System na dziesięć

Polska chyba już jest skazana na dziesiątkę. Z Aten i Pekinu wracaliśmy z 10 medalami, z Londynu również, tylko tym razem przeważa brąz. A szans na poprawę ani widu, ani słychu.

Pod względem jakości to były dla nas najgorsze igrzyska od 56 lat, gdy w Melbourne zdobyliśmy tylko jeden złoty medal. Jeśli ktoś liczył na cuda i dał się wciągnąć w rozdmuchany do granic możliwości balon, że tych medali może być 15, a może i 18 albo 19, to czuje teraz zapewne ogromne rozczarowanie. Narzekania podczas tych igrzysk było co nie miara, pod tym względem jesteśmy bezapelacyjnie mistrzami olimpijskimi, tyle że powodem do dumy to nie jest. Przepraszam bardzo, że się powtarzam…

Jeśli jednak ktoś nastawił się na co najwyżej powtórkę z Aten i Pekinu to przeżył te igrzyska normalnie, bez bólu, emocjonując się wspaniałą sportową rywalizacją na różnych arenach, w której w większości nasi nie zaistnieli. I ja właśnie do tej grupy się zaliczam. Nie mam potężnego bólu głowy po zakończeniu igrzysk, nie wpadłem w depresję (smutno jest mi tylko, że te igrzyska już się skończyły, ale wszystko co dobre szybko się kończy), bo doskonale wiedziałem, że te medalowe wyliczenia są nic nie warte i liczenie na cuda w sporcie daje podobne efekty, jak liczenie baranów przez osoby cierpiące na bezsenność. Nie jesteśmy potęgą i długo nią nie będziemy. Nie chcę się mądrzyć, że mam złoty środek na naprawę polskiego sportu (jedno co nam trzeba to długofalowej strategii, czyli zarazem cierpliwości, a nie systemu czteroletniego przetrwania, ale taki powinni wypracować prawdziwi fachowcy, a nie politycy udający, że mają jakieś pojęcie o tej dziedzinie), ale wiem jedno – sposób funkcjonowania związków sportowych pozostawia bardzo dużo do życzenia (delikatnie mówiąc).

Tak naprawdę rozczarowany byłem tylko cztery razy – gdy nasza kobieca czwórka w kajakarstwie nie zdobyła medalu, gdy klęskę ponieśli Piotr Siemionowski i Marcin Dołęga oraz występem naszych siatkarzy, który był jednym wielkim rozczarowaniem. Szermierka? Od lat dużo gadania, mało efektów, nie mówiąc o związkowym bałaganie (choć dopiero teraz od wielu lat polscy szermierze wracają bez medalu – kiedyś do tego dojść musiało). Kajakarstwo górskie? Mówienie o rozczarowaniu w przypadku dyscypliny, w której nasi niemal w komplecie awansowali do finału i otarli się o medal jest dla mnie totalnym nieporozumieniem. Kajakarstwo i wioślarstwo? Trąbi się od lat, że to mają być nasze najbardziej medalodajne dyscypliny (obok lekkoatletyki). Cieszmy się raczej, że w tych dyscyplinach od Sydney zawsze jakieś medale nasi z wody wyławiają ratując honor polskiego sportu. Podobnie można powiedzieć o lekkoatletyce. Polska królowa sportu od lat jest raczej kopciuszkiem, którego książę z zagubionym pantofelkiem odnaleźć nie potrafi. Czegoś się poszukuje i efekty jak na polski sport są dobre, ale zdobywać olimpijskich medali garściami jeszcze długo nie będziemy. Sydney był wypadkiem przy pracy, po którym naiwnie uwierzyliśmy, że jesteśmy lekkoatletyczną potęgą. Nie jesteśmy i nie będziemy ani w lekkoatletyce ani w żadnej innej dziedzinie sportu dopóki nie rozpocznie się gruntowna przebudowa polskiego sportu. Może oddanie polskiego sportu we władanie prywatnych przedsiębiorstw? Bo przecież związki sportowe liczą wyłącznie na pieniądze z ministerstwa i nawet nie próbują szukać środków własnymi ścieżkami (z nielicznymi wyjątkami). Więc jaki jest cel ich działania? Skoro jesteśmy krajem niebogatym to może skoncentrować środki na kilka wybranych dyscyplin, w których mamy potencjalnie największe szanse na medale? Tylko jak te dyscypliny wyodrębnić, na podstawie jakich kryteriów? Nie ma idealnego rozwiązania, ale na pewno nie może być tak jak teraz, bo za cztery lata możemy nie uciułać nawet 10 medali, bowiem jeszcze nikomu nie udało się stworzyć medalodajnego systemu czteroletniego.

Czy w ogóle w polskim sporcie można mówić o jakiejkolwiek ciągłości szkolenia? Oczywiście, że nie. Przetrwać cztery lata, liczyć że komuś przy sprzyjających zbiegach okoliczności medal zdobyć się uda i potem otrzymać większe pieniądze z budżetu, które gwarantują spokojny byt na kolejne cztery lata. A jak nie to klepiemy biedę przez kolejne cztery lata i liczymy na cud. System szkolenia od krasnala leży i kwiczy. Dzieciaki do sportu się nie garną, bo nie ma kto ich zachęcić (czytaj brak warunków do uprawiania sportu, lekcje WF-u w polskich szkołach to jakaś abstrakcja). Więc o czym my w ogóle gadamy, nie ma rywalizacji sportowej od dziecka, nie ma wyrobionej mentalności zwycięzcy, więc później mamy 10 olimpijskich medali, bo trafiają się takie wybryki natury (bez urazy dla naszych medalistów), którzy zupełnie nieoczekiwanie podchodzą do życiowego startu spokojnie, nie pękają i spotyka ich za to nagroda. Większość tak wielkiej imprezy, jak igrzyska, która rządzi się zupełnie innymi prawami (banał, ale taka jest oczywista prawda), nie wytrzymuje psychicznie. Mnie to absolutnie nie dziwi. Niektórzy przywołują przykład Amerykanów – ci to mają mentalność zwycięzców. A jak mają nie mieć, jak od najmłodszych lat, gdy poprzez rywalizację we wszelkich dziedzinach sportu, kształtuje się u nich determinację, upór, silną wolę i wyrabia się u nich przekonanie, że za kilkanaście lat to oni będą gwiazdami igrzysk. Dziesięć medali, przy tym naszym systemie (systemie przetrwania – kuriozalnie brzmi, gdy idzie na to ładnych parę milionów, ale tak właśnie jest, bo te pieniądze są wykorzystywane efektownie, a nie efektywnie), który ciągle tylko raczkuje i próbuje się go jedynie delikatnie modyfikować, to wszystko na co nas stać i nikt nie powinien czuć się rozczarowany.

Kilkanaście lat! Czy to jest zrozumiałe? Nie żaden system czteroletni, czy co gorsza 2,5 letni (elitarny Klub Londyn 2012) tylko kilkunastoletni oparty na przygotowywaniu do współzawodnictwa w duchu twardej, ale czystej walki od lat wczesnoszkolnych. Spójrzmy na Brytyjczyków, którzy z Atlanty wracali z 15 medalami (nasi sportowcy zdobyli ich tam 17!) i potrafili wyciągnąć wnioski. Teraz są niemal na szczycie, Londyn zamknęli jako trzecia sportowa potęga świata. Można, ale trzeba działać, a nie gadać. A jak będzie u nas? Działacze, czy raczej nic nie robiący z Ministerstwa Sportu zaczną oceniać i szukać złotych środków (nie wiedząc, że w prostocie tkwi siła), ale żadne konkrety z tego nie wynikną i znowu wszystko będzie przebiegało normalnym, polskim czteroletnim rytmem, podczas gdy już teraz powinien zostać stworzony system: od krasnala, przez sport akademicki po sport olimpijski, który ma dać wymierne efekty za 12-16 lat (tylko, że my lubimy trwać w nicości i nikt nie zdecyduje się na tak długofalowy plan). Jestem przekonany, że Brytyjczycy, nie mówiąc o Amerykankach czy Chińczykach już wdrożyli strategię na igrzyska 2024 czy 2028 roku. A my za cztery lata w Rio znowu obudzimy się z ręką w nocniku pytając samych siebie: co z tym polskim sportem? To samo co i z Polską – na wszelkich płaszczyznach mnożą się biurokratyczne przeszkody, przez które tylko najdzielniejsi są w stanie przebrnąć. Tak samo jest ze sportem, który w Polsce wymaga szczególnych wyrzeczeń i wytrwałości. Uprawiać wyczynowy sport w kraju, w którym trzeba się użerać z nieudolnymi, trawionymi nepotyzmem związkami sportowymi samo w sobie jest bohaterstwem.


pubsport.pl
Łukasz Iwanek

Lubartów, w 2009 roku ukończył studia na kierunku Ekonomia. Od 2009 roku pracuje w portalu SportoweFakty.pl, najczęściej cytowanym serwisie internetowym. Pisze tam o tenisie, ale interesuje się też piłką nożną i wieloma innymi dyscyplinami, jak lekkoatletyka, siatkówka, pływanie czy sporty zimowe. Od 2007 roku prowadzi bloga Sportowa Publicystyka.

http://sportowapublicystyka.blox.pl