Szkoda Benfiki. Bardzo chciała a nie mogła

Choć już czuć klimaty świąteczne, chciałbym powrócić do wydarzeń ze środowego wieczoru. Na Stamford Bridge Chelsea pokonała Benfikę 2:1 i awansowała do półfinału Ligi Mistrzów. Przyglądałem się temu spotkaniu szczególnie, gdyż Benficę darzę szczególną sympatią, a prowadziłem przy okazji z tego spotkania relację na żywo.

Lizbończycy od 8 sezonów nieprzerwanie występują w europejskich pucharach. Ponadto, odkąd powstała Liga Europy, zachodzą w nich coraz dalej (09/10 – 1/4 LE; 10/11 – 1/2 LE; 11/12 – 1/4 LM). Zgodnie z tą regułą, za rok dojdą do półfinału Champions League. Nie miałbym nic przeciwko temu, ale czemu nie udało się wejść do najlepszej czwórki już w tym roku?

Na pewno Orłom z Lizbony nie zabrakło ambicji. Pokazywali ją przez cały ten dwumecz. Brak awansu bierze się chyba z błahej przyczyny – strzałów w bramkarza zamiast do bramki. Na pewno na brak sytuacji swoich podopiecznych nie może narzekać trener Jorge Jesus, ale na ich wykończenie – już tak. Tych uderzeń mieli w sumie ponad 40 przez oba mecze 1/4, a tylko jeden z nich wpadł do siatki Petra Cecha.

Z drugiej jednak strony, The Blues zdobyli u siebie dwa gole dzięki temu, że Benfica bardzo ułatwiła im to zadanie – jedno trafienie to rzut karny, a drugie to kontratak, bo lizbończycy podjęli już niemal pełne ryzyko w końcówce rewanżu. Ponadto, od 40. minuty rewanżu grali w dziesięciu po czerwonej kartce dla Javi Garcii.

Najczęściej zagrożenie dla przeciwników stwarzali Óscar Cardozo, Pablo Aimar i Bruno Cesar. Dużo próbowali z dystansu, zwłaszcza ten ostatni. Ponadto, dobre zmiany zaliczyli na Stamford Bridge Yannick Djaló i Nelson Oliveira. Chyba w Lizbonie krystalizują się kolejne talenty… O obronie już wspominałem, nie było źle, choć Artur mógł wyciągać piłkę z siatki więcej razy. Ale przeciwnicy też parokrotnie sie mylili.

Jeśli chodzi o londyńczyków, to wciąż najwięcej mówi się o Fernando Torresie. W jego statystykach napisane jest, że w sezonie 2011/2012 trafił do siatki rywali we wszystkich rozgrywkach jedynie siedmiokrotnie. Jednak obserwując go przez ten ćwierćfinał, doszedłem do wniosku, że znalazł dla siebie nowe miejsce – skrzydło. Przynajmniej będzie miał mniejsze wymagania co do strzelonych goli. Pytanie tylko, czy dzięki tej „metamorfozie” załapie się do kadry narodowej na Euro 2012.

Mniej więcej na dwadzieścia minut przed końcem gospodarze rozpoczęli grę na czas.  No cóż, w sumie kto by tego nie robił – dwie bramki (w dwumeczu) i jeden zawodnik przewagi… Jednak końcowe 10 minut zdominowali goście. Za to właśnie ich lubię – wiedzieli, że nie mają nic do stracenia, więc do ataku przystąpiła cała dziewiątka grająca w polu. Jeden gol wpadł, były też okazje na drugiego, a wtedy Di Matteo i jego piłkarze nie mogliby sobie tego podarować.

Śmiem twierdzić, że gol dla Benfiki padł za późno. Goście byli o krok od triumfu, ale akcja z 92. minuty wszystko „załatwiła”.

Dobry mecz w końcówce, szkoda, że dopiero w ostatnich 10 minutach zrobiły się takie emocje.

Brawa dla lizbończyków za walkę w dziesiątkę i dla londyńczyków, naturalnie za wygraną i awans.

To moje słowa ze środowej tekstówki. I te brawa należą się The Blues, ale raczej za samo zwycięstwo i wejście do półfinału. Fakt, że są skuteczniejsi niż ostatnio z Andre Villasem-Boasem (weszli do najlepszej czwórki, choć byli w bardzo trudnej sytuacji przed rewanżem w 1/8), ale to jeszcze nie jest ta gra, jakiej oczekują kibice. Trener Jesus powiedział po meczu, że jego drużyna była w tym ćwierćfinale lepsza od Chelsea i mogła awansować dalej. Jedno jest pewne – na Barcelonę taka dyspozycja podopiecznych Di Matteo nie wystarczy.

Cieszę się, że w końcu Europa zaczyna chwalić i szanować drużynę Benfiki. Jest to zespół, który gra naprawdę efektownie. Z efektywnością jeszcze nie jest tak dobrze, lecz mam nadzieję, iż to kwestia czasu. Bardzo bym chciał, żeby przez najbliższe lata Orły z Lizbony prezentowały się co najmniej tak dobrze, jak przez ostatnie trzy. Prawdopodobnie w przyszłym sezonie znów zagrają w Lidze Mistrzów, ale jeszcze w tym roku mają szansę na Mistrzostwo Portugalii. Tracą jedynie jedno oczko do prowadzącego Porto, a zostało jeszcze pięć kolejek do końca. W lany poniedziałek czekają ich derby ze Sportingiem.

Na pół poważnie zaczynam się denerwować, że The Blues wyeliminują trzecią i ostatnią drużynę, której mocno kibicuję w Lidze Mistrzów. Chodzi oczywiście o Barcelonę. Wcześniej w starciu z ekipą z Londynu legło Napoli, które zyskało u mnie znaczną aprobatę po występach w Champions League 2011/2012. Jest na szczęście promyk nadziei, bo neapolitańczycy i lizbończycy odpadali po rewanżach rozgrywanych na Stamford Bridge, a w półfinale odbędzie się tam pierwszy mecz.

Życzyłbym sobie jedynie tego, ażeby rywalizacja o finał była całkowicie fair. Nie chcę kontrowersji, jak przed trzema laty. Niech boisko – wyłącznie ono – zweryfikuje, kto jest lepszy i kto pojedzie do Monachium.


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl