Sztuką jest wygrać będąc w kiepskiej formie ze słabszym zespołem

Tytuł tego wpisu odnosi się do piątkowego i sobotniego meczu naszych siatkarzy z Portoryko. Zwłaszcza w piątek, droga do zwycięstwa Polaków była bardzo długa, kręta i wyboista.

Pierwszy mecz w Orlen Arenie w Płocku wygraliśmy dzięki świetnej postawie Bartosza Kurka, dobrej Zbigniewa Bartmana i dzięki… błędom rywali. Przyszedł moment, że Łukasz Żygadło rozgrywał piłkę tylko i wyłącznie Bartkowi, bo tylko on potrafił skończyć atak… Prawdę mówiąc, gdyby nie nasi skrzydłowi, to prawdopodobnie poleglibyśmy w tym spotkaniu. Pierwsze dwa sety były wyrównane, ale nie ze względu na poziom gry drużyn, a właśnie przez błędy przy serwisie, piłki atakowane w aut itp.

Nie błyszczał Michał Kubiak, to nie był jego dzień. Wszedł za niego Ruciak i… nic to nie zmieniło… Środkowi zaprezentowali się nieźle, ale gdy zablokował się Nowakowski, musiał go zastąpić Kosok. Grzegorz wypadł w miarę dobrze, choć na pewno mógł lepiej.

Jednakże znowu kłuły w oczy nasze błędy własne. Raczej nie lubię Tomasza Wójtowicza jako komentatora (zdecydowanie powinien być tylko i wyłącznie ekspertem w studiu), ale jedną uwagę miał bardzo słuszną i to zapamiętałem: „Bardzo martwi statystyka błędów popełnianych przez nasz zespół. Jeszcze bardziej martwi to, że dzieje się to w końcówkach setów”. Z tym stwierdzeniem się zgadzam. Gdybyśmy zachowali więcej zimnej krwi, to mielibyśmy seta mniej w piątek.

Co jak co, ale mimo wszystko, należy pochwalić Portorykańczyków za występ w pierwszym meczu. Przede wszystkim Juana Figueroę, drugiego najskuteczniejszego gracza w drużynie gości.  Pierwszym był rzecz jasna Hector Soto, ale on przyzwyczaił nas do tego, że zawsze jest jedną z najlepszych postaci w swojej reprezentacji. Od czasu do czasu niezłymi atakami popisywał się też Jose Rivera.

Ogólnie rzecz biorąc, mecz inaugurujący rywalizację w Płocku był dość wyrównany, ale nie stał na dobrym poziomie. Gdyby drużynie zza Oceanu starczyło więcej sił, niż na trzy sety, kto wie, jak potoczyłoby się to dalej. Jednakże najważniejszy jest fakt, że wygraliśmy i nie straciliśmy punktów w tabeli.

Następnego dnia błędów popełnialiśmy mniej (rywale za to więcej), a punkty zdobywaliśmy z znacznie bardziej różnorodny sposób. Wstrzelił się Piotrek Nowakowski, a z kolei do zmiany nadawał się Marcin Możdżonek. Trener Anastasi, nawet w trzecim secie, nie zdecydował się jednak na wprowadzenie do gry Grzegorza Kosoka.

Przyjęcie funkcjonowało fantastycznie. Krzysztof Ignaczak znów potwierdził, że jest jednym z najlepszych libero na świecie. Pomagali mu też Kubiak na zmianę z Ruciakiem. Ten drugi także dołożył kilka punktów po atakach.

Nie dość, że świetnie przyjmowaliśmy, to jeszcze równie dobrze serwowaliśmy. Kolejny raz Polacy, z Bartkiem Kurkiem na czele, bombardowali przeciwników. Albo nie, nie bombardowali. Przecież były też i takie piłki, które leciały tak szybko, że nie zdążyły nikogo trafić…

Cieszyć może postawa naszych „rezerwowych”. Celowo użyłem cudzysłowia, ponieważ według mnie, tacy gracze, jak Kuba Jarosz, czy Michał Ruciak mają odpowiednie umiejętności, aby grać w pierwszym składzie. Po prostu nasz selekcjoner stawia na innych. Trzeba to uszanować. Ale to bardzo radosna nowina, że mamy dobrych zmienników, czyż nie?

Dużą stratą dla Portoryko była nieobecność w drugim meczu Figueroi, który podobno coś sobie zrobił z kolanem. Grał za niego Sequiel Sanchez, ale nie zaprezentował się na poziomie swojego kontuzjowanego kolegi. No niestety, sam Soto nie wystarczy. Choć mi podobała się gra środkowego – Roberto Muniza. Momentami posyłał takie gwoździe, że polscy zawodnicy mogli tylko odprowadzić piłkę wzrokiem…

Byłoby wielką niespodzianką, gdybyśmy nie uzupełnili swojego dorobku punktowego o 6 punktów po weekendzie w Płocku. Na szczęście cel udało się zrealizować i teraz walczymy z USA o 2. miejsce w grupie. Już w środę i czwartek w Spodku gramy z Brazylią. Bardzo gorąco liczę, że to będzie wielki rewanż za starcia w Rio. Naszych graczy stać na pokonanie Canarinhos (sztuka ta nie udała się w meczu o punkty od 10 lat!)! Tym bardziej, że będziemy mieć fantastyczny doping najlepszych kibiców na świecie. To będzie wielka wojna – nasz prawdziwy kocioł czarownic! Już czuję te ciarki na moich plecach podczas Mazurka Dąbrowskiego śpiewanego a cappella przez ponad 11000 ludzi w hali. Biało-czerwoni zapowiadają, że Spodek znów odleci. Trzymam ich za słowo!

PS. A wiecie, że jeśli pokonamy dwa razy Brazylię (byle nie po pięciu setach), a Amerykanie wygrają dwa razy za trzy punkty z Portoryko, to podopieczni Bernardo Rezende nie znajdą się w final eight LŚ?! 🙂


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl