To była ciekawa przygoda

Powrót po dwudziestu latach polskiego zespołu do Ligi Mistrzów był niezwykły. Najpierw zebranie solidnych batów, potem powstrzymanie wielkiego Realu Madryt, boiskowy karnawał w Dortmundzie i wreszcie najlepsze z możliwych zakończenie przygody, czyli wyeliminowanie Sportingu i zapewnienie sobie udziału w fazie pucharowej Ligi Europy. Śledząc poczynania Legii, nie mogliśmy się nudzić.

Po awansie Legii do Ligi Mistrzów raczej mało komu towarzyszył optymizm związany z jej występami w fazie grupowej. Wymęczone zwycięstwo w dwumeczu ze słabym mistrzem Irlandii i dwudziestoletnie wyczekiwanie sprawiły, że sam udział w zabawie dla elity był traktowany jak sukces, a każdy punkt byłby przyjmowany z pocałowaniem ręki. Tym bardziej, że początek był jak oberwanie prawym sierpowym od mistrza świata wagi ciężkiej. Po kolejnym spotkaniu też nie było powodów do zadowolenia, a po rywalizacji w Madrycie telewizyjni eksperci zachęcali do otwierania szampanów dzięki zdobytej bramce z rzutu karnego. Wówczas nikt nie przypuszczał, że będziemy świadkami meczów, które staną się głównym tematem rozmów w pracy, szkole i tramwaju. Były przynajmniej trzy spotkania, po których rano aż przyjemniej się wstawało, by oddać się codziennym obowiązkom, a myśl o nich pozostawała w głowach na długo.

Brutalna rzeczywistość

Pierwszy mecz u siebie z Borussią Dortmund był jak kanałowe leczenie zęba. W dodatku bez znieczulenia. Goście strzelali aż (nie)miło, a mistrzowie Polski byli zupełnie bezradni. 0:6 to wynik, który pokazał w tamtym momencie, jak duża różnica dzieli polską piłkę klubową od tej w najlepszym wydaniu. Jak się okazało, były to złe miłego początki.

W Lizbonie musiało być lepiej

Wyjazdowy mecz ze Sportingiem utwierdził nas w przekonaniu, że gdyby powstał film „Legia na trzecim miejscu w grupie”, wylądowałby na półce obok „Gwiezdnych Wojen” i „Łowcy Androidów”. Dużo lepsi Portugalczycy wygrali bez problemów 2:0, a nam pozostało się cieszyć z uniknięcia pogromu.

Nasze małe radości

Już przed meczem w Madrycie doszło do wydarzeń, których należało się wstydzić i które miały miejsce poza boiskiem. Na placu gry było tylko trochę lepiej. Legia przegrała 1:5, ale strzelony gol i wyjście na madrycką murawę bez strachu sprawiły, że nie był to do końca smutny wieczór. A dla większości telewizyjnych ekspertów był to wieczór dumy. Gdybym włączył telewizor po końcowym gwizdku nie znając wyniku, pomyślałbym, że warszawianie wywieźli ze stolicy Hiszpanii trzy punkty, a Michał Kucharczyk skopiował tego dnia wyczyn Roberta Lewandowskiego strzelającego Realowi cztery gole. Tak dobrze oczywiście nie było, ale znając swoje miejsce w szeregu, musieliśmy cieszyć się z małych rzeczy.

To niewiarygodne!

Wydawało się, że Real powtórzy wysoki wynik także w Warszawie. Pierwszy gol dla gości padł zanim kibice zdążyli zająć miejsca na trybunach…  A nie, sorry. Mecz, który miał być świętem przypominał atmosferą przedsezonowy sparing. Wszystko przez zamknięcie stadionu i brak kibiców na najważniejszym w ostatnich latach wydarzeniu w polskiej piłce klubowej. Kiedy padła druga bramka, wszystko toczyło się zgodnie z przewidywanym scenariuszem. Po pierwszym trafieniu dla Legii prawdopodobnie większość widzów pomyślała „Znów nie przegramy do zera”. Gdy podopieczni Jacka Magiery wyrównali wydawało się, że mogą postraszyć rywali z wielkiego piłkarskiego świata. Ale kiedy wyszli na prowadzenie, mogliśmy zacząć szczypać się z niedowierzania. Legia prowadziła z Realem Madryt. To tak jakby ktoś powiedział, że „Terminator” opowiadał o prawdziwej historii. Jednak sport różni się od kina tym, że niemal wszystko jest w nim możliwe. Goście z Madrytu zdołali uratować remis, ale nawet to nie zepsuło w szczególny sposób naszych humorów. 3:3 z Realem Madryt. To nie jest tytuł najnowszego dzieła Ridley’a Scotta. To prawdziwy wynik, który obiegł cały świat, a nazajutrz świecił z okładek gazet. Po czymś takim aż lepiej smakuje śniadanie.

Co nam zależy? Bawmy się!

„Raz się żyję” – mogli powiedzieć sobie przed meczem w Dortmundzie zawodnicy Borussi i Legii. Po meczu z Realem przekonaliśmy się, że w futbolu możliwe jest wszystko. Ale raczej nie wynik 8:4. Chyba każdy, kto śledził mecz na Signal Iduna Park, zastanawiał się, czy to nie sen. Dwanaście bramek to oczywiście rekord w meczu Ligi Mistrzów. Gdyby życie wyglądało, tak jak ten mecz, zamiast codziennego wyjścia do pracy, czas spędzano by w dyskotece, bawiąc się przy tanecznych kawałkach i popijając mocne drinki. Jednak ponieważ życie nie jest zazwyczaj tak barwne jak piłka nożna, trzeba było wracać do rzeczywistości. Było to trudne po zobaczeniu czegoś takiego jak bramkowy urodzaj na stadionie BVB. Niepoważne widowisko przypominające bardziej mecz gwiazd niż spotkanie Ligi Mistrzów? Obrony dziurawe, jak kilkunastoletnie skarpetki? Możliwe. Ale to właśnie o tym meczu, a nie o potyczkach naznaczonych wyrachowaną obroną będzie się opowiadać przy kominku za kilkadziesiąt lat. „Posłuchaj wnuczku, był taki mecz…” – popłynie z ust obecnych dwudziesto- i trzydziestolatków i zabrzmi jak początek słuchanych w ich dzieciństwie baśni.

Pożegnanie z Ligą Mistrzów, ale nie z Europą

Punkt zdobyty w starciu z Królewskimi sprawił, że skromne zwycięstwo nad Sportingiem wystarczyło do wywalczenia udziału w Lidze Europy. Oba zespoły nie miały już szans na dalsze występy w Lidze Mistrzów, ale trzecie miejsce w grupie byłoby dla Legii wielkim dokonaniem. Mimo wszystko zdecydowanym faworytem był klub z Lizbony. Na szczęście to Legia okazała się zwycięska. Wystarczył jeden, złoty gol, który wyrzucił Portugalczyków z europejskich pucharów, a mistrzom Polski zapewnił miejsce wiosną w drugich, co do ważności europejskich rozgrywkach. Warszawianie mieli furę szczęścia, ale jeśli się go nie ma, nie osiągnie się niczego. Szczęście jest nieodłączną częścią sportu. Długo czekaliśmy aż uśmiechnie się do polskiej drużyny. Wreszcie się doczekaliśmy.

Nie byłem optymistą. Cieszyłem się z gry polskiego klubu w Lidze Mistrzów, bo zbyt długo czekałem na to, by nie nasycać się tymi meczami. Mistrzowie Polski wychodzący na Santiago Bernabeu? Wydawało mi się to równie surrealistyczne jak obrazy Salvadora Dali. Dlatego zanurzałem się w tych meczach, łapałem z nich każdą chwilę, ale nie spodziewałem się, że koniec tej przygody będzie tak udany. To były mecze,  które będzie się wspominać przez lata, a najlepsze jest to, że przygoda jeszcze nie dobiega końca. Jej kontynuacja wprawdzie nie będzie miała miejsca w Lidze Mistrzów, ale jeszcze kilka tygodni temu prawie każdy był przekonany, że skończy się po sześciu meczach. Tymczasem Legia nadal gra w Europie, a sześciomeczowego spotkania z Champions League chyba żaden z sympatyków polskiej piłki nie wymaże z pamięci.


pubsport.pl