Thriller na własne życzenie

Pierwszy mecz fazy finałowej naszych siatkarzy z Bułgarią przyprawił nas o naprawdę duże emocje i skoki ciśnienia. Niestety, wszystkie te zjawiska miały kontekst zarówno pozytywny, jak i negatywny…

Reprezentacja Bułgarii należy do grupy zespołów grających twardo, konsekwentnie i zawsze do końca. To właśnie potwierdziło się w środowy wieczór w Ergo Arenie. Mecz rozpoczęliśmy dobrze, od mocnego uderzenia, jak na gospodarzy przystało. Drugi set również powinien być nasz, lecz przegraliśmy końcówkę i z 23:22 zrobiło się 23:25. O partii trzeciej najlepiej zapomnieć, bo to była zdecydowana przewaga podopiecznych Radostina Stoycheva. Czwarta odsłona należała do nas, ale znów w końcówce zrobiło się gorąco. Powinni byśmy wygrać ją spokojnie, z większą ilością punktów przewagi.

Jeśli w poprzednich partiach było nerwowo i gorąco, to co powiedzieć o tie-breaku?! Coś niesamowitego. Jak można prowadząc 11:4 przegrać 8 z 9 następnych akcji?! Do tej pory wydawało mi się, że takie rzeczy możliwe są tylko w kobiecej siatkówce. Najwyraźniej się myliłem… Choć to zjawisko pojawiło się u nas dopiero w tej edycji LŚ. Nie potrafię sobie przypomnieć jakiegoś turnieju, gdzie regularnie zdarzały nam się takie serie punktowe – zarówno dobre, jak i złe.

Po raz n-ty (nie będę tego liczył) okazało się prawdą stwierdzenie, że gdy Bartosz Kurek jest w formie, to cała drużyna jest w formie. Mimo tego Bartek, podobnie jak Zbyszek Bartman, miał swoje lepsze i gorsze momenty w tym spotkaniu. Na szczęście w ostatecznym rozrachunku to dzięki tej właśnie dwójce udało nam się pokonać Bułgarię.

Za dzisiejsze (a już raczej wczorajsze, bo po północy jest) zwycięstwo dziękować możemy także Piotrkowi Nowakowskiemu. Kolejny raz w World League 2011 rozegrał fenomenalne spotkanie. Coś ostatnio wydaje mi się, że nowy środkowy Asseco Resovii Rzeszów momentami przyćmiewa swoimi występami Marcina Możdżonka. Łapie piłkę naprawdę wysoko, a skuteczność jego ataków ma się na poziomie 70-90%. To naprawdę jest kolejny gracz światowego formatu.

Po drugiej stronie siatki postrach siał nie tylko Matey Kaziyski, ale przede wszystkim Tsvetan Sokolov. Bombardował nas wszelkimi możliwymi sposobami, także w tych decydujących fragmentach starcia. Również rozgrywający – Andrey Zhekov napsuł nam wiele krwi. Poza znakomicie rozgrywanymi piłkami także nękał nas zagrywką. Dobrze, że miał równego sobie vis a vis w naszej drużynie. Łukasz Żygadło trzymał nerwy na wodzy, nie „spalił się”. Świadczy to o jego wielkiej klasie i doświadczeniu. Nic, tylko się cieszyć.

Ze statystyk moją uwagę przykuły dwie rzeczy – błędy własne i małe punkty. Jeśli chodzi o punkty oddane rywalom, to tym razem udało nam się nieco je zahamować i z tego się możemy cieszyć. Jednak w tym spotkaniu 8 punktów więcej niż my im oddali nam rywale! A w małych punktach o 3 okazali się lepsi Bułgarzy. Szkoda tylko, że nasze błędy zdarzały się głównie w najważniejszych momentach seta. Mam tu oczywiście na myśli głównie wydarzenia z 4., a przede wszystkim z 5. seta. I choć Matey Kaziyski podarował nam 14. punkt w ostatniej partii, była to jedna z nielicznych pomyłek w tak ważnym fragmencie gry.

Jak wspomniałem, Bułgaria gra twardo i trzeba się do tego dostosowywać. Oni się nie bawią, uderzają mocno, tak, aby trafić w pomarańczowe (ewentualnie białą linię). Ich blok jest trudny do przejścia, a leciutki flot na zagywce zdarza im się raczej rzadko. Na szczęscie udało nam się pokonać tego jakże trudnego rywala i zdobyć dwa punkty do tabeli. Jeszcze nic nie jest przesądzone, ale zawsze lepiej podchodzi się do nastepnego meczu z wygraną w głowie, aniżeli z porażką.

I właśnie Włosi, nasz najbliższy przeciwnik, zostali postawieni pod ścianą przez reprezentację Argentyny. Trener Berutto już zapowiada, że zagrają na 120% swoich możliwości. Abyśmy tylko zdążyli się pozbierać i wypocząć (zwłaszcza Zibi Bartman).

Pisałem, że cztery mecze dziennie dla kibica to dużo, a sam obejrzałem ponad 50% dzisiejszych zmagań. Rano, jeszcze nie do końca przytomny widziałem Amerykanów i Rosjan. Wydaje mi się, że siatkarze zza Oceanu byli w podobnej „formie” jak ja. No ale cóż, kto im kazał grać w sobotę i w niedzielę i to jeszcze w Californii? Teraz im się to właśnie odbija…

Jeśli ktoś śledzi moje wpisy o siatkówce, to wie, że jestem fanem reprezentacji Kuby. Bardzo żałuję, że nie udało im się wczoraj pokonać Brazylijczyków. Chyba w pewnym momencie za bardzo uwierzyli, że mają na tyle dużą przewagę nad Canarinhos, że to spotkanie wygra się samo… Szkoda mi ich, naprawdę… Ale przynajmniej mieliśmy sporo emocji w dwóch ostatnich partiach.

W żadnej z grup według mnie nic jeszcze nie jest roztrzygnięte. Zobaczymy, jak będą wyglądać zespoły jutro, kiedy będą mieć w nogach już kilka setów. Jeszcze może się wiele wydarzyć, bo przypominam, że cztery najlepsze zespoły rozegrają pięć meczów przez pięć kolejnych dni. A zatem cieszmy się dalej najlepszą siatkówką na świecie, bo jest ona na wyciągnięcie ręki!

 


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl