Staczania się polskiej piłki ciąg dalszy

Tragedia. To słowo idealnie obrazuje dotychczasowe poczynania Śląska Wrocław w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Mecze z Budnocostią optymizmem nie napawały, bardziej rozpaczą, ale mimo wszystko, liczyłem na to, że z Helsinborgiem zobaczę inny Śląsk. Wyszedłem z założenia, że gorzej być już  nie może. Niestety, przeliczyłem się, a Mistrzów Polski zobaczyłem identycznych jak w drugim spotkaniu z Czarnogórcami.

Zacznijmy może od samych przygotowań. Śląsk zdobywa mistrzostwo Polski – historyczny sukces. Ma szansę na awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów, co polskim zespołom nie udaje się od dawien dawna, aczkolwiek droga do tego sukcesu nie wydaje się być, przy odrobinie szczęścia, bardzo ciężka i kręta. Jest maj, WKS mistrzem i już wtedy wiadomo, że niebawem podopieczni Lenczyka będą na ustach całej Polski. Ale zamiast dobrych, w miarę normalnych wzmocnień, oglądamy masowe rozwiązywanie umów i ściągnięcie trzech polskich, ligowych przeciętniaków. Ok, nie będę taki wybredny, Jodłowca podciągnę pod ligowca dobrego, ale co z tego, że został ściągnięty, skoro zagrać może dopiero za tydzień, kiedy jest już całkowicie pozamiatane. Rozumiem ciężką sytuację finansową, ale ruchy na rynku ze strony wrocławian są jedną z głównych dróg prowadzących do marazmu tej ekipy. W Śląsku brakuje indywidualności, które na wysokim poziomie będą potrafiły wygrywać dla niego mecze albo chociaż swoimi umiejętnościami walnie się do tych zwycięstw przyczyniać. Właśnie bez takich ludzi polska drużyna nie ma praktycznie żadnych szans na osiągnięcie czegoś w pucharach. Legię w minionym sezonie ciągnęli Ljuboja z Radoviciem, Wisłę miała Meliksona, Małeckiego, Bitona i Ilieva, jak w europejskich pucharach rozszalał się poznański Kolejorz, to błyszczał w tej ekipie Stilic z Rudnevem. I to są piłkarze, którzy jednym zagraniem, jedną akcją, potrafią całkowicie zmienić losy meczu, w ekipie z Wrocławia takich nie ma –  sorry, Mila jest ok, ale tylko i wyłącznie na polskie warunki, na międzynarodowym poziomie jest tylko osłabieniem.

Ale mimo wszystko to nie usprawiedliwia beznadziejnej postawy zespołu. Bo Helsinborg to są przeciętniaki, ich można przejść  i to bez żadnych większych indywidualności i wzmocnień. Tymczasem Szwedzi wrocławian po prostu zniszczyli, skompromitowali, wykorzystali trzy z ogromnej liczby błędów. Nie grali pięknie, nie grali nawet bardzo dobrze, tylko po prostu przyzwoicie i to na wrocławską ekipę spokojnie wystarczyło.

Gra w defensywie aktualnych mistrzów Polski wołała o pomstę do nieba. To był istny dramat. Liczba błędów, które popełnili Pawelec z Grodzickim była ogromna. Zdarzało im się wiele błędów technicznych: złych przyjęć, niedokładnych zagrań (bramka na 0:1). W stosunku do rywali wrocławscy defensorzy byli niesamowicie pasywni, można by rzec: delikatni. I teraz to już się tyczy całej ekipy, chociaż obrońców w sposób szczególny: niby było jakieś tam zaangażowanie, ale nie było agresji, nie było wojny, wrocławianie do rywali podchodzili jakby nieśmiało. To była szansa na Ligę Mistrzów, a więc oczekiwałem, że nawet jak wrocławianom zabraknie walorów czysto piłkarskich, to chociaż na te spotkania będą wychodzili z ogniem w oczach, z agresją, chyba większość z nich marzy o tych elitarnych rozgrywkach. No właśnie, chyba….

W grze Śląska brakowało jakiegokolwiek elementu przyspieszenia, próby nagłego zaskoczenia rywala. Budowanie akcji przez podopiecznych Lenczyka było mozolne, wolne, dla rywala czytelne, oprócz tego podania bardzo często były mocno niedokładne. Szwedzi futbolówkę potrafili rozegrać lepiej, ciekawiej, dokładniej, widać było u nich większą dojrzałość w rozegraniu piłki.

W ekipie z Wrocławia nie wyróżniał się nikt. Waldemar Sobota indywidualnych akcji próbował, ale one mu kompletnie nie wychodziły. Futbolówkę często tracił, gubił się w dryblingu, miał dynamikę, czasami rywala udawało mu się minąć, ale nie potrafił skutecznie dośrodkować. Sebastian Mila był cieniem samego siebie,  jak zwykle poruszał się wolno, można by rzec: w tempie żółwia, bieganie szło mu bardzo ciężko. Rzadko udawało mu się dobrze rozegrać piłkę, nie wspominając już o próbach prostopadłych zagrań. Reszta także kompletnie rozczarowała i nie dała żadnych podstaw do powiedzenia o nich jakiegoś dobrego słowa.

No i pora przejść do Oresta Lenczyka, który okazał się takim samym tchórzem jak Maciej Skorża chociażby w starciu ze Sportingiem Lizbona. Nawet przegrywając, bał się zagrać dwoma napastnikami, nie zaryzykował, przestraszył się i zupełnie nie mam pojęcia na co liczył. Drużynę do rozgrywek przygotował beznadziejnie. Nie widać było jakichkolwiek wyćwiczonych wariantów rozegrania piłki, zgrania i techniki. Piłkarze, którzy w zeszłym sezonie potrafili pokazywać od czasu do czasu bardzo dobrą piłkę, teraz kompletnie rozczarowali, jakby to nie byli ci sami ludzie.

Narzekaliśmy na Wisłę sprzed roku, że tak słabego mistrza jeszcze nie mieliśmy. A co mamy? Mamy mistrza jeszcze słabszego. Dużo słabszego. Tamta ekipa potrafiła dostarczyć nam chociaż emocji, hymnu Ligi Mistrzów, bramek, radości i jakby nie patrzeć, była słabsza od Apoelu, ale gdyby dopisało jej jeszcze więcej szczęścia to by się prawdopodobnie w fazie grupowej LM znalazła. Śląsk nie pokazał nic.  No cóż, może za rok się uda…….(haha).


pubsport.pl
Daniel Flak
Mam czternaście lat. Uwielbiam sport, a w szczególności piłkę nożną, w której zakochałem się oglądając w telewizji Mistrzostwa Świata w Niemczech. Od tego czasu regularnie trenuje i gram w klubie, obecnie w Rakowie Częstochowa. Oprócz tego, wielką przyjemność sprawia mi pisanie o futbolu. W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem sportowym. Prowadzę bloga, na którego serdecznie zapraszam: http://daniel99.blox.pl/html
http://daniel99.blox.pl