Spełnione marzenia

 Wczorajszego wieczoru spełniło się największe marzenie Romana Abramowicza. Spełniło się marzenie kibiców The Blues, których pupile od lat byli już bardzo blisko sukcesu w tych rozgrywkach, ale zawsze brakowało im szczęścia. Spełniło się marzenie piłkarzy, którzy od dziecka marzyli o triumfie w tych rozgrywkach. Spełniło się marzenie Johna Terry’ego, Franka Lamparda, Didiera Drogby, Ashley’a Cole’a i Petra Cecha, czyli tej londyńskiej „starej gwardii”, która przeżywała te wszystkie klęski i niepowodzenia, przez lata w tych rozgrywkach miała ogromnego pecha, aż w końcu szczęście stanęło po ich stronie i wygrali. Wygrali Ligę Mistrzów.

Wczorajszy finał był świetny. Wspaniały. Fantastyczny. Fenomenalny. Pełen dramaturgii. Emocjonująca była w nim każda sekunda, kibicom serce uderzało czterysta razy na minutę, piłkarze dostarczyli nam nieprawdopodobnej dawki emocji. Huśtawki nastrojów, ogromnej ilości zwrotów akcji, sytuacji po obu stronach, wielkiej radości wygranych i ogromnej rozpaczy przegranych. Mecz ten idealnie pasował na zwieńczenie tego niesamowitego sezonu w Lidze Mistrzów.

Wczoraj po raz kolejny doświadczyliśmy tego, że nie zawsze wygrywa ten, który ma więcej sytuacji podbramkowych, który ma dużą przewagę, który w posiadaniu piłki bije rywala na głowę. Wczoraj to Bayern wydawał się zespołem lepszym. Miał bardzo dużą przewagę. Stworzył znacznie więcej sytuacji. Chelsea grała defensywnie, jej linia obrony ustawiona była głęboko, a szans na bramkę szukała w kontratakach.  To Bayern na kilka minut przed końcem spotkania prowadził. Przyznam szczerze, że po trafieniu Thomasa Mullera, moja wiara w sukces Chelsea drastycznie spadła. Niemal do zera.

Arjen Robben, piłkarz wybitny, kapitalny, potrafiący pędzić z futbolówką z zawrotną szybkością, a ta wydaje się być jakby przyklejona do jego stopy, znowu rozczarował w tym najważniejszym, najbardziej istotnym momencie. I to on, jako indywidualność, jest chyba największym przegranym tego sezonu. Najpierw, w meczu, który miał zadecydować o mistrzostwie Niemiec, zmarnował karnego, a w ostatniej minucie przestrzelił z kilku metrów. Wczoraj też nie wykorzystał „jedenastki”, a gdyby ją strzelił, to monachijczycy byli by już niemal w piłkarskim raju. Ale znowu mu się  nie udało, a Bayern z nieba spadł prosto do piekła.

Widać, że do wielkiej formy wraca Bastian Schweinsteinger. Wczoraj harował na całej długości i szerokości boiska. Walczył. Grał z poświęceniem. Jemu nieprawdopodobnie zależało na triumfie. Nieźle piłkę odbierał, potrafił  grę kreować, futbolówkę rozegrać.

Bardzo podobał mi się występ Philipa Lahma. W defensywie był niezwykle skuteczny. Młodzian, Ryan Bertrand, o którym jeszcze w tym tekście napiszę, nie wygrał z nim żadnego pojedynku. Na swojej stronie boiska kapitan Bawarczyków rządził i dzielił. Oprócz bardzo pewnej i skutecznej gry w destrukcji, mógł się podobać także w grze ofensywnej. Był aktywny, brał udział w wielu akcjach, stwarzał zagrożenie.

Teraz czas napisać coś o graczach z Londynu. Właśnie, Ryan Bertrand. Młody, zaledwie 20- letni chłopak, grający w Chelsea sporadycznie, najczęściej wtedy, kiedy Cole ma kontuzję, wczoraj został rzucony na bardzo głęboką wodę. Na test, którego naprawdę miał prawo nie zdać. Wyszedł w podstawowym składzie Chelsea w finale Ligi Mistrzów. Nie poradził sobie. Philip Lahm uniemożliwił mu jakiekolwiek rajdy lewą flanką, jego dryblingi dla reprezentanta Niemiec były przewidywalne. Zabrakło mu zdecydowanie doświadczenia, ogrania, umiejętności. W ofensywie zupełnie bezbarwny.

Na pochwałę zasługuje John Obi Mikel. Wczorajszego wieczoru odbierał piłkę często, życie ofensywnym graczom monachijczyków uprzykrzał niesamowicie. Nie rzucał się w oczy, ale odwalił kawał naprawdę świetnej roboty. Pokazał, ile znaczy dobry defensywny pomocnik w futbolu. Gdyby nie on, to Chelsea prawdopodobnie wracała by do Londynu ze łzami w oczach. Nie łzami radości, tylko smutku.

Wreszcie przychodzi czas napisać coś o dwóch głównych bohaterach wczorajszego spotkania – Drogbie i Cechu. Dwóch niesamowitych piłkarzy. Zacznę może od Petra Cecha. Bronił naprawdę świetnie. Ratował Chelsea w najtrudniejszych momentach. Wreszcie wybronił dwa rzuty karne. Moim zdaniem Cech zasłużył na miano najlepszego piłkarza całej Ligi Mistrzów. Mówię to z czyściutkim sumieniem. Za całokształt. Z Napoli, z Benficą, z Barceloną, wreszcie z Bayernem, był ratownikiem The Blues, bronił kapitalnie, w wielu sytuacjach popisywał się niebywałym refleksem. Po prostu, gdyby nie on, Chelsea by murawy Camp Nou kilka tygodni temu nawet nie powąchała, nie wspominając już o Alianz Arenie.

Drogba zagrał wczoraj równie fenomenalnie jak reprezentant Czech. Biegał cały czas. Był w ataku, wracał się co akcję do defensywy, był gladiatorem. Mimo iż miał na plecach kilku rywali, piłkę potrafił zastawić, przytrzymać, rozegrać. Stwarzał zagrożenie. Strzelił nieprawdopodobnie istotną bramkę. I to on perfekcyjnie wykonał rzut karny, który zdecydował o triumfie Chelsea. Owszem, to on sprokurował „jedenastkę” dla Bayernu, ale koniec końców i tak Robben jej nie zdołał wykorzystać. Jest to piękne zwieńczenie jego kariery na tym absolutnym światowym topie. Z Chelsea prawdopodobnie odejdzie, w finale Ligi Mistrzów już nie zagra. Ale zasłużył sobie na ten sukces, zapracował, bramki strzelał w najważniejszych momentach, gdy gra toczyła się o największą stawkę on błyszczał trzykrotnie bardziej niż w „normalnym” meczu.

Przeogromne brawa należą się Roberto Di Matteo. Dostał drużynę rozbitą, już niemal w tym sezonie przegraną, słabą, a w kilka miesięcy stworzył team, który wygrał najważniejsze i najbardziej prestiżowe rozgrywki klubowe na świecie. Wystarczyła dobra taktyka, nakreślenie zawodnikom niezbyt skomplikowanych, aczkolwiek skutecznych zadań taktycznych i przede wszystkim wprowadzenie kapitalnej atmosfery w szeregi zespołu. Zatrudniany został jako trener tymczasowy, „na chwilę” i z taką etykietą osiągnął największy sukces w historii Chelsea Londyn. To jego ekipa spełniła marzenia tak wielu tysięcy ludzi. Spełniła największe marzenie Abramowicza i choćby dlatego, rosyjski oligarcha powinien włoskiego szkoleniowca zatrudnić na dłużej. Dać mu szansę. Na razie dostał jedną i ją idealnie wykorzystał. A zatem, powinien dostać następną.

A podopieczni Heynckesa to chyba najwięksi przegrani tego sezonu. Przed sezonem mieli szanse na zwycięstwo w trzech rozgrywkach. W ani jednych nie zdołali zwyciężyć, ale we wszystkich zajęli drugie miejsce. We wszystkich tych rozgrywkach byli niewiele od zwycięstwa. FCB pokazał w tym sezonie wielką moc, siłę rażenia, ale ostatecznie przegrał go kompletnie. A było już tak blisko, żeby wypowiadać się o tej ekipie w zupełnie innym tonie……..

Ten mecz jest kolejnym, który pokazuje, że w piłce nożnej nie liczą się tylko wrażenia estetyczne, ale przede wszystkim liczy się to, co w siatce. Futbol dla jednych okazał się wczoraj piękny, dla drugich brutalny, ale to jest właśnie piękno tego sportu.


pubsport.pl
Daniel Flak
Mam czternaście lat. Uwielbiam sport, a w szczególności piłkę nożną, w której zakochałem się oglądając w telewizji Mistrzostwa Świata w Niemczech. Od tego czasu regularnie trenuje i gram w klubie, obecnie w Rakowie Częstochowa. Oprócz tego, wielką przyjemność sprawia mi pisanie o futbolu. W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem sportowym. Prowadzę bloga, na którego serdecznie zapraszam: http://daniel99.blox.pl/html
http://daniel99.blox.pl