Tkanina barw

Mistrzostwa Europy oficjalnie się rozpoczęły. Gdyby ktoś chciał na podstawie obserwacji mojego umysłu podczas meczu otwarcia chciał namalować obraz, musiałby spojrzeć w nić we wrzecionie Mojr. Odradzam, ten umysł nadaje na dziwnych falach.

W czasie meczu nić zmieniała barwy wielokrotnie. Zaczynała się najprawdopodobniej jako brzoskwiniowa, bo to kolor kojarzący się ze skłonnością do uniesień, a tych w ciągu 90 minut było wiele. Później musiała przejść w kolor czerwony, oznaczający zwiększony poziom zdenerwowania. Gdy padł gol dla biało-czerwonych stopień nasilenia barw zmienił się w jasną zieleń, który miał dać nadzieję. Dookoła mnie powstawał arras wyszywany nićmi otaczających mnie kibiców w intensywnych, dopełniających się kolorach. Tkanina w mgnieniu oka zmieniała gradienty, kierując się w stronę ciemniejszych gdy Salpingidis wyrównał wynik meczu otwarcia. Przy decyzjach sędziego Velasco Carballo, niekiedy niesłusznych jak wyrzucenie z murawy Papastathopoulosa umysł wirował w szalonym tempie. Gdy arbiter wyrzucił z boiska Wojciecha Szczęsnego to co pojawiło się na twarzach kilku tysięcy kibiców zgromadzonych w Chorzowie można opisać bezsilnością. Na boisku pojawił się nierozgrzany Przemysław Tytoń. Świadomość podpowiadała, że grając w Holandii obronił kilka ”jedenastek”, ale  przeczucie, że jest w stanie obronić strzał Karagounisa mieszało się z niepokojem o zerowy dorobek punktowy w przypadku porażki, bo kto wie czy gdyby piłka zatrzepotała w siatce nie stracilibyśmy szansy na wyjście z grupy –  powiecie, że do rozegrania pozostały dwie grupowe kolejki, jednak już nie wszystko zależało by od biało-czerwonej jedenastki.

By obejrzeć mecz otwarcia pojawiłam się kilka godzin wcześniej w Śląskiej Strefie Kibica w Parku Chorzowskim. Zlokalizowana ona była na dużej łące, ogrodzonej barierkami, tak by nikt nie mógł obejrzeć spotkania nielegalnie. Wstęp do niej kosztował symboliczne 99 groszy. Chętnych było wielu, wszak grała Reprezentacja Polski. Organizatorzy zadbali o nagłośnienie i telebimy – aż cztery na przestrzeni łąki wielkości dwóch boisk do piłki nożnej. Ochrona dbała by nikt nie wniósł na teren fanzony butelek czy tępych narzędzi. Mężczyzn legitymowano, kobiety przepuszczano bez jakichkolwiek dokumentów. Jednak by zostać sprawdzonym przez ochronę, trzeba  było zawczasu zakupić bilet wstępu ? najlepiej na kilka godzin przed spotkaniem, gdy kolejki miały długość 20 metrów, im bliżej pierwszego gwizdka zwiększyły się dziesięciokrotnie. Tłum zgromadzony przed telebimami jak i na trybunie VIP okazywał swe wsparcie kadrze Franciszka Smudy przez 90-minutowy głośny doping. Część odśpiewała hymn, a po nim wszyscy skupili się na meczu. Jęki zawodu po nieudanym strzale Rafała Murawskiego czy posłaniu piłki obok bramki przez Perquisa były dość donośne, ale nic nie mogło się równać z euforią po golu Roberta Lewandowskiego. W ostatnich trzech meczach otwarcia jedenastki nie strzelały goli, ten przejdzie do historii. Tłum wybuchł, emocji nie było końca. Obok mnie ludzie ściskali się, krzyczeli, cieszyli się z prowadzenia przez kilka minut. Nie pamiętam w czyich objęciach wylądowałam, pamiętam, że w euforii skakałam i krzyczałam szczęśliwa. To co potem się stało, można by tłumaczyć brakiem sił. Reprezentanci stracili na szybkości, wyglądali tak jakby zabrakło im benzyny po 1/3 przebytej drogi.

Polacy pewni prowadzenia grali jakby ospale. Zamknięcie dachu mogło spowodować, że reprezentanci grali gorzej, słabiej, by nie powiedzieć ślamazarnie.  W drugiej połowie tempo gry spadło o 50%, a niedokładność podań się zwiększyła. Grecy pozwalali sobie na więcej, stwarzali dogodne sytuacje, ale nie potrafili wykończyć akcji ? choćby Samarasa, który gdyby był w lepszej formie mógłby zapisać na koncie drużyny 3 punkty. Nie dominowaliśmy w środku pola. Zmian nie było, dopływu nowych sił zabrakło. Szkoda, że selekcjoner nie wpuścił Grosickiego czy Sobiecha by rozruszali ofensywę.

Nie sprawdziły się prognozy Jerzego Dudka, który w przedmeczowym studiu postawił na rezultat bezbramkowy. Trafił Michał Żewłakow, który obstawił wynik 1:1, choć po czerwonej kartce dla Wojciecha Szczęsnego było blisko zupełnie innego stosunku bramkowego, po którym mistrzostwa dla nas, zakładając wersję pesymistyczną mogłyby się skończyć.

W czasie meczu na mojej twarzy malowały się różne emocje. Umysł podsyłał kolejne odczucia i nie pozwalał sobie na wytchnienie i stagnację. Z każdą minutą zwiększał się stres, strach o to, że Grecy strzelą bramką i prosto z mego snu Wielki Grek powali na kolana Szczęśnego. Na szczęście moje urojenia się nie sprawdziły, choć bramka dla podopiecznych Fernando Santosa padła. Mecz trwał i trwał w nieskończoność, jakby ktoś specjalnie wydłużał czas – w przeciwieństwie do pojedynku Rosja-Czechy, który toczony w szybkim tempie zakończył się niemal tak szybko jak człowiek potrafi opróżnić butelkę Chardonnay lub innego wina. Obawy przed meczem z kadrą Dicka Advocaata odłożę na półkę, wszak kilka dni do meczu jeszcze zostało.

Podpisuję się pod słowami Przemysława Rudzkiego, dziennikarza Fakt-u i Canal+:

Czuję się, jak skazaniec, któremu prokurator okręgowy pozwolił zejść z krzesła elektrycznego, potem znów kazał usiąść i potem znów kazał zejść.

Jeśli zwizualizuje sobie zwycięstwo z Rosją i zastosuje terapię śmiechem po terapii szokowej jakim był mecz otwarcia to wyjdziemy z grupy, zlejemy Rosjan i pokonamy Czechów?


pubsport.pl
Kasia Bącalska
Dziennikarstwem zainteresowałam się paradoksalnie w klasie dziennikarskiej. Zaczynałam od organizacji wydarzeń kulturalnych w Katowicach m.in (Tydzień Teatrów Lalkowych), reportaży z "dzielnicy", felietonów sportowych dla gazetki szkolnej i tekstów "do szuflady". Przestało mi to wystarczać i zaczęłam publikować na pubsport.pl (znaleźć mnie też możecie na blogu - jedenastunamurawie.blox.pl) oraz na portalu transfery.info. W marcu tego roku poprowadziłam prezentację zawodników GKS Katowice wespół z Radosławem Bryłką - rzecznikiem klubu. Od października studentka.....choć jeszcze nie wie jaki kierunek i lokalizację weźmie na ster.
http://jedenastunamurawie.blox.pl/html