Seks w wielkiej wiosce

Chcąc wejść do „ekskluzywnego” klubu musisz spełnić wymogi selekcji – raczej nie zakładaj białych adidasków i dresiku. No chyba, że lubisz całować klamkę zamiast którejś z ponętnych klubowiczek.  Inaczej jest w klubie, o którym traktuje ten tekst – tam można się zabawić jak nigdzie indziej, no i wpuszczają sportowym stroju. Żyć nie umierać. Nie ma selekcji? Co to to nie, jest, ale trochę inna. Jedni, by tam wejść musieli pchnąć kulą 20 metrów, inni przebiegnąć 400 metrów w mniej niż 47 sekund, a jeszcze inni obić facjaty paru rywali na różnych kwalifikajach. Teraz, gdy już im się to udało – mogą szykować się na prawie trzytygodniową imprezę. Jeżeli kiedyś, myśleliście o wiosce olimpijskiej jak o nudziarskiej noclegowni dla sportowców, to idźcie się szybko wyspowiadać i więcej nie grzeszcie taką myślą, słowem i zaniedbaniem. 

Sam też muszę uderzyć się w pierś – odkąd oglądam Igrzyska, jedyną wątpliwością jaką miałem odnośnie wioski olimpijskiej, była sama jej nazwa. Jakoś nie pasowała mi ona do tak dostojnego, jak się mogło wydawać miejsca. Cóż, człowiek młody – człowiek naiwny. Dziś wioska pasuje mi całkiem nieźle, choć w odniesieniu do kilku sytuacji – lepiej pasowałoby wiocha.

W sumie trudno się dziwić – też byłbym w siódmym niebie. Chętnie wymienię wszystkie osiedlowe sąsiadki (średnia wieku: + 65 lat, waga: nawet nie pytaj, zajęcie: od serialu do serialu, hobby: mylenie zwykłych mieszkańców z akwizytorem i zatrzaskiwanie im przed nosem drzwi na klatkę) na wysportowane dziewczyny z każdego zakątka świata. Świat byłby piękniejszy i… pewnie wzrósłby trochę przyrost naturalny. Tak jak Rogerowi Federerowi, który żonę i matkę swoich dzieci poznał podczas Igrzysk w Sydney. No, ale wioska daje, wioska zabiera – Szwajcar do dziś nie ma na koncie indywidualnego złota, choć ostatnio gdy jedzie na igrzyska to dla świętego spokoju śpi w wynajętym hotelu.

Bo wbrew pozorom Olympic Village to nie jest spokojne miejsce. Do pewnego momentu, ciężko też było znaleźć informacje zza zamkniętych olimpijskich drzwi. Dwukrotny złoty medalista w pływaniu, Summer Sanders stwierdził, że to co dzieje się w wiosce, zostaje w wiosce. Ale tylko do czasu. Byli olimpijczycy ostatnio nader często wspominają swoje pobyty na igrzyskach. Pewno przez tęsknotę za nieskrępowanym seksem wspierającym dialog międzykulturowym i 100 tysiącami darmowych prezerwatyw, które rozdaje organizator. Taka pula obowiązuje od 2000 roku, kiedy w Sydney 70 tysięcy kondomów okazało się niewystarczające, podobnie jak dodatkowych 20 tysięcy. Gumki w Pekinie były ozdobione mottem zawodów – Szybciej, wyżej, mocniej. Te londyńskie mają mieć piktogramy poszczególnych dyscyplin.

Olympic Rings

Sporo ciekawych historii opisuje wydana ostatnio, przez anonimowego byłego brytyjskiego olimpijczyka książka: The Secret Olympian: The Inside Story of the Olympic Experience. Można się dowiedzieć m.in. jak uczestnicy wielkiego sportowego święta omijają zakaz wnoszenia na teren wioski alkoholu. Atmosfera tego miejsca potrafi wciągnąć, jak każdy epicki melanż. W 2000 roku dowód na to dał reprezentant USA w strzelectwie Josh Lakatos, który skończył swój udział w zawodach w połowie igrzysk. Nie mógł jednak opuścić dalszej części imprezy, więc wbrew oczekiwaniom krajowego związku, na własną rękę pozostał w Sydney. Pokojówkę sprzątającą jego pokój poprosił by się odwróciła, gdy blokował zamek w drzwiach, tak by móc potem swobodnie otwierać domek bez klucza. Na „prywatną kwaterę” szybko znaleźli się chętni. Następnego ranka, gdy Josh wynurzył się ze swego pokoju na pierwszym piętrze, na dole ujrzał przechadzającą się tam całą damską sztafetę 4×100 jednego ze skandynawskich krajów. Za nimi podążali dzielni amerykańscy lekkoatleci. Przez koleje osiem dni budynek cieszył się dużą popularnością wśród kobiet i mężczyzn i zyskał przydomek „Shooters’ House”. Było to dobre miejsce do intymnych spotkań. Nie od dziś wiadomo, że „normalne” pokoje w wioskach są dwuosobowe. Przed otwarciem „Shooters’ House” sportowcy różnie sobie z tym radzili. Najlepszym sposobem jest podobno wywieszenia na klamce skarpetki, która ma komunikować wracającemu współlokatorowi, że nie jest w danym momencie mile widziany. Nawet jeśli właśnie został mistrzem olimpijskim. Sam pomysłodawca podsumował zamieszanie wokół domku krótko:

Nigdy w moim życiu nie widziałem tak dużo rozpusty!

 Ci którzy byli naocznymi świadkami takich scen mają tylko jedno porównanie. Pobyt w wiosce olimpijskiej przypomina imprezy w koledżu. Ma też pewne cechy wspólne z polskimi akademikami. Sporo na ten temat ma do powiedzenia amerykańska gwiazda piłki nożnej Hope Solo. To ta laska co stoi na bramce i ciężko powiedzieć, czy lepiej broni czy wygląda.

Jak sama przyznaje, po złotym medalu w Pekinie udało jej się nawet przemycić do wioski kilku celebrytów, choć nie chce zdradzić z kim wtedy imprezowała, to wydaje się że w tym gronie nie było Marcina Najmana i braci Mroczków. Solo twierdzi, że około 70-75 procent mieszkańców olimpijskiej wioski uprawia seks podczas pobytu w tym miejscu.

Widziałam ludzi uprawiających seks na trawnikach, między budynkami… – przyznaje bramkarka.

Amerykanka ma też wytłumaczenie, dlaczego wśród ludzi, którzy przyjechali zdobywać medale i teoretyczne powinni koncentrować się na sporcie, tak łatwo o seksualne przygody. Przede wszystkim – w miejscu pełnym osób z tej samej „branży”, łatwiej nawiązać kontakt. Zazwyczaj zaczyna się od – cześć, co trenujesz?- mówi urodziwa Amerykanka. Co więcej, na igrzyska ludzie przyjeżdżają przeżyć przygodę życia, na boisku, bieżni, basenie i niejednokrotnie  w łóżku. Dla niektórych sporą atrakcją jest stosunek z kimś kto nie mówi w tym samym języku. Sportowcy uwielbiają wyzwania.

Wzmożony popęd seksualny wiąże się też pewnie z nadmiarem energii w chwili ograniczenia ostrych treningów w dniach poprzedzających starty. Gdzieś ten power trzeba spożytkować. Sprawa dotyczy kobiet i mężczyzn w równym stopniu. Podobno dobrym afrodyzjakiem jest złoty medal na szyi. Carrie Sheinberg, narciarka alpejska biorąca udział w igrzyskach w 1994 roku przyznaje bez ogródek:

Wygrasz złoty medal i możesz spać z naprawdę gorącym chłopakiem.

Patrząc na wyniki, zachodzi obawa, że nie mówi o własnych doświadczeniach…

Cztery lata temu, olimpijska kraina czarów, wyraźnie zaskoczyła Taylora Phinney’a. 18-letni wówczas zawodnik, marzył o medalu w kolarstwie torowym i większość czasu spędzał na balkonie jednego z domków. Nad nim swoje kwatery miały amerykańskie gimnastyczki, wśród nich 16-letnia faworytka do medalu – Shawn Johnson. Gimnastyczki jak to gimnastyczki – im młodsze i szczuplejsze, tym lepsze. W związku z tym, były regularnie kontrolowane przez trenerów. Znalazły jednak sposób na ominięcie przeszkód i zaznanie trochę słodyczy. Phinney wraz z kolegami przemycał im zakazane snickersy. Jak się okazało i jak widać na załączonym obrazku – młody wiedział co robi. Gdy Johnson wróciła do wioski ze złotym medalem, zasunęła żaluzje i odbyła z Phinney’em „sesję całowania”. Ciekawe, czy skończyła się tak jak często kończą się tego typu sesje… Sam zainteresowany przyznaje, że z wrażenia prawie zapomniał, że niebawem ma zawody. Ostatecznie zajął siódme miejsce, a do Londynu jedzie już jako kolarz szosowy i mistrz USA w jeździe na czas. Zamieszka z ekipą poza wioską i liczy, że spotka swoją dawną przyjaciółkę, która karierę sportową już zakończyła, ale nadal jest gwiazdą i zamierza zjawić się w stolicy Zjednoczonego Królestwa.

Nawiązując do wstępu – i kto tu bardziej potrzebuje spowiedzi? Sportowcy po Igrzyskach czy my, którzy wierzyliśmy, w teksty typu my tu tylko trenujemy. Tak na marginesie, teraz już chyba wiemy, czemu polscy sportowcy, zazwyczaj wracający z igrzysk bez medalu, mówią z uśmiechniętymi minami, że najważniejszy w olimpiadzie jest udział…


pubsport.pl
Damian Ślusarczyk
29 lat, wychowany pod Kielcami, mieszka w Manchesterze, PubSport.pl z małymi przerwami ogarnia od 8 lat. Stale udowadnia, że jest w stanie znaleźć "coś" ciekawego w każdej dyscyplinie sportu. Obserwuj mnie na Twitterze
http://www.pubsport.pl/