Szanse hiszpańskich klubów – raczej tylko teoretyczne

O tym, co stało się w miniony wtorek i środę, chyba nie trzeba nikogo informować. Jednakże czy należy już definitywnie skreślać Real i Barcelonę, jednocześnie ogłaszając niemiecki finał na Wembley?

We wtorek na Santiago Bernabeu Królewscy zmierzą się z Borussią Dortmund. Albo, jak już niektórzy zakładają, z samym Robertem Lewandowskim. Przed tym spotkaniem powstaje wiele pytań i nie wszystkie są związane stricte z wydarzeniami boiskowymi (tak, piję do transferów). Oczywiście, że tego nie da się uniknąć, ale ja jeszcze wstrzymałbym się z prorokowaniem.

Do tej pory do wyczynów Lewego podchodziłem jeszcze z lekkim dystansem. Wciąż mam do niego żal o bardzo niewielką ilość bramek dla reprezentacji Polski, ale na jakiś czas o tym zapomniałem. Prawdopodobnie w środę rozegrał mecz życia, choć sam stwierdził w którymś z wywiadów, że tak jednak nie jest. Zobaczmy jednak na czyste fakty:

Nigdy chyba nie byłem tak dumny z wyczynów Polaka grającego w zagranicznym klubie. Chociaż coś mi świta, że w ciągu swojej publicystycznej „kariery” pisalem już podobne słowa, bodajże nawet o Robercie, ale cokolwiek to było, nie umywa się do nieklasycznego i klasycznego hat-tricka podczas jednego spotkania.

Podopieczni Jose Mourinho wyglądali na nieźle oszołomionych w pierwszym meczu. Udało im się przetrwać pierwszą połowę, ale w drugiej byli bezradni wobec nakręconych dortmundczyków. Cristiano Ronaldo po strzelonej bramce, podobnie jak jego koledzy, jakby zniknął, schował się.

Tak naprawdę ciężko jest stwierdzić, czy to BVB zagrało tak dobrze, czy Real tak słabo. Myślę, że w podjęciu decyzji pomoże nam rewanż na Santiago Bernabeu. Ekipa z La Liga by awansować, musi wygrać 3:0 lub wyżej. Sądzę, iż jest to możliwe, pod warunkiem, że przejmą inicjatywę od początku meczu i strzelą przynajmniej jednego gola w pierwszej połowie. Jose Mourinho może jeszcze posiadać jakiegoś asa w rękawie, tym bardziej, że sam dawał do zrozumienia już na początku sezonu, iż Liga Mistrzów jest najważniejsza.

Według mnie, powyższe rozwiązanie ma znacznie większe szanse powodzenia, niż manita w środę na Camp Nou. Nawet przed meczem podkreślałem, że w moim odczuciu to Bayern wygra w tym roku Champions League. Lecz takiego pogromu kompletnie się nie spodziewałem.  Śmiem twierdzić, że był to najgorszy mecz Barcelony w tym sezonie, albo inaczej: najlepiej zostały uwypuklone jej słabości – brak planu B wyłączającego z gry Leo Messiego, brak rasowego napastnika, strzelca wyborowego oraz ubytki w obronie, szczególnie na jej środku.

Świat znalazł sposób na tiki-takę. Za ojca sukcesu będziemy pewnie uznawać The Special One, bo to on w pamiętnych bojach półfinałowych Ligi Mistrzów 2010/11 utworzył brzydki i brutalny, aczkolwiek skuteczny zalążek „anty tiki-taki”, którym oburzył świat futbolu. A zaczęło się przecież od ostrego lania pewnego listopadowego wieczoru… Już to podkreślałem, ale chyba wypada jeszcze raz: tamto 0:5 nabiera teraz zupełnie nowego znaczenia.

Barca w środę miała minimalną tylko przewagę w posiadaniu piłki, ale kompletnie nic z tego nie wynikało, bo podopieczni Tito Vilanovy nie mogli zbliżyć się nawet na 20-25 metrów do bramki Manuela Neuera. Nawet te słynne „bateryjki”, tj. Iniesta i Xavi, nie mogli nic na to poradzić. Bawarczycy uzyskiwali przewagę nawet w środku pola!

Do bólu wykorzystywali także swój atut wzrostu. Wiedzieli, że sam Pique nie da rady wygrać wszystkich pojedynków główkowych dla Dumy Katalonii. Niedowiarkom polecam analizę pierwszej bramki Muellera, żeby było wiadomo, o co chodzi. Jeśli już jesteśmy przy bramkach, to tutaj również powinna się znaleźć krytyka dla Arjena Robbena za tradycyjną samolubność, ale… on po indywidualnej, wręcz upokarzającej dla defensorów Blaugrany akcji zdobył czwartą bramkę…

Wyraźnie widać, że nie sprawdza się na pozycji stopera Marc Bartra. Prawdopodobnie lepiej zagrałby kontuzjowany Carles Puyol. A przede wszystkim, kapitan Barcy wykorzystałby pewnie sytuację na kwadrans przed końcowym gwizdkiem i pewnie wynik wyglądałby nieco bardziej „odrabialny”. A tak… naprawdę ciężko jest mi znaleźć jakiekolwiek światełka w tunelu dla piłkarzy Barcelony. To było gorsze nawet od lutowej porażki z Milanem na San Siro. Nawet jeśli ponoć 3 z 4 goli nie powinny zostać uznane, to i tak goście zasłużyli na to, by je stracić.

Jednkaże awans to jedno, a wygranie meczu, drugie. Byłbym skłonny postawić niewielkie pieniadze na to, iż hiszpańskie kluby wygrają mecze rewanżowe, ale to może nie wystarczyć na wejście do finału. Krótko mówiąc: Królewskim jeszcze jakieś szanse daję, zaś w pięciobramkowy triumf katalończyków – niezbyt. Nie z taką grą i nie z takim Bayernem.

I na koniec takie „coś” od Krzysztofa Stanowskiego. Ni to fajne, ni głupie, ale – cholera – prawdziwe:


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl