Snooker: powrót mistrza, pożegnanie mistrza

Ronnie O’Sullivan powrócił! Angielska Rakieta po czterech latach odzyskała tytuł Mistrza Świata w snookerze, wygrywając w finale z Ali Carterem 18:11!

Komu jak komu, ale Ronniemu ten tytuł, czwarty w karierze, na pewno się należał. Jest to prawdopodobnie najzdolniejszy snookerzysta w historii. Nikogo nie cechowała tak nadzwyczajna lekkość gry. Co prawda jest kilku zawodników, którzy byli Mistrzami Świata więcej razy od niego, ale O’Sullivan, gdyby przez całą swoją karierę podchodził do snookera poważnie, z pewnością by ich wyprzedził.

Dzisiejszy Ronnie mało jednak przypomina samego siebie sprzed kilku lat. Rzadko stosuje niekonwencjonalne, wręcz zwariowane zagrania, po których publiczność wyje z zachwytu. Jego gra nie ma już też tak niesamowitej szybkości, dzięki której zyskał sobie przydomek The Rocket. Z drugiej strony, jego snooker jest teraz dojrzalszy, mniej żywiołowy, za to bardziej taktyczny i przemyślany.

Fani snookera pewnie woleliby dawnego Ronniego, gdyż grał bardziej widowiskowo niż dzisiaj. Co jest jednak ważniejsze: widowiskowość czy wygrywanie meczy? To trochę jak z futbolem: lubimy oglądać drużyny atakujące za wszelką cenę, ale zespoły te zwykle przegrywają z drużynami, które najpierw starają się zadbać o defensywę… Tak czy inaczej, O’Sullivana będziemy kiedyś pamiętać szczególnie za ten pierwszy okres jego kariery.

Całe MŚ obfitowały w wiele niespodzianek. Już w I rundzie odpadli nr 1 rankingu światowego Mark Selby, jeden z największych faworytów Ding Junhui oraz Shaun Murphy i Mark Allen, zaś w II – Mistrz Świata z ubiegłego roku John Higgins i faworyt bookmacherów Judd Trump. Do ćwierćfinału doszedł natomiast stosunkowo mało znany Walijczyk Jamie Jones.

Z tego, co udało mi się obejrzeć, odniosłem wrażenie, że turniej był raczej nierówny. Kilka pojedynków było naprawdę niezłych, ale zdarzały się też spotkania na bardzo niskim poziomie, choćby mecz między Trumpem a Dominicem Dale’m.

Najbardziej dramatyczny przebieg miało chyba spotkanie II rundy między Carterem a Trumpem. W meczu do 13 wygranych frejmów Trump prowadził już 12:9, ale Carter wyrównał na 12:12. W decydującym frejmie dobrze rozpoczął Trump, ale spudłował łatwą czerwoną bilę i oddał stół Carterowi. Ten zrobił solidnego brejka i doprowadził do sytuacji, w której jego przeciwnik potrzebował do wygranej aż czterech snookerów. Trump wypracował, niestety, tylko trzy… Takie pojedynki długo się pamięta.

W eliminacjach do Mistrzostw startował po raz pierwszy Polak – młodziutki Kacper Filipiak. Niestety, przegrał wysoko już pierwszy mecz z mało znanym Davidem Morrisem, który też zresztą nie zakwalifikował się do finałowej trzydziestki dwójki. Tak więc na pierwszy występ Polaka w MŚ będziemy musieli jeszcze poczekać.

Tegoroczne MŚ zostaną zapamiętane z jeszcze jednego powodu. Otóż w ich trakcie swoje wycofanie się z zawodowego snookera ogłosił Stephen Hendry. Panował on przed Ronniem O’Sullivanem w latach 90., a tytuł Mistrza Świata zdobył aż siedmiokrotnie.

Miałem przyjemność obserwować same początki kariery Hendry’ego, gdyż w drugiej połowie lat 80. przebywałem w Anglii. (Na marginesie: wynajmowałem wtedy domek, w którego wyposażeniu znajdował się telewizor, ale… czarno-biały. Proszę sobie wyobrazić, jak ogląda się snooker, kiedy to kolorów bil trzeba się domyślać z różnych odcieni szarości!) Gdy tylko Stephen pojawił się w kręgu zawodowców, od razu wróżono mu ogromną karierę, miał bowiem niesamowity talent do wbijania nawet najtrudniejszych bil. I rzeczywiście: już w 1990 roku jako dwudziestojednolatek został najmłodszym Mistrzem Świata w historii.

W tym roku Hendry bardzo dobrze rozpoczął MŚ (do których musiał się kwalifikować, gdyż wypadł poza pierwszą szesnastkę światowego rankingu). W I rundzie gładko pokonał Stuarta Binghama, wbijając przy okazji swój 11. maksymalny brejk, czyli 147 punktów przy jednym podejściu do stołu. (Taką samą liczbę maksymalnych brejków ma na swoim koncie tylko Ronnie O’Sullivan). W II rundzie równie gładko rozprawił się z Mistrzem Świata z poprzedniego roku, Johnem Higginsem. Niestety, pary nie starczyło już na ćwierćfinał, który przegrał ze Stephenem Maguire’m aż 2:13.

Taka kolej rzeczy powtarzała się zresztą często w tym sezonie. Hendry dobrze zaczynał turnieje, ale w pewnym momencie jego jakość gry gwałtownie spadała. Podejrzewam, że nie jest już w stanie wytrzymać kondycyjnie trudów długiego turnieju. Być może właśnie to stało się przyczyną jego rezygnacji z kręgu zawodowego snookera.

Na pewno będą go pamiętać wszyscy miłośnicy tego pięknego sportu.


pubsport.pl