Stan wyjątkowy

Oczy przymrużone, jakby nie dało się ich szerzej otworzyć, roztaczające po okolicy wzrok lekko błędny, zdezorientowany. Twarz pokryta nieregularnym, dość zaniedbanym zarostem. Spod niego przebijają pojedyncze blizny. W dodatku jakiś jakby opuchnięty. Napisać, że Stanislas Wawrinka wygląda jak zakapior byłoby nadużyciem haniebnym dla prawdziwych zakapiorów, ale na pewno nie wpisuje się w wizerunek tenisisty-dżentelmena.

Nosi w sobie miniaturę Szwajcarii, państwa multietnicznego, multijęzykowego, w którym przenikają się kultury z wszystkich stron róży wiatrów. Wawrinka jest krwistym koktajlem kilku narodów. Imię i opuchniętą, zabliźnioną twarz zawdzięcza Polsce. Więcej, bo dziadków i nazwisko, ma dzięki Czechom. Ojciec Wolfram pochodzi z Niemiec. Matka Isabelle jest Szwajcarką, sądząc po imieniu z francuskojęzycznego kantonu. Płynie w jego żyłach niezwykła mikstura, więc i życie ma dziwne.

Stanislas i nasz Wojciech Kowalczyk szybko zaczęliby nadawać na tych samych falach. Były gracz Legii zakończył edukację na szóstej klasie szkoły podstawowej, w pełni poświęcając się karierze piłkarskiej. Natomiast tenisista z Lozanny wytrzymał do piętnastego roku życia, kiedy nagle zanucił „We don’t need no education, hey, teacher, leave the kids alone” i wbrew rodzicom rzucił szkołę. Do dziś nie utrzymuje z nimi bliskich kontaktów.

Chciał zostać wielkim graczem. Efekty przyszły bardzo szybko. Trzy lata później wygrał juniorskiego Rolanda Garrosa, mając już status profesjonalisty. Gdy miał 20 lat wskoczył do najlepszej 50-tki rankingu, zaprzyjaźnił się z Rogerem Federerem, rodakiem, będącym najlepszym tenisitą świata. Razem pojechali na Igrzyska Olimpijskie do Pekinu, gdzie w deblu zdobyli złoty medal. W tym samym roku osiągnął dziewiątą pozycję na światowych listach. Wyżej nie był jeszcze nigdy.

W grudniu 2009 poślubił Ilham Vuilloud, szwajcarską prezenterkę i modelkę. Rok później na świat przyszła ich córka o imieniu Alexia. Wydawało się, że Wawrinka dostał to, z czego zrezygnował za młodu – po blisko dziesięciu latach znów miał rodzinę.

Początkiem stycznia tego roku gruchnęła jednak wieść, że tenisista jest z rodziną w separacji. Postanowił w pełni poświęcić się grze, twierdząc, że ma jeszcze tylko około pięciu lat na zrobienie kariery. Z powodu skomplikowanego życia prywatnego jest w ojczyźnie niezbyt lubiany. Jakże inny od Federera – dźentelmena, wiecznie uśmiechniętego, sympatycznego, grzecznego, eleganckiego i bogatego. Każda matka chciałaby za niego wydać córkę. Nawet na korcie jest tak cudownie dystyngowany, subtelny, a przy tym wybitny. Gdyby tabloidy żyły z opisywania jego małżeństwa zMirką Vavrinec ze Słowacji, już dawno by, jeden po drugim splajtowały. Federer to szwajcarski skarb narodowy. A Wawrinka to zły człowiek, który rujnuje wszystko w swoim otoczeniu, a mimo to tenisistą i tak jest gorszym.

W Melbourne gra jednak jak natchniony. Z łatwością rozbił nieobliczalnego Francuza Gaela Monfilsa. Bez problemów poradził sobie z Andy’m Roddickiem. Jest, jak zwykle, solidny, ale tym razem dokłada do tego zagrania efektowne, z najwyższej półki. John McEnroe nie mylił się, mówiąc, że jego jednoręczny backhand jest najlepszy na świecie. W Australii ćwierćfinału nie osiągnął nigdy wcześniej. Jedyny raz w Wielkim Szlemie zrobił to w US Open.

O półfinał zagra ze swoim przyjacielem Federerem. To pierwszy szwajcarski pojedynek, na tak wysokim szczeblu, w historii. Może być pewny, że cały kraj będzie przeciwko niemu. Ale i tak nie robi mu to wielkiej różnicy, bo jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi pokazuje już od dawna.

Na górze Roger na dole Stan


pubsport.pl
Michał Trela

Kronika Beskidzka, Gazeta Wyborcza, SportSlaski.pl

http://trelik.blox.pl