Tenisowa uczto trwaj!

Za nami bardzo emocjonujące australijskie otwarcie sezonu. To był najlepszy styczeń w tenisie kobiecym od kilku lat.

Już w pierwszym tygodniu sezonu mieliśmy kilka emocjonujących meczów w Pucharze Hopmana z epickim bojem Agnieszki Radwańskiej z Alize Cornet na czele. Polka do spółki z Grzegorzem Panfilem dotarli do finału nieoficjalnych mistrzostw świata par mieszanych, dając nam mnóstwo powodów do radości racząc nas porcją dobrego tenisa już w pierwszych dniach sezonu. I nie ważne, że to towarzyski turniej, bo większość tenisistów pokazała, że gdy gra się jako narodowa drużyna nie ma czegoś takiego jak granie na pół gwizdka.

Kolejny epicki mecz w pierwszym tygodniu sezonu mieliśmy w finale turnieju w Auckland i nie ma w tym ani grama przesady, bo Ana Ivanović i Venus Williams rozegrały mecz-marzenie. Serbka później potwierdziła świetną dyspozycję i dotarła do ćwierćfinału Australian Open, eliminując po drodze Serenę Williams. Venus za to w Melbourne odparła już w I rundzie po porażce z Jekateriną Makarową. Nie miała trochę szczęścia w losowaniu, ale w ostatnich sezonach tak to już z nią jest, że nieudane starty przeplata pojedynczymi dobrymi. Można się zastanawiać, czy takie jej granie ma sens, skoro tak wielka mistrzyni tak rzadko może dać z siebie wszystko. Ale z drugiej strony nie byłoby takiego meczu, jak z Aną czy w ubiegłym sezonie z Bouchard i Kvitovą.

Wspaniałych widowisk nie brakowało w Australian Open, szczególnie w pierwszych czterech rundach. Ivanović stoczyła niezwykły bój z Sereną Williams i nie ważne, że Amerykankę plecy bolały, bo nawet gdy jest kontuzjowana rywalka i tak musi zaprezentować pełnię swoich możliwości, aby ją pokonać. I tak było z Serbką, pokazała porywający tenis, siłę serwisu i niszczycielską moc forhendu, jakiej u niej od dawna nie obserwowaliśmy. Później to ona sama walczyła z urazem i uległa Eugenie Bouchard po emocjonującym pojedynku. Jakby tego było mało przed meczami z Sereną i Kanadyjką, Ivanović rozegrała fascynujące widowisko z Samanthą Stosur, w którym była przykuwająca uwagę widza moc i skuteczność dwóch jakże różnych forhendów oraz mnóstwo polotu i inteligencji w grze. Do tego bardzo dobre mecze Venus Williams z Jekateriną Makarową w I rundzie oraz Flavii Pennetty z Andżeliką Kerber w IV rundzie.

Mało? Dodajmy do tego mecz Samanthy Stosur z Kristiną Mladenović z Hobart z dwoma obronionymi przez Australijkę meczbolami. Jednego odparła niesamowitym slajsem. Ale nie tylko z tego powodu ten mecz był bardzo dobrą reklamą tenisa, bo pełne trzy sety stały na naprawdę wysokim poziomie. Dołączmy do tego elektryzującego tie breaka II seta meczu Buchard z Virginie Razzano w II rundzie Australian Open z obronionym przez Kanadyjkę setbolem za pomocą kosmicznej kontry forhendowej oraz pokaz magii Agnieszki Radwańskiej w III secie ćwierćfinału z Wiktorią Azarenką.

Obraz trochę psują słabe półfinały i finał Australian Open, ale i tak kibice kobiecego tenisa nie mieli prawa narzekań na tegoroczne australijskie lato. Dawno nie mieliśmy tak wielu zapierających dech w piersiach pojedynków już w styczniu. Co najważniejsze wszystko wskazuje na to, że świeżość idzie. Młode tenisistki w końcu mają ochotę mocno naciskać, te które od kilku lat wiodą prym w WTA Tour. Mowa o półfinalistce Australian Open Eugenie Bouchard, Garbine Muguruzie, która zdobyła tytułu w Hobart i doszła w Melbourne do IV rundy. Mowa o Simonie Halep, która w Melbourne zawędrowała do ćwierćfinału. Z dobrej strony na początku roku pokazała się też Lauren Davis. A przecież są też mające papiery na wielkie granie Sloane Stephens i Madison Keys. Do tego Ivanović z aspiracjami powrotu do ścisłej czołówki i przeżywająca wielkie chwile po operacji nadgarstka Flavia Pennetta (w Melbourne Park pierwszy wielkoszlemowy ćwierćfinał poza Flushing Meadows). Do tego Serena, bo przecież jedna porażka ze znakomicie dysponowaną Ivanović może sprawić tylko tyle, że jej mobilizacja wzrośnie. Straciła szanse na kalendarzowego Wielkiego Szlema, ale czy w ogóle myślała o skonsumowaniu każdej lewy w ciągu roku? Czy w dzisiejszym tenisie, tak bardzo fizycznym, w ogóle jest to realne? Chyba to było raczej nierealne marzenie Patricka Mouratoglou. Cwetana Pironkowa w Sydney pokazała, że może błyszczeć nie tylko na trawie. W drodze po tytuł zademonstrowała tak agresywny bekhend, jakiego w jej tenisie jeszcze nie było. A zatem dalsze część tego sezonu zapowiada się jako fascynująca walka młodości z rutyną.

Do tej drugiej grupy oczywiście trzeba też zaliczać Agnieszkę Radwańską. Polka po przegraniu siedmiu spotkań z rzędu z Wiktorią Azarenką, przełamała się i dopadła Białorusinkę, przerywając zwycięską serię w Australian Open urodzonej w Mińsku zawodniczki. Zagrała w Melbourne w półfinale, czyli jest to jej najlepsze otwarcie sezonu w karierze. Wydaje się, że dalej może być tylko lepiej, ale emocje trzeba ostudzić. W walce o finał Dominika Cibulkova sprowadziła krakowiankę na ziemię. I jak bumerang wraca pytanie o przygotowanie fizyczne Radwańskiej, choć moim zdaniem w tej sprawie z każdym kolejnym sezonie jest coraz lepiej. Pytanie czy wystarczająco dobrze, by krakowianka zaczęła regularnie meldować się w wielkoszlemowych półfinałach? Pamiętajmy, że przed nami piekielna mączka, na której Polka nigdy nie błyszczała. Ale skoro przełamała klątwę ćwierćfinału w Melbourne to może też zdejmie zaklęcie IV rundy na kortach Rolanda Garrosa?

I kilka godnych odnotowania rezultatów. Simona Halep została pierwszą pierwszą od 1997 roku Rumunką, która zagrała w ćwierćfinale Australian Open (Irina Spirlea). Do tego po turnieju w Melbourne zadebiutowała w Top 10, trafiając do tego grona jako trzecia Rumunka w historii (po Virgini Ruzici i Irinie Spirlei). Eugenie Bouchard została pierwszą od 30 lat Kanadyjką, która zagrała w wielkoszlemowym półfinale (Carling Bassett-Seguso w US Open 1984) oraz pierwszą w historii tenisistką z tego kraju, która zagrała w tej fazie w Melbourne. Wreszcie Agnieszka Radwańska jako pierwsza w historii Polka dotarła w Melbourne do półfinału. I Dominika Cibulkova – pierwsza w historii Słowaczka, która osiągnęła wielkoszlemowy finał. I oczywiście Na Li – pierwsza chińska triumfatorka Australian Open. Sporo nie tylko wspaniałych meczów, ale i pierwszych razów jak na styczeń. A apetyt zawsze rośnie w miarę jedzenia. Prosimy o więcej drogie panie! Niech uczta trwa do końca sezonu!


pubsport.pl
Łukasz Iwanek

Lubartów, w 2009 roku ukończył studia na kierunku Ekonomia. Od 2009 roku pracuje w portalu SportoweFakty.pl, najczęściej cytowanym serwisie internetowym. Pisze tam o tenisie, ale interesuje się też piłką nożną i wieloma innymi dyscyplinami, jak lekkoatletyka, siatkówka, pływanie czy sporty zimowe. Od 2007 roku prowadzi bloga Sportowa Publicystyka.

http://sportowapublicystyka.blox.pl