Sukces, czyli porażka

Nasze uczucia po wtorkowym meczu z Niemcami są przeróżne. Jedni remis 2:2 traktują jak porażkę, inni uważają to za wielkie osiągnięcie. Świeżo po meczu media pisały: „brak słów”. Ja odpowiadałem im w następujący sposób: „słowa są, ale zbyt wulgarne, żeby je głośno wymawiać”.

Faktycznie, we wtorek w nocy nosiło mną. Doszedł do tego czynnik pozameczowy, który wywołał kilka godzin wcześniej u mnie dokładnie takie same uczucia, jak bramka Cacau ale tym się nie zajmujmy. Można oczywiście za ten pechowy remis winę zwalać na Wawrzyniaka, że się poślizgnął, na Głowackiego, że wyleciał z boiska, na Dudkę za podania do rywali, czy do Peszki za marnowanie sytuacji, ale przecież zremisowaliśmy z Niemcami! Tymi Niemcami!

Potrzebowałem ochłonąć po ostatnim gwizdku Daniele Orsato i spojrzeć na ten mecz jeszcze raz. Prawdę mówiąc, narobiliśmy sobie apetytów tym, że dwa razy wychodziliśmy na prowadzenie. Aj, serduszko biło mi mocno w tym czasie! Lecz przyznać trzeba otwarcie i szczerze: wynik remisowy jest sprawiedliwy. W przekroju całych dziewięćdziesięciu kilku minut mieliśmy momenty lepsze i słabsze, ale podobnie było z naszymi przeciwnikami.

Udało się strzelić pierwszą od 31 lat bramkę niemieckiej reprezentacji. Ba, nawet dwie! Polscy piłkarze dokonali rzeczy historycznej, choć zabrakło paru sekund do zapisu naprawdę wielkimi literami do kart historii. Taką dumę psuć może jedynie fakt, iż mecz na PGE Arenie był… towarzyski. To nieco umniejsza zasługi, ale przecież wielokrotnie powtarzamy, że nie takim pokoleniom piłkarzy się nie udawało!

Po meczu słyszałem wiele opinii w telewizji, jak to reprezentacja zagrała fantastycznie, że w końcu pokazaliśmy się z lepszej strony i że jest już całkiem nieźle z naszą kadrą. A przepraszam bardzo, jak mówiło się o Biało-Czerwonych kilka dni wcześniej, po meczu z Meksykiem? Ja nie chcę tak przesadzać z wychwalaniem Polaków, bo jest zdecydowanie za szybko na takie posunięcia. Lecz przyznać można jedno – jesteśmy do przodu w porównaniu do tego, co było kilkanaście miesięcy temu, czy nawet na początku tego roku.

Tym razem odbył się taki prawdziwy sprawdzian przed ME. Była presja, oczekiwania, oglądalność, śliczny stadion, trudny rywal… słowem dokładny przedsmak wydarzeń, które nadejdą w czerwcu i lipcu 2012 roku. Nasi zawodnicy potrafili udźwignąć ten ciężar i rozegrać przyzwoite zawody. To już dobrze o nich świadczy.

O pierwszej połowie wyrobiłem sobie następujące zdanie: „Gdyby nie Wojtek Szczęsny, to już byśmy byli ze trzy bramki w plecy. Ale z drugiej strony, gdyby nie Sławek Peszko, to pewnie nawet po pierwszej połowie prowadzilibyśmy z Niemcami może nawet więcej niż jedną bramką!”. Przed drugą połówką już nie pamiętałem żadnego 2:8 z MU w wykonaniu bramkarza Arsenalu. Liczyło się to, że zatrzymał Niemców! To fantastyczna postać. Broni fenomenalnie, a później opowiada dziennikarzom, że to rywale w niego strzelali. Uwielbiam go!

Jeśli już dochodzi do tego, że nie możemy pograć sobie piłką, spędzamy przy niej mniej niż 40% czasu gry, to powinniśmy perfekcyjnie wyprowadzać i wykańczać kontrataki. Z tym pierwszym jest całkiem nieźle, lecz z tym drugim znacznie gorzej. Franek Smuda musi więc bardzo popracować nad skutecznością kontr. Według mnie, przydałby się naszej kadrze drugi napastnik. Lewandowski parokrotnie zszedł na skrzydło i nawet zagrywał w szesnastkę, tylko nie było komu zamnkąć. Gdyby tak był tam Paweł Brożek, albo zdrowy Irek Jeleń…

W pewnej chwili drugich 45 minut wydawało mi się, że mam deja vu. Przypomniało mi się spotkanie z Mundialu w 2006 roku. To uczucie z czasem się pogłębiało. Zaczęliśmy myśleć o sukcesie, potem czerwona kartka, cel był już bardzo bardzo blisko, aż tu dośrodkowanie z prawej strony w ostatnich sekundach wpada do naszej bramki. Choć we wtorkowym przypadku nie straciliśmy szans na żaden awans, a przede wszystkim nie przegraliśmy, lecz możemy się czuć jak pokonani.

Podopieczni Joachima Loewa także nie zagrali jakichś pięknych zawodów. W końcówce pierwszej połowy obrońcy popełniali błędy na poziomie… Polski. Długo mieli piłkę, ale nie szturmowali na bramkę Szczęsnego. Dopiero po straconym golu do ich głów poszedł sygnał, że nie wolno pozwolić sobie na kompromitację (czyt. pierwszą porażkę z Polską) i coś się ruszyło, zaczęło im zależeć. Tak więc o zlekceważeniu totalnym nie ma mowy.

Reprezentacja Polski pozostawiła całkiem niezłe wrażenie w najważniejszym sprawdzianie tego roku. Będzie jeszcze drugi w tej hierarchii – przeciwko Włochom, ale zanim to nastąpi, to potrzebujemy rywala na 11 października. W piątek, 7 X rozegramy mecz towarzyski z Koreą Płd na wyjeździe. Wiąże się to ze zmianą czasu i klimatu, co może wpłynąć negatywnie na zdrowie naszych graczy. Jeszcze gorsze jest to, że nie wiemy, kto będzie naszym przeciwnikiem cztery dni później i gdzie będzie trzeba się przemieścić. Znów PZPN zaniedbał tę kwestię i pewnie przyjdzie nam grać z jakimś zespołem gorszym nawet od nas w rankingu FIFA…

I na koniec słynna przestroga, która znów się sprawdziła: „Mecz z Niemcami kończy się dopiero wtedy, kiedy po ostatnim gwizdku wszyscy wsiądą do autokaru”. Zapamiętajmy to WSZYSCY.


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki

Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż.
Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta… Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał!
Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem – komentatorem sportowym.
Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach – na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam „za kulisami”.

http://sedzik.blox.pl