Senegal, czyli zupełnie nowe Lwy Terangi

Pierwszy mundial jaki pamiętam? Zależy, o co pytacie. Mam w głowie urywki z meczu Holandia – Argentyna z 1998 roku, całkiem dobrze pamiętam finał  tych samych mistrzostw. Ale tak naprawdę kręćka na punkcie piłki dostałem dwa lata później i pierwszy mundial, który chciałem pochłonąć w całości nadarzył się w 2002. Nie mogę więc udawać, że do Senegalu nie mam sentymentu. Skaczący w bramce Tony Sylva, szalejąca miotła na boku obrony – Ferdinand Coly, skała Papa Bouba Diop w środku, czy Henri Camara oraz El Hadji Diouf z przodu. No, wielcy. Poznałem ich wcześniej, niż cały świat, bo zimą 2002 roku zaliczyłem swój pierwszy Puchar Narodów Afryki, na którym Senegalczycy zostali wicemistrzami kontynentu. Świat usłyszał o nich, gdy ograli Francję, o której wszyscy myśleli wówczas, jako o wielkiej, wszak była aktualnym mistrzem świata i Europy.

Słyszałem, jak sąsiad, na co dzień nie interesujący się futbolem, wołał, że Senegal wygrał z Francją.  Wiedziałem, że to wielkie wydarzenie. A to dopiero początek. Senegalczycy wyszli z grupy, w której byli jeszcze Duńczycy i Urugwajczycy, w drugiej rundzie ograli Szwedów, a mecz oglądałem na pełnej śnieg transmisji w czeskiej telewizji. Dobrnęli do ćwierćfinału, jako druga drużyna afrykańska w historii (później dokonała tego jeszcze Ghana. Zaskakujące dla mnie, że nie Nigeria, bo intuicyjnie wymienia się ją, jako największą potęgę obok Kamerunu). W najlepszej ósemce nie sprostali tureckiej rewelacji, ale i tak byli bohaterami. Ruszyli do wielkich klubów europejskich i… tyle dobrego można powiedzieć o senegalskim futbolu.

Była wybitna generacja, która miała bardzo dobre dwa pierwsze lata XXI wieku. Awansowali na mistrzostwa świata, zostali wicemistrzem Afryki, weszli do ćwierćfinału mundialu, podpisali kontrakty i przepadli. Na każdym kolejnym PNA byli uznawani za faworyta. Dochodzili do ćwierćfinału i półfinału, ale nikogo to nie satysfakcjonowało. Co dopiero odpadnięcie już po fazie grupowej w 2008 roku, gdy trenerem był Henryk Kasperczak. Brak awansu w roku 2010 to już klęska niewyobrażalna. Syci kontraktami, zmanierowani bohaterowie 2002 roku zaczęli odchodzić. Federacja dała szansę rodzimej myśli szkoleniowej – Amarze Traore, który… jako 37-latek pojechał do Korei i Japonii. Meczu nie zagrał, ale wpis w CV ma.

Nowy selekcjoner zdecydował się na drastyczny, ale konieczny krok. Odsunął wielkie nazwiska – swoich dawnych kolegów z reprezentacji, którzy dawali niewiele na boisku i totalnie odmłodził skład. Na tegoroczny turniej zabiera tylko dwóch zawodników z 2002 roku – Omara Dafa (Brest) i Souleymana Camarę (Montpellier). Czy to oznacza, że przywozi zgraję anonimów? Nie. Lwy Terangi mają kolejne pokolenie talentów, grających w liczących się klubach. A już najwięcej znaczy ofensywny tercet…

… jeśli trenerowi uda się znaleźć odpowiednie miejsce na boisku dla Papissa Cisse, Demby Ba i Moussy Sowa, Senegal będzie nie do zatrzymania. Cała trójka to obecnie gwiazdy trzech potężnych europejskich lig. Sow blokuje miejsce Ireneuszowi Jeleniowi w Lille. W zeszłym roku poprowadził ten zespół do podwójnej korony, a sam został królem strzelców Ligue 1. Znakomita forma strzelecka Cisse w zeszłym roku pozwoliła Freiburgowi zakończyć sezon bezpiecznie, jak nigdy, w środku tabeli. W tym drużyna z Badenii zajmuje ostatnie miejsce, ale Senegalczyk zdobył dziewięć goli, co stanowi prawie połowę dorobku drużyny. Niemal na pewno zaraz odejdzie do lepszego klubu. Wreszcie Ba, o którym pierwszy raz mogliśmy usłyszeć, gdy Hoffenheim szalało po awansie do Bundesligi. Jednak prawdziwą gwiazdą Ba został po transferze do Anglii. Dziś, dzięki niemu, Newcastle po latach posuchy znów liczy się w walce o europejskie puchary, a sam piłkarz jest wiceliderem klasyfikacji strzelców, przegrywając tylko z Robinem van Persie. Żaden inny afrykański kraj nie ma takiego potencjału w ataku. A czy go wykorzysta? W tym już głowa trenera.

Senegal to jednak nie jest drużyna trzech gwiazd. W obronie grają bardzo solidni zawodnicy, znani w większości z ligi francuskiej, jak chociażby Souleymane Diawara z Marsylii, który jesienią demolował Roberta Lewandowskiego. Prawdziwy problem, jak to często bywa w Afryce, jest z obsadą bramki. Cała kadra Senegalu składa się z piłkarzy grających za granicą. W rodzimej lidze gra tylko… dwóch bramkarzy. I to nie może być przypadek, że akurat tamtejszych piłkochwytów europejskie kluby nie chcą. Największe szanse na bronienie ma  Bouna Condoul z New York Red Bulls. Wydaje się jednak, że jego głównym atutem jest to, że może sobie dodać do znajomych Thierry?ego Henry?ego…

Wygląda na to, że Senegal po latach upokorzeń znów będzie piekielnie silny. Może nawet z szansami na końcowy tytuł.


pubsport.pl
Michał Trela
Kronika Beskidzka, Gazeta Wyborcza, SportSlaski.pl
http://trelik.blox.pl