Di Matteo tylko tyle, że ma dobry kontakt z piłkarzami i posiada niemałą wiedzę taktyczną. To wystarczyło w minionym sezonie, Chelsea jechała na szczęściu, ambicji, zespołowości i zażartej defensywie. Walce na krew i życie.  Jednak przecież wiadomo było, że w końcu gra na pięciu obrońców i czterech pomocników może przestać przynosić oczekiwane efekty, niemożliwym byłoby przecież, by ekipa cały kolejny sezon zwyciężała tylko dzięki defensywie, kontrom, ambicji, niekiedy wręcz  desperacji (lecz bardzo skutecznej, owszem). RMD musiał coś stworzyć, zbudować, warunki dostał do tego wręcz idealne: teoretyczny komfort na stołku menedżera po zdobyciu najważniejszego trofeum w historii klubu, nowego Oscara, nowego Hazarda, nowego Marina, a  oprócz nich całą zgraję futbolistów prezentujących „international level”.

Początek był niezły, ale po jakimś czasie przyszedł kryzys, z którego londyńczycy jak dotąd się nie wygrzebali. Włoch nie podołał zadaniu, po prostu. Jeśli ma się tak niesamowity potencjał ofensywny, a z Juventusem gra się praktycznie pięcioma obrońcami, to oglądamy właśnie przykład świetnego aktu desperacji i kompletnej bezsilności. Warto dodać, londyńczycy z tymże Mistrzem Włoch przegrali 0:3. Grając bardzo defensywnie, rzecz jasna.

Jednak zatrudnienie Beniteza wydaje mi się posunięciem kompletnie niezrozumiałym, dziwnym, wręcz chorym. Po pierwsze, kibice. Oni go nie kochają i nawet w razie  ewentualnych sukcesów szybko tego nie zrobią. Przytoczę dwa obrazki z ostatniego spotkania z Manchesterem City: jeden z graczy City szykuje się do wykonania rzutu rożnego, kamera więc na narożnik boiska?.. a tam grupa kibiców trzymających w rękach karteczki zatytułowane: „Rafa out”. No i oczywiście to „In Roberto we trusted and loved. In Rafa we will never trust. Fact!”, które zaprezentował na swoim transparenciku jeden z fanów The Blues. A wszystko to pokłosie słów, które Hiszpan wypowiadał pod adresem klubu z zachodniego Londynu, kiedy rządził jeszcze w Liverpoolu.

No, ale to niewielki problem, będą sukcesy, to i kibice Rafę polubią. Chociaż troszeczkę. Tylko nie jest tak łatwo ekipę Chelsea pod wodzą Beniteza o jakiekolwiek większe sukcesy podejrzewać. Abramowicz zatrudnił coach?a ostatnio notorycznie przegrywającego, może nawet jestem skłonny użyć słowa: wypalonego. Trenera, który na pierwszym miejscu stawia taktykę, analizuje każdy, nawet najdrobniejszy element gry rywala, ale nie przykłada większej wagi do atrakcyjności gry swojego zespołu. Raczej preferuje on zasadę: jeśli ludzi chcą zobaczyć wspaniały spektakl,  niech idą do teatru, a nie na stadion piłkarski, sorry. A czy Abramowicz nie chciał Chelsea ofensywnej, grającej z polotem i fantazją? Czyż nie po to wydawał on grube miliony na takie perełki jak Hazard, Oscar czy Marin? A więc, Rafa nie jest gwarancją sukcesów. Żadną.  Jednak  ma pewne cechy, które skłaniają jednak ku uwierzeniu w sukces. Niestety, w widowiskową grę Chelsea pod sterami Hiszpana, osobiście, ciężko mi uwierzyć. Bardzo ciężko.

W tym momencie drużyna z Londynu nie potrafi przeciwnika zdominować, tak, by posiadać nad nim rzeczywistą przewagę. Można by rzec,  że ich gra  jest bezbarwna. Niby potrafią oni się przy piłce utrzymać, wymienić parę podań, ale to wszystko toczone jest w bardzo wolnym tempie, nie ma w ich grze elementu zaskoczenia, wszystko to jest banalne do rozczytania. Na chwilkę loty obniżyli Hazard i Mata, a The Blues już w ofensywie praktycznie  nie istnieją. Kolejnym problemem jest brak napastnika. O nie, nie wmówicie mi, że Torres jest napastnikiem. Był, jak najbardziej, kiedyś nawet iście wyborowym. Ale w tym momencie to jest  ofensywny pomocnik, co najwyżej. Dużo pracuje dla zespołu, biega (chociaż już znacznie wolniej, niż kiedyś), próbuje rajdów środkiem boiska, skrzydłami (z różnym skutkiem), ale nie prezentuje cech gościa, który byłby gwarancją co najmniej kilkunastu goli w sezonie. El Nino nie potrafi się tak umiejętnie zastawiać, jak robią to najlepsi napastnicy na świecie; stracił skuteczność, powiem więcej, ma problemy ze znalezieniem się w dogodnej sytuacji, a to u piłkarza grającego na szpicy umiejętność bardzo istotna; często przegrywa siłową walkę z defensorami. Taka jest dzisiaj prawda o Torresie. Może jednak Rafa wyciągnie go z marazmu, w końcu to pod skrzydłami byłego szkoleniowca z Anfield Fernando przeżywał najlepszy okres w swojej karierze. Może Benitez z kryzysu wyciągnie nawet całą swoją drużynę? Szczerze wątpię, ale kto wie?

Trzeba przyznać, że Roberto Di Matteo na zawsze pozostanie w niebieskich sercach fanów Chelsea, nie zapamiętają go tylko jako piłkarza, ale również jako coach’a.


pubsport.pl
Daniel Flak
Mam czternaście lat. Uwielbiam sport, a w szczególności piłkę nożną, w której zakochałem się oglądając w telewizji Mistrzostwa Świata w Niemczech. Od tego czasu regularnie trenuje i gram w klubie, obecnie w Rakowie Częstochowa. Oprócz tego, wielką przyjemność sprawia mi pisanie o futbolu. W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem sportowym. Prowadzę bloga, na którego serdecznie zapraszam: http://daniel99.blox.pl/html
http://daniel99.blox.pl