Tak się rodzą Mity, nie Legendy. Pamiętajmy o tym!

Każda kolejna wypowiedź Franciszka Smudy utwierdza mnie w przekonaniu, że gdyby nie Cacau, gdyby nie ta jego wyrównująca bramka na 2:2 mielibyśmy największy problem z reprezentacją piłkarską w historii. To co by się najprawdopodobniej wydarzyło, gdyby Wawrzyniak się nie poślizgnął, Mueller nie wstrzeliłby piłki w nasze pole karne, a wspomniany Cacau nie dostawiłby nogi i tym samym nie zdobył gola na wagę remisu, to wszystko doprowadziłoby do ogromnego nieszczęścia naszej kadry. Smuda pokonując Niemców na niespełna rok przed Euro by przecież zgłupiał już całkowicie. Po takim zwycięstwie woziłby się na nim do końca świata, o ile nie dłużej. To była naprawdę Opatrzność czuwająca nad Polakami.

Skąd ta moja pewność? Wystarczy zaledwie posłuchać naszego selekcjonera-megalomana, gdy go bierze na wspominki. Miazga, po prostu to co on chce wszystkim wmawiać za każdym razem, gdy mówi o Lechu Poznań lub o Wiśle Kraków to jest jakaś patologiczna, zaawansowana odmiana ciężkiej mitomanii.

Antoni Bugajski z „Przeglądu Sportowego” w krótkim wywiadzie przeprowadzonym ze Smudą na okoliczność „hitu ekstraklasy” zagadał go między innymi o dwa sezony jakie ten spędził w Wiśle. W pierwszym (1998/99) zdobył z krakowskim klubem tytuł mistrza Polski i to był jego ostatni, prawdziwy sukces zawodowy(!), bo przez 12. kolejnych lat „Franz” tak na dobrą sprawę to zdobył jedno, wielkie, gówno. Drugi raz prowadził „Białą Gwiazdę” w sezonie 2001/02, przegrał tytuł na rzecz Legii i to oznaczało tylko jedno – out. I tu już cytat z „PS”:

A. Bugajski: – Za drugim razem w Wiśle zastąpił pana Henryk Kasperczak, który z Wisłą w Europie trochę namieszał. 

F. Smuda: – Dlatego znowu się cieszyłem, że zostawiłem drużynę, która później urosła w siłę i sięgnęła po tytuł.

Dobre, naprawdę świetne! Teraz już jest jasne, że Heniek dostał maszynkę do zwyciężania, którą mu przygotował i przekazał „Franz”! Kasperczak po prostu nie miał innej opcji niż ogolić Shalke 04 i Parmę mając „zostawioną” taką drużynę.

No i trudno też jest zapomnieć o dwuletnim okresie spędzonym na Łazienkowskiej, kiedy to wspaniały „Franz” najpierw naściągał do Warszawy cały zaprzęg byłych Widzewiaków, którzy jak się okazało w większości nadawali się do poważnych leczeń, zabiegów i długich rehabilitacji, a następnie przez dwa sezony (1999/00 i 2000/01) nie wygrał dosłownie nic. Jak Smuda dziś wspomina tamte chwile? Oczywiście … sukces!:

A. Bugajski: – Pan na Legii połamał sobie kiedyś zęby, nie udało się pańskiej drużynie awansować do europejskich pucharów.

F. Smuda: – Pewnie, że oczekiwania były znacznie większe, ale mój trenerski pobyt w Legii nie był porażką. Wyczyściłem drużynę z piłkarzy, którzy psuli atmosferę i starali się trząść szatnią. Po rundzie jesiennej byliśmy na trzecim miejscu. W przerwie zimowej nie przegraliśmy żadnego sparingu.

(…)

A. Bugajski: – Po tej porażce w Lubinie (0:4 z Zagłębiem w PP – po tym meczu Smudę wypieprzyli z Legii) był pan tak zagotowany, że w czasie konferencji prasowej wyzywał jednego z warszawskich dziennikarzy na pojedynek.

F. Smuda: – Ech, było, minęło. Na porażki zawsze działałem impulsywnie, to i wtedy też. Nikogo nie miałem zamiaru bić, tak mi się wtedy tylko wyrwało. Opuściłem wtedy Legię, ale cieszyłem się, że mój następca Dragomir Okuka w oparciu o tę drużynę już w następnym sezonie zdobył mistrzostwo Polski.

Jakby to powiedział Roman „RoKo” Kołtoń: „kpi, czy o drogę pyta!?” 😉 Okuka raczej się pozbył „szrotu”, który naściągał do klubu Smuda mając wolną rękę w sprowadzaniu zawodników do klubu. Mistrzowski zespół Serb oparł chyba nie na Citce, Łapińskim czy Siadaczce, tylko na swoich rodakach: Svitlicy i Vukovicu. Trzeba mieć mega tupet, żeby nawet takie porażki zawodowe obracać w swoje sukcesy.

Do tego też trzeba dodać całą masę wypowiedzi Smudy na temat trzech lat spędzonych w Lechu, kiedy też miał stworzone warunki jak w bajce, a „majstra” i tak nie wygrał. Po nim Jackowi Zielińskiemu I wystarczył zaledwie rok, by dać wyczekiwany tytuł „Kolejarzowi”. A co Smuda dziś bredzi na ten temat? Nie chce mi się szukać jego rozmowy z Godlewskim w „PN”, w której  mówił o tym jak to „do dziś w Poznaniu ludzie na ulicy mu żyć nie dają, non stop zaczepiając, dziękując, czapkując itd. itp., bo ten Lech mistrzowski, to był jego zespół”. Tylko, że jakoś mu kur…a nie wychodził ten tytuł przez trzy lata!

Facet ma w CV trzy mistrzostwa Polski, z czego ostatnie wywalczył w sezonie 1998/99 z samograjem, jakim była wtedy Wisła Kraków. W XXI wieku nie osiągnął nic! O, sorry – raz w 2008/09 wygrał z Lechem Puchar Polski! – wow! TRZY tytuły, a stawia się wszędzie na szczycie myśli trenerskiej! Poucza wszystkich! Do trenerów z nie mniejszym dorobkiem od siebie, lecz o wiele młodszych, a więc i takich, którzy jeszcze mają wiele lat pracy przed sobą, odnosi się jak do małolatów. ON = MENTOR. Reprezentację, którą też prowadzi mając w dupie wszystko i wszystkich nazywa „swoją młodzieżówką”! Na siłę tworzy mit o jakiejś super młodej i super zdolnej ekipie, którą zmontował wbrew całemu światu, a prawda jest taka, że trzon tej kadry to piłkarze, którzy młodzieżowcami to byli jakieś 5-7 lat temu! Fabiański (26), Wawrzyniak (28), Piszczek (26), Perquis (27), Głowacki (32), Jodłowiec (26), Wojtkowiak (27), Dudka (27), Murawski (29), Obraniak (26), Błaszczykowski (25), Peszko (26), Brożek (28) – młodzieżówka!? Trzej piłkarze to są faktycznie jeszcze młodzi zawodnicy: Szczęsny (21), Matuszczyk (22) i R. Lewandowski (23). Trzech! Trzech z dwudziestu trzech, których w sumie trzeba będzie powołać. Mitoman …

Nie chcę żeby za 20 lat ludzie uważali tego trenera za geniusza, bo nim nie był, nie jest i nie będzie!
Mam tylko nadzieję, że jedno Smudy nie opuści na Euro – ten jego autentyczny fart, jaki do tej pory właśnie w takich najważniejszych meczach zawsze był z nim. Oby i tym razem.


pubsport.pl