Rozskakali się nam chłopaki!

Z Mistrzostw Świata w Val di Fiemme polska ekipa wyjedzie zadowolona, przynajmniej ta związana ze skokami. Po niepowodzeniu na normalnej skoczni przyszły dwa dni chwały – w czwartek indywidualnej dla Kamila Stocha, w sobotę zaś dla całej reprezentacji za brązowy medal w zawodach drużynowych. Wypadałoby jednak zachować chronologię, a zatem w sobotę, 23 lutego na HS 106…

Kamil przegrał z samym sobą, a wygrał Bardal, nie Schlierenzauer

I w tym miejscu powinienem posypać głowę popiołem (co prawda uczyniłem to w Środę Popielcową, ale tu chyba jednak wypada). Byłem przekonany, że Gregor zgarnie złoto, a walka toczyć się będzie o co najwyżej srebrny medal. Tymczasem Austriak oddał dwa dobre skoki, ale nie było tego blasku, którego się spodziewałem – przeskakiwanie skoczni, wysokie noty, zwycięstwo zaklepane „wcześniej”.

Nie wziąłem pod uwagę, że Anders Bardal może zwyciężyć i to jeszcze z ponad dwumetrowym zapasem. Widocznie posiadając świadomość, że Pucharu Świata raczej nie obroni, od kokursów w Sapporo postanowił podporządkować absolutnie wszystko Mistrzostwom we Włoszech. Po powrocie z Azji jego wyniki nie były jakieś rewelacyjne i stąd pewnie jego wygrana mogła niektórych zaskoczyć. Ja po prostu uderzyłem się w głowę i wykrzyknąłem: „No taaak, wiedziałem, że o kimś zapomniałem”.

Jednakże drugiego miejsca Kamila Stocha żałuję. Fakt faktem, iż znaczna większość zawodników lądowała bliżej w II serii, ale mniej więcej było wiadomo, ile należy skoczyć, by załapać się na podium. Niestety, nasz przyszły jeszcze wówczas Mistrz Świata, podobnie jak Justyna Kowalczyk na trasie biegowej tego samego dnia, musiał obejść się smakiem.

Brązowy medal wywalczył młody, solidny i ambitny Peter Prevc, co może jest niespodzianką, ale gdy popatrzymy na jego postępy w ostatnim czasie, przestaniemy używać powyższego określenia w jego kontekście. No i miał chłopak razem z całą reprezentacją dużo radości. Nic tylko bić brawo.

Nadspodziewanie dobrze spisał się Thomas Morgenstern, który jako jedyny oprócz zwycięzcy dwukrotnie doleciał do przynajmniej setnego metra. Możliwe, że w miarę ustabilizował formę, choć pewnie ta kontuzja, która potem się ujawniła w konkursie drużynowym tydzień później wykluczy go ze startów w tym sezonie. Dobrze, niech wyzdrowieje na kolejny sezon.

Wśród pozostałych Polaków na pochwałę zasłużył tylko chyba Maciej Kot, który zajął 11. miejsce. To jedno z jego najlepszych osiągnięć w seniorskiej karierze. Piotr Żyła oczywiście powinien dostać srebrne usta, ale jego próby, choć niezłe, nie wystarczyły, by zająć wysokie miejsce. Dawid Kubacki miał po prostu pecha i był najlepszym z tych, którzy nie załapali się do serii finałowej tamtego konkursu.

„Mistrz Mistrz Kamil Stoch!”

„28 lutego 2013 roku. Ten dzień przeszedł do historii polskiego narciarstwa!” Niby stara, wyświechtana formułka, ale pasuje jak ulał. 10 lat po tym, jak Adam Małysz zwyciężył na Trampolino dal Ben, ponownie to samo uczynił Kamil Stoch. Piękne chwile, wielka radość, ale też i nerwy – sam przez całą drugą serię nie mogłem usiedzieć na tyłku, bo bałem się, że Kamil nie wytrzyma, znów spali się i powtórzy „wyczyn” ze średniej skoczni. On jednak pofrunął daleko – tak, jak powinien. Choć w pierwszej chwili bałem się, że 130 metrów to będzie za mało (Tomasz Zimoch na antenie Jedynki ponoć też), ostatecznie okazało się, że przewaga była wystarczająca.

Wtedy właśnie pierwsze łzy napłynęły mi do oczu. Przypomniało mi się, jak będąc w I klasie podstawówki oglądałem fantastyczne zwycięstwa Adama Małysza w Val di Fiemme. I znów nastąpił ten cudowny moment, kiedy nasz skoczek został Mistrzem Świata. Tylko jakoś Włodek Szaranowicz trochę mniej entuzjastyczny niż 10 lat temu. No, jednak z drugiej strony tego odlotu z 2003 roku chyba nigdy nie przebił. Ach, jednak sporo rzeczy się zmienia…

Cieszy mnie też to, że zawody rozgrywane były w sprawiedliwych warunkach. Niezbyt korzystnych, ale w miarę równych. Mimo tego znów w czołówce znalazły się dość niespodziewane nazwiska, jak Prevc, Loitzl, czy Matura. Schlierenzauer i Bardal przez swoje pierwsze, średnie wobec wyczynów Kamila skoki, wylądowali hen daleko, na granicy pierwszej i drugiej dziesiątki.

Już w czwartek dało się zauważyć, że zmiana belki startowej może być głównym elementem taktycznym poszczególnych zawodników i zespołów. Wariant stosowany dotąd głównie przez Alexandra Pointnera, rzadziej przez Alexadndra Stoeckla kopiowało wielu skoczków z czołówki oraz tych, którym najbardziej zależało na poprawie swojej lokaty.

Tego dnia występ innych Biało-Czerwonych spadł na dalszy plan. Wszyscy, łącznie z nimi, cieszyli się z życiowego sukcesu Kamila.

Tak się kończy przesadne majstrowanie belką

Sobotni konkurs drużynowy na dużej skoczni był naprawdę fantastycznym spektaklem. Dawno tak dramatycznych zawodów nie mieliśmy. Złoty medal nieco szczęśliwie, a także w bólach (dosłownie i w przenośni) zdobyli Austriacy. Warto dodać, iż była to ich pierwsza zespołowa wygrana w tym sezonie. Biorąc pod uwagę kapitalną dyspozycję Loitzla, fantastyczną równowagę Fettnera, wytrwałość Morgensterna i koncentrację do końca Schlierenzauera, trzeba przyznać, że ten medal im się należał.

Srebrny medal zdobyli Niemcy, głównie dzięki bardzo dobremu występowi Andreasa Wanka w pierwszej grupie. To mógł być jeden z czynników, przez który nie znaleźliśmy się wyżej. Pewnie rozpamiętywalibyśmy to bardziej, gdyby nie Norwegowie i Anders Bardal w pierwszej serii, któremy policzono za dużo punktów w związku z belką startową, z której ruszał. Ktoś tam się w FISie pomylił, zanotował (była chyba nawet informacja na ekranie naszych telewizorów), ale nikt nie zauważył wystarczająco wcześniej. Norwegowie mają prawo czuć niesmak, żal, lecz także mieć pretensję do organizatorów, bo pewnie gdyby wiedzieli o czymś takim, to w II serii walczyliby o lepsze rezultaty. Cóż, tak kończyć się może majstrowanie plaformą startową…  Może będzie to dla kogoś nauczka? W sobotę ten zabieg był bardzo popularny wśród trenerów. Boję się, że tak będzie już do końca sezonu. Skoro pozwalają na to przepisy…

Już zmierzyłem, że do Niemców (a pierwotnie do medalu) zabrakło nam 44,(4) cm. Albo jeszcze drobnego podmuchu w plecy dla któregoś z naszych. Nie jestem zwolennikiem gdybania, ale uważam, iż Maciej Kot i Piotr Żyła w pierwszej serii odrobinkę za dużo stracili do rywali. Nie oddali, broń Boże, złych skoków, lecz przy lepszych próbach konkurentów, plasowało nas to chyba niżej, niż się byśmy spodziewali.

Na minus trochę zaskoczyli Japończycy i Słoweńcy, ale tak to jest w konkursach drużynowych, że jak jeden czy drugi nie skoczą w miarę porównywalnie do pozostałych przeciwników, to spada się w klasyfikacji. Było to przypominane parokrotnie dnia dzisiejszego, lecz zawsze znajdzie się jakaś drużyna, która jednak ucierpi przez coś takiego. Tym razem padło na te właśnie dwie ekipy.

A tam, gdzie udział brały kobiety…

… niestety wypowiedzieć się (jeszcze) nie mogę, ponieważ nie zdążyłem obejrzeć ani ich konkursu indywidualnego, ani mieszanego. Na pewno to nadrobię, ale chyba już nie „uczczę” wpisem. Poinformuję tylko Włodzimierza Szaranowicza, że Japonka Ito ma na imię Yuki. Chyba o tym zapomniał w czwartkowej i sobotniej transmisji.

Ze skoczni w Predazzo wyjeżdżamy z wielkim uśmiechem na twarzy. Dopisali zarówno skoczkowie, jak i kibice oraz organizatorzy dopingu. Widać było, że na skoczni panuje fantastyczna atmosfera, godna medali MŚ. Za to trzeba wszystkim bardzo serdecznie podziękować i pogratulować. Dobra robota!


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki

Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż.
Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta… Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał!
Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem – komentatorem sportowym.
Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach – na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam „za kulisami”.

http://sedzik.blox.pl