Tak blisko…

Nie było mi dane obejrzeć wczorajszego spotkania Agi Radwańskiej z Wierą Zwonariową na żywo. Wiedząc jednak co tam się działo, oglądając powtórki i przypominając sobie co się działo we wtorek spodziewałem się dziś ogromnych emocji i wspaniałego pojedynku. Właściwie to obu tych rzeczy się doczekałem. Ale chyba nie tak miał wyglądać ten mecz.

Cofnijmy się teraz o kilka godzin. Prasa internetowa wciąż huczy na temat zwycięstwa ze Zwonariową, wszyscy wychwalają wielką wolę walki Radwańskiej, cytują słowa Tomasza Wiktorowskiego o cudzie. Jednocześnie pojawiają się hasła: Isia o krok o półfinału. Nie ukrywam że i ja byłem niemal przekonany że to po prostu musi się stać. Za długo czekamy na wielki sukces w tenisie, w za dobrej formie jest nasza rodaczka. Wszystko układało się w piękną całość. I ten błogostan trwał jeszcze kilkadziesiąt minut od rozpoczęcia spotkania. Było tak jak miało być, tak jak to sobie napisaliśmy wcześniej w scenariuszu. Już się witaliśmy z gąską. Ciężko było uwierzyć, że po tak wspaniale walcząc, z taką ambicją jaką Radwańska pokazała w dwu poprzednich spotkaniach nie uda się wygrać seta przy prowadzeniu 5:1 i własnym serwisie przed sobą. A jednak.

Ale czy można po dzisiejszym meczu naszej zawodniczce odmówić waleczności? Ambicji? Woli walki? Jakkolwiek ważne są to cechy dla sportsmenki – na przeciwko stała lepsza zawodniczka. Pokłony od wtorku bijemy Radwańskiej, ale o Kvitovej złego słowa też mówić nie należy. Choć można, że mało finezyjna, bez polotu, nie każdemu mogą się podobać dzikie okrzyki na korcie (tym bardziej te wydawane nie po własnych dobrych piłkach, a błędach rywalki, przy czym nie tych kończących jakieś niesamowite wymiany). Coby jednak nie pisać – Czeszka od tegoż stanu 5:1 zagrała kilkadziesiąt minut świetnego tenisa. Albo inaczej – skutecznego tenisa.

Drugi set też miał swoją historię. W pierwszych sześciu gemach panie dały sobie po przełamaniu, a potem nadszedł gem numer 7. Serwowała Kvitova. I im dłużej ów gem on trwał (a trwał niemal kwadrans) tym bardziej wydawało się, że musi on zakończyć się sukcesem Polki. Mając w pamięci ostatnie wyczyny Isi nie było innego wyjścia. To musiał być Ten Moment. O tym gemie miała już jutro rozpływać się prasa. Ale Czeszka była lepsza. Choć momentami załamywała się jak poprzednie rywalki Radwańskiej gdy ta broniła więcej niż się da, to jednak za chwilę potrafiła uderzyć w swoim stylu. Czyli mocno. A jak piłka do niej wróciła to jeszcze mocniej. Aż w końcu Czeszce się udało, po czym Radwańska już nic właściwie nie zrobiła szybko kończąc spotkanie oddając po drodze własny serwis. Już nie było siły.

Na pewno tegoroczny Masters w Stambule ma szanse na trochę dłużej zakotwiczyć się w naszej pamięci. Ale wspomnijmy całe ostatnie tygodnie – Tokio, Pekin. Już wówczas mogło wydawać się, że siły się skończyły. A tu starczyło jeszcze na dwa przeszło dwugodzinne pojedynki, i niemal cały kolejny.

Tak więc, mimo że wynik jest kompletnie inny niż taki jakiego spodziewaliśmy się kilka godzin temu,: dziękujemy!

No i nie byłbym sobą gdybym nie zwrócił uwagi na to, że Polska wciąż nie ma w swoim dorobku medal olimpijskiego w tenisie ziemnym…


pubsport.pl
Paweł Kazimierczyk
Wrocławianin, student Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej. W styczniu 2010 rozpocząłem prowadzenie bloga olimpijsko.blox.pl. Grudzień tegoż roku przyniósł mi zaproszenie do PubSportu, kolejna zima zaowocowała z kolei przeniesieniem bloga do serwisu naTemat.pl, gdzie można mnie znaleźć pod adresem pawelkazimierczyk.natemat.pl. Pisuję o wielu dyscyplinach. Być może wygląda to tak, że myślę, że znam się na wszystkim, ale sądzę, że przeboleję taką opinię i będę robił swoje. Największe emocje wzbudzają we mnie zawody w których sportowcy występują pod barwami narodowymi, stąd też ogromna fascynacja imprezą jaką są Igrzyska Olimpijskie. Przy czym wobec tych wszystkich rozgrywek niemal zawsze w ślepej kibicowskiej naiwności wierzę w sukces tych pod biało-czerwonym sztandarem.
http://pawelkazimierczyk.natemat.pl