Rozpędzili się i przejechali po rywalu niczym walec

Działo się dziś na Earls Court, prawda? Polscy siatkarze uspokoili nas pokonując Argentyńczyków 3:0. Mało tego. Uczynili to w takim stylu, że miałem wrażenie, jakoby nas i Wicemistrzów Ameryki Południowej dzieliła różnica klasy.

Rozpocznę od tego, że to spotkanie można rozparcelować na wiele części – każdego seta co najmniej na dwie. Ponadto, pierwsze dwie partie oddzieliłbym od trzeciej. Wszystko przez to, że ja czekam, aż zaczniemy grać blokiem i tego się nie doczekałem. To niesamowite, ale zanim rozpoczął się trzeci set, obie reprezentacje miały na koncie ledwie po 3 punkty zdobyte po skutecznym postawieniu „ściany”. Jednak to nie znaczy, że takowych sytuacji nie oglądaliśmy. Bardzo często zarówno jednym, jak i drugim przy wyprowadzaniu kontr pomagał tradycyjny wyblok. Jednak ciągle wydaje mi się, że brakuje nam tego jednego atutu.

Za to bardzo dobrze wyglądała nasza zagrywka. Dobry znak dał w premierowej odsłonie Michał Ruciak – nasz as z rękawa, który grał dziś… bez rękawa. W kolejnej partii dobrymi serwami popisał się Kuba Jarosz, zaś w ostatniej wszyscy zagrywali pewnie – tak, by sprawić kłopoty rywalom. Jak wiadomo, od zagrywki wszystko się zaczyna, toteż, jeśli u nas stała na dobrym poziomie, to rywale mieli problem z wyprowadzaniem akcji.

Pierwsze dwie partie do drugich przerw technicznych były wyrównane. Jednak później to my łapaliśmy wiatr w żagle i końcówki roztrzygaliśmy wyraźnie na swoją korzyść bez niepotrzebnej nerwówki. W III secie wskoczyliśmy na swój wysoki poziom i od samego początku do samego końca wszystko mieliśmy pod kontrolą, a jeszcze wyprowadziliśmy kilka efektownych akcji. Poprawił nam się blok, zatem oglądanie naszych w akcji było wielką przyjemnością w tym fragmencie meczu.

Co pokazali podopieczni Javiera Webera? W zasadzie niewiele. Postraszył Pereyra, postraszył Quiroga, ale radziliśmy sobie z nimi. A bożyszcze wielu fanek, Facundo Conte w ogóle nie przypominał siebie. No cóż, takie mecze się zdarzają; jestem przekonany, że jeszcze Albicelestes błysną w tym turnieju, bo przecież przed nimi jeszcze przynajmniej trzy spotkania, z czego dwa naprawdę wymagające. W sobotę staną na przeciwko Bułgarów, a w środę (raczej na pewno) przystąpią do ćwierćfinału i zmierzą się z jednym z faworytów – albo Rosją albo USA. Tak więc jeszcze nic nie jest przesądzone, oni także mogą osiągnąć dobry wynik w olimpijskim turnieju, chociaż wydaje się, że kart rozdawać nie będą.

Gdybym miał wybierać bohatera spotkania, to wahałbym się pomiędzy Zbyszkiem Bartmanem, a Michałem Winiarskim. Skuteczniejszy w ataku był nowy nabytek Asseco Resovii, lecz siatkarz PGE Skry do tego bardzo dobrze przyjmował, a także asekurował w obronie. Ponieważ dla naszych zawodników liczy się przede wszystkim wynik całej drużyny, nie będę podejmował jednoznacznego wyboru. Oby tylko chłopaki utrzymali poziom z trzeciej partii dzisiejszego boju.

Pierwszy etap „trudnych meczów” za nami. Na rozkładzie jest jeszcze Wielka Brytania, a potem Australia, czyli reprezentacje mało wymagające, aczkolwiek nie wolno żadnej z nich zlekceważyć. Na Igrzyskch nie znalazły się przecież przypadkiem. Na Brytyjczyków będzie trzeba uważać z oczywistego powodu – gramy na ich terenie. Ponadto, pory rozpoczęcia spotkań będą mało komfortowe. Ciekaw jestem tylko, czy na trybunach Earls Court więcej będzie Polaków, czy też kibiców gospodarzy…

Tytuł tegoż wpisu pasuje również do innego spotkania rozgrywanego na turnieju olimpijskim. Mianowicie do wielkiego rewanżu za finał z 2008 roku, czyli do starcia Brazylia – USA. To spotkanie zdecydowałem sobie włączyć bez komentarza w internecie aby samemu gadać do ekranu.

Muszę przyznać, iż to spotkanie komentowało się znakomicie. Pierwsze dwie partie nazwałem absolutnie fantastycznymi. To było widowisko na najwyższym światowym poziomie. Każdy punkt, każda akcja kosztowała wiele sił. Jednak kiedy zobaczyłem niedobrą atmosferę na ławce Canarinhos w drugiej partii, powiedziałem:

Jeśli tam się sytuacja nie uspokoi, jeśli nie wróci duch drużyny, jeśli nie będzie ona z powrotem jednością, monolitem, to ta partia, a także dwie następne padną łupem Amerykanów, a Brazylijczyków ta porażka będzie boleć”

Wydawało mi się to zbyt odważne stwierdzenie, a jednak znalazło odzwierciedlenie w rzeczywistości. Zamiast skupić się na grze, Sergio pełnił rolę grającego trenera; Murilo jakby żył w swoim świecie – kiedy przestało mu iść, obraził się na wszystkich, łącznie z selekcjonerem Bernardo Rezende. Ten, z kolei, w czwartym secie nie wytrzymał i huknął na cały zespół. To nie jest atmosfera na miarę olimpijskiego medalu…

Takową daje się wyczuć w zespole spod Gwieździstego Sztandaru, który pokazał się z fantastycznej strony. O poziomie trudności serwowanych przez nich piłek mogą świadczyć problemy z przyjęciem jednego z najlepszych libero świata, Sergio. Trójka Anderson-Priddy-Stanley punktowała znakomicie ze wszystkich pozycji, w każdym elemencie. Stale przy siatce pracowali środkowi, czyli David Lee oraz Russell Holmes; dogrywał im piłki Donald Suxho, a w obronie jak tylko mógł walczył Rich Lambourne. I tu od razu daje się zauważyć aspiracje medalowe w przeciwieństwie do przeciwników.

W pierwszym secie jeszcze się na dobre nie rozpędzili, ale w każdym kolejnym wypracowywali sobie dużą przewagę. Jak się okazało, zbyt dużą do odrobienia przez Canarinhos. Czwarta partia to był już łabędzi śpiew Kanarków. Nie pomógł Giba, bo reszta zwątpiła – czekała tylko na koniec meczu. Trzeba przyznać, w 3. i 4. secie drużyna prowadzona przez Alana Knipe’a przejechała się po aktualnych Mistrzach Świata niczym walec.

Te dramatyczne roztrzygnięcia rodzą nam wielce pasjonującą walkę w kolejnych meczach. Czekają nas jeszcze takie hity, jak np. Włochy – Bułgaria, czy Rosja – USA. A potem coraz lepsze dania, bo rozpoczną się mecze w ramach 1/4 finału. Naprawdę warto oglądać olimpijskie zmagania w siatkówce!

PS. Przepraszam, że jestem opóźniony niczym PKP, ale toczyłem trudną walkę z wirusem UKASH. Po ponad 200 minutach prób odgadnięcia kodu i bawienia się w programy usuwające złośliwe oprogramowanie, przywróciłem system. Następnie, tj. około godziny 03:15 ogłosiłem zwycięstwo i… poszedłem spać.


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki

Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż.
Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta… Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał!
Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem – komentatorem sportowym.
Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach – na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam „za kulisami”.

http://sedzik.blox.pl