Smuda rok później

Właśnie niczym jeden dzień, minął nam calutki rok czasu, odkąd  zacne stanowisko selekcjonera naszej reprezentacji objął Franciszek Smuda. Jak wielu blogerów czy zawodowych dziennikarzy sportowych pokusiłem się o podsumowanie dotychczasowej pracy Pana Smudy. Jak na razie trudno o zdecydowaną ocenę  jego pracy , ponieważ na każdy punkt  dokonań byłego trenera Lecha można patrzeć z różnej strony.  Zacznijmy od początku.

Franciszek Smuda to jeden z najlepszych polskich trenerów piłkarskich na przestrzeni ostatnich piętnastu lat. To on stał u sterów Widzewa Łódź, który jako  ostatnia polska drużyna dostąpił zaszczytu gry w elitarnej Lidze Mistrzów po dwumeczu z Broendby, który otoczył się już mianem historycznego. Prowadził cztery najlepsze polskie zespoły ostatnich dwóch dekad: wspomniany Widzew, krakowską Wisłę, warszawską Legię i ostatnio poznańskiego Lecha. Przez całą swoją karierę podkreślał, ze jego celem jest poprowadzenie reprezentacji Polski. Czekał na to bardzo długo, a gdy po raz kolejny nie potrafił przywieźć do Poznania Mistrzostwa Polski, po czym rozstał się z Kolejorzem, wydawało się, że jego kariera będzie już równią pochyłą. Sprawy potoczyły się jednak zupełnie inaczej. Kadra Leo Beenhakkera zapoczątkowała nieprzerwane jak na razie pasmo kompromitacji co w połączeniu z wyjątkową niechęcią władz PZPN nie tylko do Holendra, ale i w ogóle do zagranicznej myśli szkoleniowej, mogło się skończyć tylko jednym sposobem. Beenhakker został w mało cywilizowany sposób zwolniony, ogłoszono konkurs na nowego selekcjonera, wiadomo było że zostanie nim Polak, a skoro Polak to tylko Smuda.

Smuda, który swą pracą zyskał sympatię rzeszy kibiców w kraju nad Wisłą, tym bardziej, że uchodził za uosobienie spontaniczności, hartu ducha i  bezkompromisowości. Wszyscy liczyli, że zaszczepi w przyzwyczajonych do kompromitacji grajkach swój wojowniczy charakter i że nie da sobą w żaden sposób manipulować przez związkowych działaczy. Jak już wiemy nie do końca tak było. Smuda przekopał Polskę wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu piłkarskich talentów. Ba, przekopał całą Europę w nadziei, że znajdzie dla siebie i dla nas kibiców, futbolowego Mesjasza o polskich korzeniach. Udało się połowicznie. Mamy najlepszego lewego obrońcę od wielu, wielu lat. Niestety kontuzja jakiej doznał stawia nad jego przydatnością do użytku w przyszłości duży znak zapytania. Obraniak miał nam dać wreszcie jakość prawdziwego rozgrywającego, ale mimo, że robi spore postępy i doskonale rozumie się z kolegami, to jednak trzeba pamiętać, że nie jest podstawowym zawodnikiem przeciętnego Lille. Smuda wprowadził do kadry mnóstwo nowych twarzy. Z ekipy Beenhakkera nie ma już nikogo. Niedobitki w postaci Boruca czy Żewłakowa mogą już na żadne zgrupowanie nie przyjechać z racji swoich alkoholowych wybryków.

Z pustego i Salomon nie naleje, to też nie ma co ganić Smudy, że wciąż szuka, bo po prostu nie może znaleźć. Boli jednak to, że w porównaniu do tego co było przed rokiem nie widać poprawy jeżeli chodzi o wyniki. Pięć porażek, pięć remisów i cztery zwycięstwa (z Kanadą, Singapurem, Tajlandią i Bułgarią co samo mówi za siebie), to lekko mówiąc bilans nie najlepszy. Smuda w przeciwieństwie do Beenhakkera cieszy się ogromnym zaufaniem włodarzy PZPN i jego pozycja jest nie zagrożona, dodatkowo trener tłumaczy się, że w sparingach najważniejszy jest styl, a nie wynik. Jeżeliby jednak dokładnie posłuchać Smudy to gołym okiem widać, że popularny Franz po raz pierwszy w swej karierze sprawia wrażenie nieradzącego sobie z presją. Chwyta się wszelakich rozwiązań, ale dotychczas wszystkie go zawodzą. Mnie osobiście martwi to, że w poczynaniach pana Smudy nie widać żadnej konsekwencji, składu ani ładu. Reprezentacja gra na wiwat byle do przodu, co przy braku skuteczności i marnowaniu wspaniałych sytuacji oraz kompletnej dezorganizacji gry obronnej zazwyczaj kończy się katastrofą. To nie Smudy wina, że w Polsce nie ma dobrego stopera czy skutecznego (i zdrowego) napastnika, ale wiedział na co się pisze. Patrząc z perspektywy kibica, można dostrzec, że pan selekcjoner po roku pracy wie tyle, że jest gorzej niż myślał i to czego nie znalazł w Polsce trzeba będzie znaleźć gdzieś za granicą, bo inaczej trudno liczyć na cokolwiek. Reprezentację Polski, gdy tylko ta gra w pełnym składzie, miło się ogląda, ale brak wyników, które zamknęłyby usta krytykom i uspokoiły kibiców. Smuda po roku swej pracy jest tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Do sukcesu brakuje mu tylko pary stoperów (lekarstwem ma być Perquis) i skuteczności napastników. Nad tym Smuda musi popracować.

Po Euro 2008 mimo wszelakich tłumaczeń i kontrowersji czułem ogromny niesmak. Jeżeli za dwa lata Polska skończy Euro na ostatnim miejscu w grupie z jedną bramką strzeloną ze spalonego przez naturalizowanego Brazylijczyka, poczuje niesmak jeszcze większy. Pan Smuda pracuje w służbie narodu przygotowując ekipę, która zaprezentuje nas przed całym światem na naszym własnym podwórku i trzeba go wspierać bez względu na wszystko, bo cóż innego nam pozostało. Jeżeli damy mu spokojnie pracować to jestem pewny, że znajdzie złoty środek na kilka teoretycznie banalnych problemów i nie będziemy musieli się wstydzić przed przybyszami z innych krajów za grę biało-czerwonych.


pubsport.pl
Krystian Nowak
Mam 16 lat. Miłością do piłki zaraziłem się podczas EURO 2004, które nauczyło mnie futbolu. Piłkarzem już raczej nie zostanę, choć szansa na to przez moment była. Chciałbym w przyszłości być dziennikarzem sportowym, bo wydaje mi się , że na sporcie, a szczególnie na piłce, znam się bardzo dobrze. Ponadto byłaby to chyba jedyna praca, którą wykonywałbym z przyjemnością. Od lipca 2010 roku swoimi spostrzeżeniami na temat piłkarskiego świata dziele się na moim blogu, gdzie serdecznie zapraszam: http://prideoflondon.blox.pl/html
http://prideoflondon.blox.pl/html